Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Każde martwe marzenie
Każde martwe marzenie - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Każde martwe marzenie

Электронная книга - «Każde martwe marzenie». Краткое содержание книги:

Każde martwe marzenie
1 ... 137 138 139 140 141 142 143 144 145 ... 210
Перейти на страницу:

Prze­cież cze­ka­li­śmy na nich, mó­wi­ły spoj­rze­nia. Wie­dzie­li­śmy, że przyj­dą. To, że przy­szli nie­co wcze­śniej, ni­cze­go nie zmie­nia. Po pro­stu za­ła­twi­my ich szyb­ciej, niż pla­no­wa­li­śmy.

Tak. Do li­cha. Niech przyj­dą. Ju­tro Po­mwe za­pła­ci za swo­ją zbrod­nię, a za trzy dni Pani Pło­mie­ni za­pła­cze nad lo­sem swo­je­go prze­klę­te­go księ­stwa.

Ale te­raz mu­siał od­po­cząć. Dzie­sięt­nik wstał i po­kuś­ty­kał na tyły w po­szu­ki­wa­niu skraw­ka cie­nia.

Interludium

Szarp­nię­cie za ra­mię nie było zbyt de­li­kat­ne, ot, ta­kie w sty­lu, że jak za­raz nie otwo­rzysz oczu, to dam ci w pysk. Alt­sin ze­rwał się na nogi, się­gnął po nóż. Łódź za­ko­ły­sa­ła się nie­bez­piecz­nie.

— Spo­koj­nie. — Sto­ją­cy przed nim męż­czy­zna uniósł uspo­ka­ja­ją­co dłoń w górę. — Chcia­łem tyl­ko spraw­dzić, czy ży­jesz. Czło­wie­ku, wy­glą­da­łeś jak trup.

Alt­sin za­mru­gał, prze­ga­nia­jąc z gło­wy reszt­ki snu. To był ten… Ges­sen. Mu­siał pa­mię­tać, by za­py­tać go za­raz o imię, by nie zdra­dzić, że sły­szał jego mo­dli­twę. Męż­czy­zna ubrał się już i wpa­try­wał w zło­dzie­ja uważ­nym i bar­dzo in­te­li­gent­nym spoj­rze­niem.

Zło­dziej po­trzą­snął gło­wą, usi­łu­jąc prze­pę­dzić szum z uszu i stłu­mić na­ra­sta­ją­ce mdło­ści. Dziw­ne, że je czuł, sko­ro nie jadł od trzech… czte­rech dni. Było mu zim­no, cały zdrę­twiał, a w ustach miał po­smak zgni­li­zny. Cza­ry, za­sra­ne cza­ry, tak wie­le obie­cu­ją­ce i tak wie­le za­bie­ra­ją­ce w za­mian.

Ro­zej­rzał się za­sko­czo­ny, przyj­mu­jąc do wia­do­mo­ści, że naj­wy­raź­niej nie sie­dział już na ru­fie, tyl­ko spał w naj­lep­sze na po­sła­niu ze skór.

— Kto… — od­chrząk­nął gę­stą fleg­mę — … kto ste­ro­wał?

— Jak się ock­ną­łem, nikt, ale łódź pły­nę­ła na wschód. Ubra­łem się, zwlo­kłem cię z rufy i po­ło­ży­łem przy Jo­dle. Ale mu­sisz mi wy­ba­czyć, że ścią­gną­łem ci tyl­ko moją kurt­kę, a nie ro­ze­bra­łem do naga, Jo­dła jest wy­bred­ny w pew­nych spra­wach.

Chwi­lę za­ję­ło mu za­ła­pa­nie żar­tu. Ale nie zna­lazł sił na żad­ną ką­śli­wą od­po­wiedź.

— Jest już wie­czór?

Nie­bo nad nimi za­sła­nia­ły chmu­ry, ale jesz­cze nie było cał­kiem ciem­no. Ura­to­wa­ny męż­czy­zna uśmiech­nął się sze­ro­ko.

— Ra­czej zbli­ża się ra­nek. Prze­spa­łeś całą noc, cza­row­ni­ku. Ca­lu­sień­ką. I wiesz co? Chra­piesz przez sen jak tu­zin dzi­ków ob­że­ra­ją­cych się gliz­da­mi.

Wszyst­ko do­cie­ra­ło do nie­go po­wo­li, jak­by mo­zol­nie od­czy­ty­wał sło­wa za­pi­sa­ne w do­pie­ro co po­zna­nym ję­zy­ku. Całą noc? Prze­spał całą tę dłu­gą, pół­noc­ną noc? To ile mi­nę­ło już go­dzin?

— Ra­nek? Noc? Gdzie… jak…

— Pły­nie­my na wschód cza­row­ni­ku, bo tam nas pcha prąd wody. Na­wet gdy­bym chciał, nie dał­bym rady zmie­nić kur­su. Obu­dzi­łem się koło pół­no­cy, ty le­ża­łeś przy ste­rze, łódź pły­nę­ła. Po­ło­ży­łem cię przy Jo­dle i cze­ka­łem.

— Cza­row­ni­ku?

Męż­czy­zna mach­nął ręką.

— Nie uda­waj. Je­stem z Gór­skiej Stra­ży i wi­dzia­łem już ma­gów, któ­rzy nad­we­rę­ży­li sił, uży­wa­jąc Mocy. Wy­glą­dasz do­kład­nie tak samo jak oni. Po­trze­bu­jesz te­raz dużo snu i je­dze­nia.

Alt­sin usiadł, oparł się o maszt. Więc to tak wy­glą­da? Ko­rzy­sta­nie z Mocy jest ni­czym za­ży­wa­nie nar­ko­ty­ku. Słod­kie i pod­stęp­ne. Do­pó­ki nie wsiadł do ło­dzi, ro­bił to rzad­ko, z umia­rem i ostroż­nie. Za to na mo­rzu po­fol­go­wał so­bie w po­czu­ciu bez­pie­czeń­stwa… Wszyst­ko bez wy­sił­ku, z na­peł­nia­ją­cą gło­wę po­czu­ciem wszech­mo­cy ła­two­ścią.

Po­wi­nie­neś mnie ostrzec, su­kin­sy­nu.

Tym ra­zem ta dru­ga, zło­śli­wa i upier­dli­wa część jego oso­by mil­cza­ła.

No oczy­wi­ście, jak coś idzie źle, to nie ma win­nych.

Ale przy­naj­mniej po­dej­rze­nia tego męż­czy­zny ide­al­nie pa­so­wa­ły do hi­sto­rii, któ­rą Alt­sin so­bie wy­my­ślił.

— Tak. Prze­sa­dzi­łem — po­ki­wał gło­wą. — Kim je­steś?

— A ty?

— To moja łódź. I to ja ścią­gną­łem cię z kry.

— Masz ra­cję. — Męż­czy­zna usiadł przy ste­rze. — Je­stem Ges­sen Pancw z Gór­skiej Stra­ży. Szó­sta Kom­pa­nia Szó­ste­go Puł­ku z Be­len­den. A mój to­wa­rzysz to Rub­ne Klowr, ale wszy­scy mó­wią na nie­go Jo­dła.

Gór­ska Straż… Raz czy dwa Alt­sin sły­szał tę na­zwę. Ko­ja­rzy­ła mu się z opo­wie­ścia­mi nes­bordz­kich pi­ra­tów, któ­rzy za­zwy­czaj do­rzu­ca­li do tej na­zwy ster­tę prze­kleństw, pod­szy­tych wy­raź­nym uzna­niem.

— Żoł­nie­rze Im­pe­rium?

— Nie­któ­rzy cza­sem tak na nas mó­wią. — Ges­sen po­ki­wał gło­wą. — A ty? Jak się na­zy­wasz i kim je­steś?

No to za­czy­na­my snuć wła­sną ba­jecz­kę, po­my­ślał i pra­wie się uśmiech­nął. W su­mie ta gra – oszu­kaj, okłam, na­bierz ko­goś – za­wsze mu się po­do­ba­ła. Po­wi­nien zo­stać ak­to­rem w ja­kieś wę­drow­nej tru­pie, a może na­wet w jed­nym z te­atrów, któ­re do­star­cza­ły roz­ryw­ki w du­żych mia­stach. Każ­de wyj­ście na sce­nę by­ło­by dla nie­go rolą ży­cia.

Bez tru­du wszedł za­tem tak­że w rolę cza­row­ni­ka zmę­czo­ne­go nad­uży­wa­niem Mocy. Krót­kie zda­nia, ury­wa­ny od­dech, trzę­są­ce się ręce…

— Po­cho­dzę z Ar-Mit­tar, sły­sza­łeś o nim? To wiel­kie mia­sto na za­chod­nim wy­brze­żu… Jest tam gil­dia Gam­lesh… Mówi ci to coś? A mnie na­zy­wa­ją Żo­łądź…

Do­bre kłam­stwo skła­da się co naj­mniej z po­ło­wy praw­dy. Ide­al­ne: z praw­dy do­pra­wio­nej tyl­ko odro­bi­ną zmy­śle­nia i su­ge­styw­nej kon­fa­bu­la­cji. Ar-Mit­tar było wiel­kim mia­stem, pra­wie tak du­żym jak Pon­kee-Laa, i na­praw­dę ist­nia­ła w nim gil­dia Gam­lesh. Alt­sin sły­szał o niej wie­lo­krot­nie, bo jej cza­row­ni­cy spe­cja­li­zo­wa­li się w cza­rach uży­wa­nych na mo­rzu. Praw­da, praw­da i odro­bi­nę zmy­śle­nia. Kłam­stwo nie­mal ide­al­ne.

Żoł­nierz ski­nął gło­wą.

— To da­le­ko od na­szych gór. Skąd się tu wzią­łeś?

Alt­sin po­krę­cił gło­wą, wcho­dząc w swo­ją rolę. W koń­cu, jak po­wszech­nie wia­do­mo, cza­row­ni­cy byli aro­ganc­ką i wred­ną ban­dą.

— Nie, przy­ja­cie­lu, to nie ty prze­py­tu­jesz mnie, tyl­ko ja cie­bie. A ra­czej, je­śli chce­my to ująć de­li­kat­niej, będę nie­zmier­nie wdzięcz­ny, gdy za­spo­ko­isz moją cie­ka­wość. Jak ci się to nie po­do­ba, to wy­pie­przaj z tej ło­dzi.

Ges­sen uśmiech­nął się sze­ro­ko. Ale bez zło­śli­wo­ści.

— Sła­by jak dziec­ko, a war­czy i szcze­ka. Po tym za­wsze po­znał­bym cza­row­ni­ka, choć­by się prze­brał za drze­wo i co roku ro­dził jabł­ka. Chcesz opo­wie­ści? No to słu­chaj.

1 ... 137 138 139 140 141 142 143 144 145 ... 210
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)