Peanatema [Anathem - pl]
- Автор: Стивенсон Нил Таун
- Год: 2009
- Язык: польский
- Год: Mag
- ISBN: 978-83-7480-126-3
- Переводчик: Wojciech Szypula
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Peanatema [Anathem - pl]». Краткое содержание книги:
— Nie do tego stopnia, żebyśmy wpuścili tu kogoś bez przysięgi.
— Orolo też ją złożył?
Kilka sekund ciszy. Szczęk zamykanego wizjera.
Czekałem. Odwróciłem się do moich towarzyszy, pomachałem im, demonstracyjnie wzruszyłem ramionami. Było mi dziwnie trudno odnowić kontakt z nimi nawet za pomocą tak prostego gestu — po tym, jak prawie zajrzałem za próg matemu. Pożegnałem się z nimi przed kwadransem w taki sposób, jakbyśmy mieli się spotkać przy obiedzie — ale przecież równie dobrze mogłem za tym murem spędzić resztę życia.
Przeziernik.
— W jakiej sprawie przychodzisz, ty, który mienisz się fraa Erasmasem? — zapytał po orthyjsku jakiś mężczyzna.
— Fraa Jaad, milenarysta, który znał sposób myślenia Orola, przysłał mnie tutaj, żebym go odszukał.
— Orola, który został odrzucony?
— Tak.
— Dla tego, komu fraa i suur odśpiewali peanatemę, nie ma powrotu do matemu. Nawiasem mówiąc, fraa, który został powołany i wysłany na konwoks w Tredegarhu, nie powinien się znienacka zjawiać w zupełnie innym matemie, na drugim końcu świata.
Spodziewałem się tego, jeszcze zanim dotarliśmy na Ecbę. Pewne zdobyte po drodze informacje utwierdzały mnie w moim przekonaniu, ale — co dziwne — argumentem, który ostatecznie przeważył szalę, była architektura. Nie rozpoznałem żadnych śladów stylu matemowego.
— Zagadka, którą mi przedłożyłeś, nie jest prosta — przyznałem. — Jednakże po chwili namysłu odpowiedź wydaje się oczywista.
— Tak? Jak zatem brzmi?
— To nie jest matem.
— Jeśli nie matem, to co?
— Klauzura Dynastii, która powstała tysiąc lat przed tym, zanim Cartas sformułowała Dyscyplinę.
— Witaj w Orithenie, fraa Erasmasie.
Zadudniły ciężkie sztaby. Drzwi się otworzyły.
Wszedłem na teren Oritheny i wstąpiłem do Dynastii.
W Sauncie Edharze Orolo trochę się zaniedbał; formę pomagała mu utrzymać tylko praca w winnicy i wspinaczki po schodach do gwiezdnego kręgu. Na Kopcu Bly’a stracił na wadze (sądząc po fototypach Estemarda), zapuścił włosy i obowiązkową dla dzikusa brodę. Kiedy jednak dopadłem go za bramą Oritheny i obróciłem pięć razy dookoła, wydał mi się całkiem krzepki, ani za gruby, ani zabiedzony, a gdy wreszcie go puściłem, łzy płynęły mu po opalonych, gładko ogolonych policzkach. Tyle tylko zdążyłem zobaczyć, zanim w oczach zaszkliły mi się łzy i musiałem pospacerować chwilę w cieniu muru, żeby dojść do siebie. Dyscyplina w żaden sposób nie przygotowała mnie na taką sytuację: przytulanie nieżyjącego człowieka. Może oznaczało to, że ja również umarłem dla świata matemowego i przeniosłem się do swoistego życia po śmierci. Cord, Yul, Gnel i Sammann spełnili rolę moich grabarzy.
Musiałem się naprawdę bardzo skupić, żeby sobie przypomnieć, że w dalszym ciągu czekają pod bramą, zachodząc w głowę, co się stało.
W klauzurze znajdowała się niewielka fontanna i Orolo przyniósł mi z niej czerpak pełen wody. Usiedliśmy w cieniu wieży zegarowej. Napiłem się. Woda miała siarkowy posmak.
Od czego zacząć?
— Tyle ci chciałem powiedzieć, kiedy zostałeś odrzucony. Nie mogłem. Od tamtej pory też wielokrotnie o tym myślałem, ale…
— Wszystko odpływa.
— Słucham?
— Wszystkie rzeczy odpływają wstecz w czasie i zmieniają się, twój umysł je zmienia, aż w końcu wcale nie musisz o nich rozmawiać. I dobrze. Porozmawiajmy o czymś świeżym i interesującym.
— Jak chcesz. Świetnie wyglądasz.
— A ty nie. Mam nadzieję, że na te blizny zapracowałeś z honorem?
— Niezupełnie. Ale na pewno dużo się przy okazji nauczyłem.
Wcale nie miałem ochoty opowiadać mu swojej historii. Przez kilka pierwszych minut gadaliśmy o błahostkach, dopóki nie dotarło do nas, jakie to niedorzeczne, i nie poszliśmy się przejść. Jakiś młody fraa (jeśli można tak nazwać kogoś, kto mieszka w matemie niebędącym matemem) przyniósł zawój i sznur, które wręczył mi w zamian za moje sekularne ubranie. Orolo poprowadził mnie szeroką ścieżką ubitą niezliczonymi kółkami taczek i obutymi w sandały stopami na skraj wykopu, w którym zmieściłoby się kilka tumów takich jak ten w Sauncie Edharze. O ile jednak my budowaliśmy nasz gmach od dołu do góry, kładąc kamień na kamieniu, o tyle oni tutaj poszli w odwrotnym kierunku i łopata za łopatą wybierali sobie budulec spod nóg. Ściany wykopu były zbyt strome, a ziemia zbyt sypka, żeby bezpiecznie się trzymać, wzmocnili je więc płytami przetopionego popiołu, a na dno schodziła spiralna rampa. Wszedłem na nią, ale Orolo złapał mnie za rękę.
— Spójrz, tam nikogo nie ma. Im głębiej schodzisz, tym goręcej się robi, dlatego kopiemy w nocy. Jeśli jednak upierasz się przy przechadzce, proponuję małą wspinaczkę.
Wskazał zbocze wulkanu.
Z fototypów, które pokazywał mi Sammann, oraz z wczorajszego rekonesansu wiedziałem, że Orithena jest obwiedziona dwoma pierścieniami muru stykającymi się przy głównej bramie. Wyższy, dwudziestostopowy, okalał klauzurę, w której mieszkała większość deklarantów, oraz wydrążoną przez nich dziurę w ziemi. Mur zewnętrzny był znacznie niższy — sięgał najwyżej sześciu stóp i pełnił rolę raczej symboliczną, za to wspinał się tysiące stóp po stoku góry, osłaniając pas ziemi ciągnący się aż po samą kalderę. Fototypy Sammanna wskazywały, że pod szczytem zainstalowano aparaturę górniczą, zapewne czerpiącą energię z wulkanicznego żaru. Spodziewałem się więc, że na górze będzie gorąco, śmierdząco i niebezpiecznie, ale ziemia rozciągająca się od podnóża do wierzchołka, po której szliśmy z Orolem, wspólnym wysiłkiem członków Dynastii została przemieniona w oazę. Udało im się gdzieś znaleźć wodę, która zasiliła winnice, pola zbóż i przeróżne drzewa dające owoce i ziarna oleiste, a przy okazji ocieniające wiodącą na górę dróżkę. Z każdym naszym krokiem temperatura spadała, a wiatr zawiewał ciut bardziej orzeźwiająco. Nie marzłem, bo wysiłek związany ze wspinaczką mnie rozgrzewał, ale kiedy osiągnęliśmy wysokość odpowiednią do tego, żeby się zatrzymać, popodziwiać widoki i posilić się zebranymi po drodze owocami, pot wysechł na mnie błyskawicznie w podmuchach zimnej morskiej bryzy i musiałem się ciaśniej opatulić zawojem.
Wyszliśmy ponad górną granicę oritheńskich sadów, pokonaliśmy pas karłowatych, zdeformowanych drzew i znaleźliśmy się na pochyłej łące — z daleka wyglądała jak oszroniona, z bliska zaś okazała się pokryta dywanem drobniutkich kwiatków, które jakimś cudem znalazły tu warunki do życia. W powietrzu unosiły się kolorowe owady, ale nie w takiej liczbie, żeby było to uciążliwe. Domyślałem się, że ich populację skutecznie kontrolują ptaki, których śpiew dobiegał z drzew i kęp kolczastych zarośli. Usiedliśmy na odsłoniętym korzeniu drzewa, z pewnością zasadzonego w pierwszym roku po erupcji. Orolo twierdził, że te drzewa — niższe ode mnie i całkiem niepozorne — są najstarszymi żywymi organizmami na Arbre.
Prawie cała nasza rozmowa w tamto popołudnie ograniczała się do takich turystycznych ciekawostek. W pewnym sensie odczuwałem ulgę, dyskutując o ptaszkach, drzewkach, o tym, ile stóp sześciennych ziemi wydobyto z wykopu i ile budynków świątynnych udało się odkryć — zamiast poruszać poważniejsze tematy: kwestię Geometrów, konwoksu, Dynastii.
Zeszliśmy i zjedliśmy kolację w refektarzu razem z setką zamieszkujących dziwny matem fraa i suur. Ich pewuer, fraa Landasher (ostatni z trójki odźwiernych, którzy przesłuchiwali mnie przy bramie), oficjalnie mnie przywitał i wzniósł toast za moje zdrowie. Wypiłem trochę za dużo ich doskonałego wina (nieskończenie lepszego niż to, które Orolo uzyskiwał ze swojej przemrożonej winnicy w Sauncie Edharze) i odespałem to w jednoosobowej celi.