Rozstaje zmierzchu
- Автор: Джордан Роберт
- Серия: Kolo czasu #10
- Год: 2004
- Язык: польский
- Переводчик: Ewa Wojtczak
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Rozstaje zmierzchu». Краткое содержание книги:
— Byłam po prostu ciekawa — odparła ostrożnie Amyrlin, przełykając sugestię, że młodą kobietę i jej przyjaciółkę należy dokładnie obserwować.
Nie miała ochoty rozmawiać o Nicoli. Zbyt łatwo mogła utknąć między wyborem kłamstwa lub decyzją ujawnienia spraw, których nie ośmieliłaby się narażać. Szkoda, że nie pozwoliła Siuan po cichu pozbyć się tych dwóch dziewcząt.
Na tę myśl bezwiednie szarpnęła głową. Czy aż tak daleko się zmieniła od czasów Pola Emonda? Wiedziała wszak, że prędzej czy później będzie musiała wydać rozkaz zabicia ludzi w bitwie, sądziła także, że potrafiłaby wygłosić wyrok skazujący na śmierć w przypadku zaistnienia ważnej potrzeby. Na przykład — gdy śmierć jednej osoby może pomoc w zachowaniu przy życiu tysięcy lub choćby setek innych ludzi. Czyż taki rozkaz nie jest wówczas właściwy? Jednakże ze strony Nicoli i Areiny groziło im jedynie niebezpieczeństwo ujawnienia sekretów, które mogłyby zaszkodzić jej, Egwene al’Vere. Och, Myrelle i innym wystarczy chłosta, która na pewno nie jest przyjemna. Skrępowanie, nawet największe, nie stanowiło dostatecznego powodu dla zabójstwa.
Nagle Amyrlin uświadomiła sobie, że marszczy brwi, a Tiana i dwie Zasiadające przypatrują jej się z uwagą. Janya nawet nie starała się ukrywać swojej ciekawości za maską spokoju. Szukając usprawiedliwienia dla swojej marsowej miny, Egwene przesunęła wzrok ku stołowi, przy którym znów pracowały Kairen i Ashmanaille. Czara Ashmanaille nieco bardziej pobielała, lecz Kairen bez trudu dogoniła towarzyszkę. Właściwie przegoniła, gdyż jej puchar był dwukrotnie wyższy od czary tamtej.
— Rozwijasz swoje umiejętności, Kairen — powiedziała z aprobatą dziewczynie.
Błękitna podniosła na nią wzrok i wzięła głęboki wdech. Jej owalna twarz wokół lodowatych niebieskich oczu stanowiła uosobienie chłodnego spokoju.
— Nie trzeba wielu umiejętności do tego zadania, Matko. Wystarczy utkać splot i czekać.
Ostatni wyraz wymówiła nieco uszczypliwym tonem, zaś przed słowem „Matko” chyba lekko się zawahała. Kairen została wysłana z Salidaru w bardzo ważnej misji, Wieża na wygnaniu rozpadła się prawie na jej oczach, choć nie z jej powodu, gdyż kobieta nie popełniła żadnego błędu. Kiedy wróciła do nich w Murandy, odkryła zupełnie inny stan rzeczy i odwrócony porządek, a dziewczyna, którą zapamiętała jako nowicjuszkę, nosiła teraz stułę Zasiadającej na Tronie Amyrlin. Ostatnio Kairen spędzała sporo czasu z Lelaine.
— Kairen rzeczywiście się rozwija... — przyznała Janya, po czym popatrzyła na Błękitną siostrę z uniesionym czołem i dorzuciła ostro: — w niektórych sprawach. — Gdy Egwene wybrano na Amyrlin, Janya była prawdopodobnie równie pewna jak inne Zasiadające, że Komnata potrzebowała marionetkowej przywódczyni, tym niemniej najwyraźniej zaakceptowała fakt, iż Egwene nosi teraz stułę i zasługuje na wszelki szacunek. — Oczywiście wątpię, Matko, czy dogoni Leane, o ile się bardziej nie przyłoży. W gruncie rzeczy, lepsza od niej jest chyba młoda Bodewhin. Osobiście nie chciałabym zostać prześcignięta przez nowicjuszkę, przypuszczam jednak, że nie każdy ma w tej kwestii identyczne poglądy.
Po tych słowach na policzkach Kairen rozkwitły rumieńce, a kobieta spuściła oczy na puchar.
Tiana prychnęła.
— Dobra dziewczyna z tej Bodewhin, ale spędza więcej czasu na chichotaniu i zabawach z innymi nowicjuszkami, niż pracując nad sobą i swoimi talentami. O ile Shari... — Zrobiła szybki, ostry wdech. — O ile ktoś jej nie pilnuje. Wczoraj, wraz z Althyn Conly próbowały zajmować się dwoma przedmiotami naraz, ot tak, dla zabawy. Chciały się dowiedzieć, co się zdarzy i połączyły przedmioty w jedną stałą bryłę. Ma się rozumieć, że w takiej postaci przedmiot nie nadaje się już na sprzedaż, no chyba że znajdziemy kogoś, kto pragnie posiadać puchary częściowo z metalu, częściowo zaś z cuendillara. A Światłość jedna wie, co mogłoby się stać dziewczynom podczas takiego zadania. Nie wyglądały na skaleczone, nie wiadomo jednak, co się zdarzy następnym razem!
— Dopilnujcie, ażeby nie było następnego razu — poleciła Egwene nieobecnym tonem, skupiona na pucharze Kairen. Linia bieli nieprzerwanie się wznosiła. Kiedy Leane tkała ten splot, czarny metal bielał w kolor cuendillara w takim tempie, jakby kobieta wrzuciła metalowy przedmiot do mleka, w którym szybko zatonął. Dla samej Amyrlin zmiana następowała w mgnieniu oka, na jej oczach czerń po prostu zmieniała się w biel. Leane może na razie była lepsza, lecz nawet ona nie uczyła się tak szybko. Ile czasu potrzebowała Kairen, by osiągnąć odpowiednią umiejętność? Kilka dni? Kilka tygodni? Tak czy owak, musiała każdą umiejętność rozwinąć w pełni, w przeciwnym razie bowiem może dojść do katastrofy — tragedii kobiet i mężczyzn, którzy umrą w walkach na ulicach Tar Valon. A może także skutek byłby katastrofalny dla Wieży. Egwene nieoczekiwanie poczuła zadowolenie, że zaaprobowała sugestię Beonin. Wyjaśniwszy Kairen, dlaczego musi się bardziej starać, zachęciła ją do wysiłku, choć ta sprawa łączyła się także z kolejnym sekretem, który również należało zachować — aż nadejdzie czas wyjawienia go światu.
18
Pogawędka z Siuan
Gdy Egwene wyszła z namiotu, Daishara oczywiście nie było, jednak siedmiobarwna, pasiasta stuła zwisająca z otwarcia jej kaptura działała na tłum lepiej niż twarz Aes Sedai. Ludzie szybko rozstępowali się przed Amyrlin. Egwene przechodziła wśród kobiet falujących w ukłonach, a czasem i kłaniających się mężczyzn — Strażników lub rzemieślników, którzy otrzymali do wykonania zadanie od którejś z sióstr. Niektóre nowicjuszki piszczały na widok stuły Zasiadającej na Tronie Amyrlin, a całe ich Familie umykały jej pospiesznie z drogi, dygając nisko na zabłoconej ulicy. Odkąd Egwene została zmuszona zalecić ukaranie kilku kobiet z Dwu Rzek, wśród nowicjuszek krążyły pogłoski o surowości obecnej Amyrlin — surowości przywodzącej na myśl rządy Sereille Bagand — toteż najlepiej było jej nie denerwować i nie narażać się na gwałtowny wybuch jej złego humoru. Cóż, większość z nich nie znała się dostatecznie na historii, by mieć dokładniejsze wyobrażenie o Sereille, tym niemniej imię tej Zasiadającej na Tronie Amyrlin od stu lat stanowiło symbol srogości i rządów żelaznej ręki w Wieży, a Przyjęte chętnie nauczały o niej nowicjuszki, a jeszcze chętniej straszyły je jej osobą. Dobrze, że kaptur Egwene skrywał twarz Amyrlin, bo gdy przedstawicielki dziesiątej z kolei Familii nowicjuszek uskoczyły jej z drogi niczym przestraszone zające, zazgrzytała zębami na ten widok tak mocno, że każdy obserwator jej oblicza znalazłby w nim potwierdzenie dla pogłosek, jakoby Egwene żuła kawałki żelaza i wypluwała opiłki. Amyrlin na moment ogarnęło straszliwe podejrzenie, że za kilkaset lat Przyjęte będą jej imieniem przerażać nieszczęsne nowicjuszki — tak jak teraz używały imienia Sereille. Oczywiście, jeśli uda jej się załatwić wcześniej taki drobiazg jak scalenie i umocnienie Białej Wieży! Zapanowała szybko nad sobą i przekonała się w myślach, że drażniące ją sprawy muszą w obecnej sytuacji poczekać.
„W przeciwnym razie — pomyślała — za moment zacznę wypluwać opiłki, nawet nie żując żelaza”.
Tłumy znacząco się przerzedziły w pobliżu gabinetu Amyrlin, czyli zwyczajnego spiczastego, płóciennego namiotu o połatanych brązowych ścianach. Tak jak i Komnata, gabinet stanowił miejsce, do którego nikt nie przychodził bez konkretnego interesu czy wezwania. Nikogo ot tak, po prostu nie zapraszano ani do Komnaty Wieży, ani do gabinetu Amyrlin. Najbardziej nawet niewinne z zaproszeń do jednej z tych dwóch instytucji zawsze równało się wezwaniu, dzięki czemu zresztą Egwene mogła nazwać swój oficjalny namiot swego rodzaju azylem. Rozchyliła lekkie klapy wejściowe, weszła i z ulgą zdjęła płaszcz. Dwa kosze z płonącymi węglami rozkosznie rozgrzewały namiot — było więc tu ciepło, szczególnie w porównaniu z panującym na dworze zimnem — i wydzielały nieco dymu. W powietrzu unosił się słodki zapach suszonych ziół, którymi posypano rozjarzony żar.