Peanatema [Anathem - pl]
- Автор: Стивенсон Нил Таун
- Год: 2009
- Язык: польский
- Год: Mag
- ISBN: 978-83-7480-126-3
- Переводчик: Wojciech Szypula
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Peanatema [Anathem - pl]». Краткое содержание книги:
— Przy jednym obiekcie nie byłoby z tym żadnego problemu.
— To prawda.
— Nawet przy kilku, jeśli znajdowałyby się daleko od siebie i poruszały powoli, a ich trajektorie się nie przecinały.
— Z tym również się zgodzę. Co jednak począć z tą trudną sytuacją, kiedy aeroplanów jest dużo, są szybkie i poruszają się po kursach kolizyjnych?
— Człowiek z łatwością by sobie poradził; przypomina to trochę oglądanie szpilu. A syntakt musiałby częściowo naśladować ludzki umysł.
— W czym?
— Człowiek odruchowo różnicuje prawdopodobieństwo wystąpienia różnych sytuacji. Wyobraźmy sobie dwa aeroplany pełne pasażerów, poruszające się z prędkością bliską prędkości dźwięku po takich trajektoriach, które przecinają się pomiędzy jednym i drugim obrotem anteny. Po takim przecięciu kursów maszyna nie będzie umiała ich rozróżnić, a nowe dane można interpretować na kilka sposobów. Pierwszy: obie maszyny równocześnie wykonały ostry zwrot i poleciały w całkiem nowych kierunkach. Drugi: zderzyły się i odbiły od siebie jak gumowe piłeczki. Trzeci: od początku leciały na różnej wysokości, w ogóle się nie spotkały i dalej lecą każda swoim kursem. To ostatnie wyjaśnienie jest wyjaśnieniem najprostszym i zarazem jedynym zgodnym z prawami dynamiki. Syntakt należałoby więc zaprogramować w taki sposób, żeby umiał ocenić wiarygodność różnych interpretacji danych i wybrać najbardziej prawdopodobną z nich.
— Wpoiliśmy zatem syntaktowi podstawowe zasady działania, a następnie kazaliśmy mu odfiltrowywać interpretacje, w których nasz wszechświat odbiegałby od wiarygodnej trajektorii w przestrzeni Hemna.
— Sądzę przy tym, że syntakt realizuje to w dość toporny sposób. W rzeczywistości wcale nie potrafi stosować tych reguł do przestrzeni Hemna i niewiele z tego rozumie.
— A my?
— Niektórzy z nas tak.
— Teorowie z pewnością. Ale zwykły slog bawiący się piłką wie, jak zachowa się piłka, a także, co ważniejsze, jak się nie zachowa, mimo że nie ma zielonego pojęcia o teoryce.
— Naturalnie. To potrafią nawet zwierzęta. Dokąd prowadzi nas datonomia evendrycka, Orolo? Dostrzegam pewną zbieżność z dialogiem o różowym smoku, który prowadziliśmy parę miesięcy temu w matemie, ale…
Orolo zrobił dziwną minę. Zapomniał.
— Ach tak… O tobie i twoich zmartwieniach.
— Zgadza się.
— No właśnie, i to jest coś, czego zwierzęta nie potrafią: reagują na konkretne zagrożenie, ale nie przejmują się zagrożeniem abstrakcyjnym, czyhającym w odległej o całe lata przyszłości. Do tego trzeba mieć łeb jak Erasmas.
Parsknąłem śmiechem.
— Wcale nie. Ostatnio rzadko się czymś zamartwiam.
— I dobrze! — Orolo szturchnął mnie dobrodusznie w ramię.
— Może to wpływ jestokeju.
— Wcale nie, po prostu nareszcie masz jakieś prawdziwe zmartwienia zamiast wydumanych. Przypomnij mi jednak, z łaski swojej, ten dialog o smoku pierdzącym gazem paraliżującym…
— Opracowaliśmy teorię, że nasz umysł postrzega możliwe wizje przyszłości jako trajektorie w przestrzeni konfiguracyjnej i odrzuca te, które są sprzeczne z realistyczną zasadą działania. Jesry stwierdził, że takie wytłumaczenie to jak strzelanie z armaty do komara. Ja się z nim zgodziłem, Arsibalt nie.
— To było już po powołaniu fraa Paphlagona, prawda?
— Tak.
— Arsibalt czytał jego prace.
— Owszem.
— Powiedz mi, Erasmasie, komu teraz przyznałbyś rację: Jesry’emu czy Arsibaltowi?
— Nadal uważam za lekką przesadę twierdzenie, że w naszych umysłach nieustannie budujemy i burzymy kontrafaktyczne wszechświaty.
— Ja tak się do tego przyzwyczaiłem, że przesadą wydaje mi się pogląd przeciwny. Może jutro znów wybierzemy się na spacer i wrócimy do tej rozmowy?
— Z przyjemnością.
Kiedy dotarł do nas zapach kolacji, przypomniałem sobie, że następnego dnia powinienem odezwać się do moich towarzyszy za bramą. Nie był to jednak najlepszy moment, żeby o tym wspominać. Postanowiłem wrócić do sprawy rano.
Wiedziałem, że poruszając ten problem, wymuszę na Orolu podjęcie jakiejś decyzji, ale gdy tylko wyłuszczyłem mu sprawę, poczynił spostrzeżenie, które wydało mi się wręcz zawstydzająco oczywiste: trzydniowy termin, który sobie wyznaczyliśmy, był całkowicie umowny i jedynym sensownym rozwiązaniem było odrzucenie go bez dalszych dywagacji. Spytał o radę fraa Landashera, a ten zaproponował, żebym zaprosił przyjaciół do matemu; zapewnił mnie, że będą mile widzianymi gośćmi. W pierwszej chwili byłem wstrząśnięty — dopóki nie przypomniałem sobie, że matem na Ecbie jest inny niż wszystkie, a Landasher odpowiada co najwyżej przed fundą, która jest właścicielem wyspy. Byłem przekonany, że moi towarzysze nie będą mieli najmniejszej ochoty zatrzymać się na dłużej w takim miejscu, ale kiedy dwie godziny później zszedłem do kramu z pamiątkami i wyjaśniłem im, jak się sprawy mają, przyjęli propozycję Landashera jednomyślnie i bez zastrzeżeń. Zrobiło mi się trochę nieswojo, więc na wszelki wypadek wróciłem z nimi do zatoczki i pomogłem im zwinąć obozowisko, wykorzystując ten czas na mały wykład z etykiety matemowej. Szczególnie niepokoiła mnie wizja Ganeliala Crade’a wygłaszającego w matemie swoje kazania, ale dość szybko zaczęli się ze mnie nabijać, że tak się tym przejąłem (Yul był pierwszy, inni zaraz poszli w jego ślady), i zrozumiałem, że ich uraziłem. Nie odzywałem się zatem, dopóki nie dotarliśmy do Oritheny. Cord, Yul, Gnel i Sammann przeszli przez bramę i dostali pokoje w domu gościnnym stojącym z dala od klauzury; pozwolono im nawet zatrzymać piszczki i inne sekularne udogodnienia. Ubrani w swoje zwykłe stroje (chociaż już bez piszczków) dołączyli do nas przy kolacji, gdzie fraa Landasher oficjalnie ich przywitał i wzniósł toast na ich cześć.
Obudziłem ich wcześnie rano i zaprowadziłem na teren wykopalisk. Gnel wyglądał, jakby doznał jakiegoś deolatryjskiego objawienia; powinienem jednak uczciwie przyznać w tym miejscu, że kiedy pierwszy raz zszedłem na dół w towarzystwie suur Spry, miałem pewnie podobną minę.
Zapytałem Sammanna, czy dowiedział się czegoś więcej o właścicielach Ecby. Odparł „Tak” oraz „To nudne”. Po Trzeciej Łupieży jakiś miastowy zapałał entuzjazmem do wszystkiego, co oritheńskie. Ponieważ był bardzo bogaty, kupił sobie Ecbę, a do zarządzania nią powołał specjalną fundację, którą zaopatrzył w przeraźliwie nudny, tysiącstronicowy regulamin; fundacja miała trwać wiecznie, więc regulamin musiał przewidzieć i uwzględnić wszystkie ewentualności. Władzę wykonawczą sprawowała mieszana, sekularno-matemowa rada gubernatorów… Sammann rozkręcał się równie szybko, jak ja się zniechęcałem.
Przez dwa dni byłem zajęty oprowadzaniem moich towarzyszy po Orithenie. Dopiero na trzeci dzień mogliśmy z Orolem wznowić nasze górskie wycieczki.
Dialog: Dyskurs teorów, zwykle sformalizowany. Określenie „być w dialogu” odnosi się do człowieka, który w takim dyskursie improwizuje. Termin ten może również odnosić się do zapisu jednego z dialogów historycznych. Takie dokumenty stanowią fundament matemowej tradycji literackiej; fidowie uczą się ich na pamięć, studiują je i odtwarzają. W formacie klasycznym dialog ma dwóch głównych uczestników i pewną liczbę słuchaczy, od czasu do czasu wtrącających się do dysputy. Drugim popularnym formatem jest trójkąt, w którym występują mędrzec, zwykły człowiek poszukujący wiedzy oraz imbecyl. Istnieje wiele klasyfikacji dyskursów, takich jak podział na dialog pielgrzymi, perykliński i suwiński.