Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Научная фантастика » Peanatema [Anathem - pl]
Peanatema [Anathem - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Peanatema [Anathem - pl]

Электронная книга - «Peanatema [Anathem - pl]». Краткое содержание книги:

Stephenson opisał tu badaczy, filozofów, naukowców, którzy zostali zamknięci w zakonach i pozbawieni dostępu do komputerów, akceleratorów cząstek oraz reszty niezbędnego ustrojstwa, lecz nie zaprzestali swoich badań. Opracowali nowe metody pracy, równie dobre, a może nawet lepsze od starych, bo działające wyłącznie w oparciu o wszechstronne możliwości psychofizycznego instrumentarium człowieka. Tym samym Stephenson zdaje się mówić wprost — jedyną technologią, którą warto rozwijać jest człowiek.
1 ... 137 138 139 140 141 142 143 144 145 ... 253
Перейти на страницу:

Światło padające na namiot budziło, szum morza usypiał — a ja niczym kłoda wyrzucona na brzeg i przewalana falami tam i z powrotem, na przemian budziłem się i przysypiałem, śniąc mętny i nieciekawy sen o Geometrach. Jakiś zakamarek mojego umysłu, zafascynowany manipulatorami zdalnie sterowanej sondy przysłanej po Niebiańskiego Strażnika, zużywał niezmierzone ilości mrocznej energii na ożywanie mojej pamięci: przywoływał obrazy, wyostrzał wspomnienia, upiększał je, mieszał z tworami wyobraźni, łączył teorykę ze sztuką w hybrydy wyrażające najniezwyklejsze idee, lęki i nadzieje. Opędzałem się od jawy, chciałem dalej śnić, leżałem więc półprzytomny i czekałem, aż coś się wydarzy, aż sen rozwinie się i coś mi wyjaśni, ale z biegiem czasu tylko coraz bardziej się niepokoiłem, bo nie mogłem przestać myśleć o stawach, kościach, łożyskach i serwomotorach manipulatorów, które w mej wyobraźni stały się równie skomplikowane jak moje własne ręce i nabrały tak samo łagodnych, organicznych krzywych jak elementy maszynerii zegara, które Cord robiła dla Sammanna. Jedyną nowinką w całym śnie była zainstalowana (prawdopodobnie) w sondzie aparatura do przetwarzania obrazu, na którą zwróciłem uwagę pod sam koniec. Im dłużej próbowałem się jej przyjrzeć, tym bardziej przeszkadzały mi otaczające ją reflektory; usiłowałem spojrzeć Geometrom w oczy, a widziałem tylko rozbłyski oślepiającej bieli przeplatane plamami absolutnej czerni.

Narastająca frustracja dokonała tego, co nie udało się światłu dnia, zapachowi jedzenia i dźwiękom rozmów: obudziła mnie. Nie mogłem popchnąć spraw do przodu w inny sposób niż budząc się i robiąc coś w tym kierunku.

Ecba była piękna — surowa, rozpalona, ale piękna. Cały jeden dzień zszedł nam na budowaniu osłon przed lejącym się z nieba żarem. Znaleźliśmy otwartą na wschód zatoczkę, położoną na północ od skalistego urwiska, które przez większość dnia dawało nam cień. Yul pokazał nam, jak zakotwiczyć głęboko w piasku pale, na których później rozpięliśmy płachty chroniące nas przed popołudniowym upałem, i w efekcie słońce dawało nam się we znaki głównie wczesnym rankiem, kiedy jeszcze temperatura była całkiem znośna. Leżąca pół mili od brzegu wysepka przełamywała pędzące z głębi morza fale; przybój na plaży był więc nieznaczny, chociaż nieprzewidywalny. Płytką zatoczkę o kamienistym dnie mogły bezpiecznie sforsować tylko najlżejsze łodzie, toteż chyba nikt nigdy nie próbował jej sensownie zagospodarować. Cały czas spodziewaliśmy się gości obwieszonych jarmarcznymi insygniami władzy i gotowych nas przepędzić, ale nikt się nie zjawił. Zatoczka najwyraźniej nie należała ani do osoby prywatnej, ani do żadnej wspólnoty — po prostu była kawałkiem wybrzeża. Jedyna na Ecbie osada z prawdziwego zdarzenia (nie licząc matemu przy Orithenie) rozłożyła się wokół przystani promowej, od której dzieliło nas pięć mil w linii prostej, a piętnaście wzdłuż biegnącej brzegiem drogi. Zasilana energią słoneczną odsalarnia produkowała i sprzedawała słodką wodę; Yul zaraz po przyjeździe napełnił nią dwa zalatujące pleśnią pęcherze z demobilu. Tej wody i zakupionego na kontynencie jedzenia powinno nam starczyć na tydzień.

Na mocy jednogłośnej, chociaż nie sformułowanej wprost umowy następny dzień po rozbiciu obozowiska przeznaczyliśmy na odpoczynek. Wygrzebaliśmy z bagażu sfatygowane książki; ktoś chrapał, ktoś inny pływał. Pożyczyłem od Cord wąskie szczypce, wyjąłem sobie szwy, zanurzyłem się w wodzie po szyję i czekałem, aż znieczuli mi rany. Mógłbym więcej napisać o rekonwalescencji, ale tego nie zrobię. Obserwowanie, jak moje ciało zbiera siły i wraca do zdrowia, wydało mi się fascynujące, ale przypuszczam, że to właśnie gojące się obrażenia wywoływały sny o metalicznych kończynach i krystalicznych organach sondy obcych. Kusiło mnie, żeby pofilozofować sobie na temat związku ciała i umysłu, ale mój wewnętrzny loryta tłumaczył mi, że byłaby to strata czasu; lepiej byłoby znaleźć bibliotekę i poczytać, co mieli na ten temat do powiedzenia inni, lepsi ode mnie myśliciele.

Poprzedniego dnia pod wieczór Yul zburzył spokój zatoczki, zapuszczając silnik aportu. Część z nas dla zabicia czasu wybrała się na dwugodzinny objazd wysepki. Położenie wulkanu nie stanowiło naturalnie tajemnicy: niewiele było miejsc, z których nie dałoby się go dostrzec. Był stromy, co oznaczało — jak uczył mnie fraa Haligastreme — że jest niebezpieczny. Niektóre wulkany wytwarzały rzadką lawę, która szybko rozpływała się na boki; miały kształt soczewkowaty i były właściwie niegroźne: wystarczyło iść szybciej, niż poruszała się lejąca się lawa. Inne pluły gęstą lawą, poruszającą się powoli i łatwo się piętrzącą — te były niebezpieczne, ponieważ ciśnienie w ich wnętrzu narastało i prędzej czy później musiało dojść do erupcji.

Ecba stanowiła ostatni przystanek na trasie promu, który wypływał z przystani na lądzie w kierunku południowym, z lekkim odchyleniem ku wschodowi. Do wyspy dotarliśmy więc od północy. Miasteczko zbudowano wokół jedynego naturalnego portu, wyglądającego jak wygryziony kawałek północno-zachodniej ćwiartki w przybliżeniu okrągłej wyspy. My rozbiliśmy obóz na północnym wschodzie, w jednej z zatoczek porozdzielanych paluchami zastygłej magmy, która spłynęła z kaldery setki lat przed zasiedleniem Ecby. Dlatego też przez pierwsze dni oglądaliśmy głównie północne zbocza wulkanu; jego regularna sylwetka prezentowała się nader wdzięcznie (nawet jeśli dźwięczące mi w uszach słowa Haligastreme nie pozwalały zapomnieć, że stromizna jest niebezpieczna). Podczas wycieczki objeżdżaliśmy wyspę w kierunku przeciwnym do ruchu wskazówek zegara i kilka mil od obozu nagle naszym oczom ukazał się południowy stok, który w minus dwa tysiące sześćset dwudziestym pierwszym roku eksplodował, zapadł się, zniszczył świątynię i zasypał port na południowo-wschodnim wybrzeżu, do którego dotarli (na galerach i żaglowcach) pierwsi fizjologicy, kontynuatorzy dzieła Cnoüsa z całego basenu Morza Mórz. Skutki tamtej erupcji nadal były widoczne: popiół i kawałki lawy zaścielały zbocze schodzące wprost do morza. Ecba nigdy nie doszła do siebie: po osiągnięciu wachlarzowatego jęzora popiołu i lawy droga po dziś dzień na odcinku kilkunastu mil zmieniała się w wyboisty bity trakt; nie było widać żadnych drogowskazów, zabudowań, śladów napraw. Tylko w jednym miejscu na południowo-wschodnim łuku wybrzeża, skąd otwierał się widok w głąb rozsadzonego krateru, od głównej drogi odchodziła pod kątem prostym inna, boczna, przez pewien czas biegnąca prosto do góry, a potem skręcająca w serię serpentyn, pnących się po nagim zboczu, na którym rysował się mroczny mur. Nie potrzebowaliśmy satelitarnych map Sammanna, żeby wiedzieć, że mamy przed sobą założony w roku trzytysięcznym matem.

W pół drogi do niego, na początku serpentyn, nieliczne niskie domki walczyły z nawiewanym przez wiatr popiołem, usiłując w nim nie zatonąć. Kiedy podjechaliśmy bliżej, zastaliśmy tam punkt kontrolny i kramik z pamiątkami, prowadzone przez deklarantów. Nie kryli się z zawojami i sznurami. Nie okłamywaliśmy ich, ale udawaliśmy turystów. Z przyjemnością sprzedali nam parę drobiazgów (mydło z popiołu wulkanicznego), ale stanowczo zapowiedzieli, że dalej nas nie przepuszczą.

Później zajechaliśmy do miasta, żeby uzupełnić zapasy, i tam również zobaczyłem deklarantów obnoszących się z tradycyjnym strojem. Nie wyglądali na hierarchów, więc w ewidentny sposób łamali Dyscyplinę — podobnie zresztą jak sprzedawcy w kramiku z pamiątkami. Co z kolei oznaczało, że stosunki między deklarantami i statystami są tu znacznie swobodniejsze niż na przykład w Mahshcie. Miałem ogromną ochotę podejść do tych deklarantów i zapytać, czy słyszeli o Orolu, ale się powstrzymałem: nie uciekną mi, a ja prześpię się jeszcze z tym pytaniem. I rzeczywiście przespałem się — ale zamiast odpowiedzi czekał mnie tylko ten frustrujący, wlokący się bez końca sen o manipulatorach.

1 ... 137 138 139 140 141 142 143 144 145 ... 253
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)