Peanatema [Anathem - pl]
- Автор: Стивенсон Нил Таун
- Год: 2009
- Язык: польский
- Год: Mag
- ISBN: 978-83-7480-126-3
- Переводчик: Wojciech Szypula
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Peanatema [Anathem - pl]». Краткое содержание книги:
Suur Spry chrząknęła znacząco. Spojrzałem na nią, przykucnięty na skraju pięćdziesięciostopowego kawałka mozaiki.
— Przepraszam — powiedziałem.
— Niektórzy przesuwają je patykiem. Plecy mniej bolą.
— Pewnie powinniśmy się zbierać, co?
— Niedługo.
Zanim jednak ruszyliśmy w drogę powrotną, Spry oprowadziła mnie po ruinach. Nie zachował się żaden dach, co było zrozumiałe. Część kolumn nadal stała, ocalało również kilka kawałków ścian, chociaż niższych niż dawniej i na wpół pogrzebanych w kamiennych blokach, które osunęły się z góry. Głównie mogliśmy podziwiać fundamenty, posadzki, schody i patia. Te rejony wykopalisk, w których prace trwały, zostały odgrodzone sznurkiem; Adrakhones z pewnością doceniłby jego geometryczną elegancję. Od początku wykopalisk kamienie opisywano równiutko malowanymi literami i cyframi. Wiedziałem już, że na górze znajduje się coś w rodzaju muzeum i tam trafia wiele eksponatów z Oritheny, w tym — zapewne — także posąg Metekoranesa. Pomyślałem, że takie muzeum jest pewnie ciemne. Klimatyzowane. Chłodne.
— Dobrze, chodźmy z tego piekarnika — zaproponowałem.
Suur Spry nie protestowała.
I tak zasiedzieliśmy się dłużej, niż zamierzałem — po części dlatego, że Orithena była fascynująca, ale przede wszystkim dlatego, że (co nie najlepiej o mnie świadczy) miałem świadomość, że jest to moja jedyna szansa, żeby przeżyć coś prawie tak samo fajnego jak kosmiczna przygoda Jesry’ego.
Moje ciało na tyle już doszło do siebie, że mogło mi dać trochę luzu, i na początku wspinaczki gadałem o teglonie jak nakręcony, jak ci wszyscy dawni geometrzy, którzy dostawali świra na jego punkcie. Wkrótce jednak obrażenia znów dały znać o sobie i ból zgasił moje podniecenie. Droga powrotna była długa, mozolna i upłynęła w milczeniu. Wziąłem drugą kąpiel i zasnąłem. Obudziłem się pod wieczór. Orolo miał dyżur w kuchni. Pomogłem mu, ale nie mieliśmy okazji porozmawiać — i w ten sposób straciłem już drugi z trzech dni. Zanim poszedłem spać, uprzedziłem Orola, że mamy mnóstwo spraw do omówienia. Zaraz po śniadaniu wymknęliśmy się z klauzury na łąkę.
Krakersi: Grupa teorów z Epoki Praksis, skupionych wokół saunty Baritoe. Koncentrowali się na analizie konsekwencji faktu, że nie postrzegamy materialnego kosmosu bezpośrednio, lecz wyłącznie za pośrednictwem zmysłów.
— Słownik, wydanie czwarte, 3000 p.r.
— Kiedy wylądowałem na Kopcu Bly’a, czułem się jak ci nieszczęśni kosmografowie, kiedy po Rekonstrukcji okazało się, że już nie mają do dyspozycji zderzaczy atomów — powiedział Orolo.
— Widziałem teleskop — odparłem. — I obrazy dwudziestościanu…
Pokręcił głową.
— Nic przez niego nie widziałem. Musiało mi wystarczyć to, co mogłem obserwować.
Nic z tego nie zrozumiałem.
— No dobrze… — zacząłem ostrożnie. — A co to było?
Spojrzał na mnie takim wzrokiem, jakby to była najoczywistsza rzecz na świecie.
— Ja sam.
Zamurowało mnie — co najlepiej dowodziło, że nadal mam do czynienia z tym samym starym, dobrym Orolem.
— W jaki sposób samoobserwacja miała ci pomóc zrozumieć Geometrów?
Zdążyłem mu już powiedzieć, że tak właśnie najczęściej nazywa się obcych.
— Zacznijmy od krakersów. Pamiętasz mucho-nietoperzo-dżdżownicę?
Roześmiałem się.
— Niedawno miałem powtórkę: Arsibalt tłumaczył jednemu statyście, dlaczego nie wierzymy w Boga.
— W mucho-nietoperzo-dżdżownicy nie o to chodzi. Rzecz w tym, że sama czysta myśl nie pozwala nam wyciągać wniosków odnoszących się do bytów nie-czasoprzestrzennych, takich jak Bóg.
— Zgadza się.
— Spostrzeżenie krakersów musi się odnosić także do umysłów obcych. Bez względu na to, jak bardzo się od nas różnią pod innymi względami, muszą w jakiś sposób budować spójny model otoczenia w oparciu o dane zmysłowe; model oparty na czasoprzestrzennym szkielecie. W ten właśnie sposób doszło do tego, że podzielają nasze idee geometryczne.
— Nie tylko. Wygląda na to, że rozumieją także ideę prawdy i dowodu.
Orolo wzruszył ramionami.
— Rozsądne domniemanie…
— To coś więcej niż domniemanie! — zaperzyłem się. — Wymalowali na burcie statku Twierdzenie Adrakhonesa!
O tym wcześniej nie wiedział.
— Poważnie? Mają tupet…
— Nie widziałeś?
— Przypominam ci, że zostałem odrzucony, zanim mogłem obejrzeć ostatnie obrazy przedstawiające statek obcych.
— Naturalnie. Zakładałem jednak, że zdążyłeś zobaczyć wcześniejsze obrazy… Rejestrowałeś je przecież już od dłuższego czasu…
— Same plamy i smugi! — prychnął Orolo. — Dopiero się uczyłem, jak rejestrować przyzwoity obraz.
— Czyli nie widziałeś dowodu, liter ani czterech planet.
— Nie, nie widziałem.
— To jeszcze nie wszystko, jeżeli interesujesz się Geometrami. Poznaliśmy mnóstwo nowych danych!
— Widzę, że jesteś nimi ogromnie podekscytowany, Erasmasie. Życzę ci powodzenia w analizowaniu ich, obawiam się wszakże, że mnie mogłyby jedynie rozpraszać i odciągać od głównego nurtu rozumowania.
— Głównego nurtu… Nie rozumiem.
— Datonomia evenedrycka — odparł Orolo takim tonem, jakby i to miało być dla mnie oczywiste.
— Datonomia… — powtórzyłem. — Czyli badanie danych, tak?
— Danych w sensie podstawowych myśli i wrażeń, z którymi pracują nasze umysły. Saunt Evenedryk zainteresował się datonomią u schyłku życia, kiedy odcięto go od zderzacza atomów. Jego bezpośrednim poprzednikiem był, rzecz jasna, saunt Halikaarn. Halikaarn uznał, że myśl krakerska wymaga solidnego odświeżenia, jeśli ma nadążyć za postępami, jakie dokonały się od czasów Baritoe w dziedzinie teoryki i jej cudownych zastosowań w świecie fizycznym.
— I jak sobie z tym poradził?
Orolo skrzywił się.
— Większość archiwów uległa zniszczeniu, ale wygląda na to, że pochłonęła go walka z Procem i opędzanie się od nasyłanych przez niego kundelków. Główny ciężar pracy spadł na Evenedryka.
— Czy to było ważne dla Dynastii?
Orolo posłał mi dziwne spojrzenie.
— Niespecjalnie… To znaczy, tak w ogóle to jak najbardziej. Tylko że trudno powiedzieć, żeby datonomia była szczególnie satysfakcjonująca, przynajmniej dopóki na orbicie twojej ojczystej planety nie pojawią się statki obcych.
— W takim razie… teraz jesteś usatysfakcjonowany?
— Porozmawiajmy szczerze. Obawiasz się, że udaję mądrego, a w rzeczywistości tracę czas; że na Kopcu Bly’a zająłem się datonomią nie dlatego, że była warta zachodu, ale dlatego, że brakowało mi danych na temat Geometrów. I uważasz, że skoro wiemy już, że są, albo byli, podobni do nas pod względem fizycznym i umysłowym, dalsze rozważania w tym guście są pozbawione sensu.
— Zgadza się. Tak właśnie uważam.
— Pozwolę sobie nie zgodzić się z tobą, ale nie zapominajmy, co się między nami zmieniło: nie jesteśmy już ojcem i fidem, tylko dwoma fraa. A fraa często się ze sobą nie zgadzają i mimo to nie żywią do siebie urazy.
— Miło mi, że tak mówisz, ale do tej pory nasza rozmowa jako żywo przypominała konwersację ojca z fidem.
— Głównie dlatego, że wiem trochę więcej niż ty.
Puściłem tę błahą uprzejmość mimo uszu.