Każde martwe marzenie
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #5
- Год: 2018
- Язык: польский
- Год: Powergraph
- ISBN: 9788364384868
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Każde martwe marzenie». Краткое содержание книги:
Przecież czekaliśmy na nich, mówiły spojrzenia. Wiedzieliśmy, że przyjdą. To, że przyszli nieco wcześniej, niczego nie zmienia. Po prostu załatwimy ich szybciej, niż planowaliśmy.
Tak. Do licha. Niech przyjdą. Jutro Pomwe zapłaci za swoją zbrodnię, a za trzy dni Pani Płomieni zapłacze nad losem swojego przeklętego księstwa.
Ale teraz musiał odpocząć. Dziesiętnik wstał i pokuśtykał na tyły w poszukiwaniu skrawka cienia.
Interludium
Szarpnięcie za ramię nie było zbyt delikatne, ot, takie w stylu, że jak zaraz nie otworzysz oczu, to dam ci w pysk. Altsin zerwał się na nogi, sięgnął po nóż. Łódź zakołysała się niebezpiecznie.
— Spokojnie. — Stojący przed nim mężczyzna uniósł uspokajająco dłoń w górę. — Chciałem tylko sprawdzić, czy żyjesz. Człowieku, wyglądałeś jak trup.
Altsin zamrugał, przeganiając z głowy resztki snu. To był ten… Gessen. Musiał pamiętać, by zapytać go zaraz o imię, by nie zdradzić, że słyszał jego modlitwę. Mężczyzna ubrał się już i wpatrywał w złodzieja uważnym i bardzo inteligentnym spojrzeniem.
Złodziej potrząsnął głową, usiłując przepędzić szum z uszu i stłumić narastające mdłości. Dziwne, że je czuł, skoro nie jadł od trzech… czterech dni. Było mu zimno, cały zdrętwiał, a w ustach miał posmak zgnilizny. Czary, zasrane czary, tak wiele obiecujące i tak wiele zabierające w zamian.
Rozejrzał się zaskoczony, przyjmując do wiadomości, że najwyraźniej nie siedział już na rufie, tylko spał w najlepsze na posłaniu ze skór.
— Kto… — odchrząknął gęstą flegmę — … kto sterował?
— Jak się ocknąłem, nikt, ale łódź płynęła na wschód. Ubrałem się, zwlokłem cię z rufy i położyłem przy Jodle. Ale musisz mi wybaczyć, że ściągnąłem ci tylko moją kurtkę, a nie rozebrałem do naga, Jodła jest wybredny w pewnych sprawach.
Chwilę zajęło mu załapanie żartu. Ale nie znalazł sił na żadną kąśliwą odpowiedź.
— Jest już wieczór?
Niebo nad nimi zasłaniały chmury, ale jeszcze nie było całkiem ciemno. Uratowany mężczyzna uśmiechnął się szeroko.
— Raczej zbliża się ranek. Przespałeś całą noc, czarowniku. Calusieńką. I wiesz co? Chrapiesz przez sen jak tuzin dzików obżerających się glizdami.
Wszystko docierało do niego powoli, jakby mozolnie odczytywał słowa zapisane w dopiero co poznanym języku. Całą noc? Przespał całą tę długą, północną noc? To ile minęło już godzin?
— Ranek? Noc? Gdzie… jak…
— Płyniemy na wschód czarowniku, bo tam nas pcha prąd wody. Nawet gdybym chciał, nie dałbym rady zmienić kursu. Obudziłem się koło północy, ty leżałeś przy sterze, łódź płynęła. Położyłem cię przy Jodle i czekałem.
— Czarowniku?
Mężczyzna machnął ręką.
— Nie udawaj. Jestem z Górskiej Straży i widziałem już magów, którzy nadwerężyli sił, używając Mocy. Wyglądasz dokładnie tak samo jak oni. Potrzebujesz teraz dużo snu i jedzenia.
Altsin usiadł, oparł się o maszt. Więc to tak wygląda? Korzystanie z Mocy jest niczym zażywanie narkotyku. Słodkie i podstępne. Dopóki nie wsiadł do łodzi, robił to rzadko, z umiarem i ostrożnie. Za to na morzu pofolgował sobie w poczuciu bezpieczeństwa… Wszystko bez wysiłku, z napełniającą głowę poczuciem wszechmocy łatwością.
Powinieneś mnie ostrzec, sukinsynu.
Tym razem ta druga, złośliwa i upierdliwa część jego osoby milczała.
No oczywiście, jak coś idzie źle, to nie ma winnych.
Ale przynajmniej podejrzenia tego mężczyzny idealnie pasowały do historii, którą Altsin sobie wymyślił.
— Tak. Przesadziłem — pokiwał głową. — Kim jesteś?
— A ty?
— To moja łódź. I to ja ściągnąłem cię z kry.
— Masz rację. — Mężczyzna usiadł przy sterze. — Jestem Gessen Pancw z Górskiej Straży. Szósta Kompania Szóstego Pułku z Belenden. A mój towarzysz to Rubne Klowr, ale wszyscy mówią na niego Jodła.
Górska Straż… Raz czy dwa Altsin słyszał tę nazwę. Kojarzyła mu się z opowieściami nesbordzkich piratów, którzy zazwyczaj dorzucali do tej nazwy stertę przekleństw, podszytych wyraźnym uznaniem.
— Żołnierze Imperium?
— Niektórzy czasem tak na nas mówią. — Gessen pokiwał głową. — A ty? Jak się nazywasz i kim jesteś?
No to zaczynamy snuć własną bajeczkę, pomyślał i prawie się uśmiechnął. W sumie ta gra – oszukaj, okłam, nabierz kogoś – zawsze mu się podobała. Powinien zostać aktorem w jakieś wędrownej trupie, a może nawet w jednym z teatrów, które dostarczały rozrywki w dużych miastach. Każde wyjście na scenę byłoby dla niego rolą życia.
Bez trudu wszedł zatem także w rolę czarownika zmęczonego nadużywaniem Mocy. Krótkie zdania, urywany oddech, trzęsące się ręce…
— Pochodzę z Ar-Mittar, słyszałeś o nim? To wielkie miasto na zachodnim wybrzeżu… Jest tam gildia Gamlesh… Mówi ci to coś? A mnie nazywają Żołądź…
Dobre kłamstwo składa się co najmniej z połowy prawdy. Idealne: z prawdy doprawionej tylko odrobiną zmyślenia i sugestywnej konfabulacji. Ar-Mittar było wielkim miastem, prawie tak dużym jak Ponkee-Laa, i naprawdę istniała w nim gildia Gamlesh. Altsin słyszał o niej wielokrotnie, bo jej czarownicy specjalizowali się w czarach używanych na morzu. Prawda, prawda i odrobinę zmyślenia. Kłamstwo niemal idealne.
Żołnierz skinął głową.
— To daleko od naszych gór. Skąd się tu wziąłeś?
Altsin pokręcił głową, wchodząc w swoją rolę. W końcu, jak powszechnie wiadomo, czarownicy byli arogancką i wredną bandą.
— Nie, przyjacielu, to nie ty przepytujesz mnie, tylko ja ciebie. A raczej, jeśli chcemy to ująć delikatniej, będę niezmiernie wdzięczny, gdy zaspokoisz moją ciekawość. Jak ci się to nie podoba, to wypieprzaj z tej łodzi.
Gessen uśmiechnął się szeroko. Ale bez złośliwości.
— Słaby jak dziecko, a warczy i szczeka. Po tym zawsze poznałbym czarownika, choćby się przebrał za drzewo i co roku rodził jabłka. Chcesz opowieści? No to słuchaj.