Każde martwe marzenie
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #5
- Год: 2018
- Язык: польский
- Год: Powergraph
- ISBN: 9788364384868
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Każde martwe marzenie». Краткое содержание книги:
Za szańcem pojawiła się kolejna grupa żołnierzy, prowadzona przez Owerersa-kan-Sumora. To byli ci, którzy nie potrafili się wycofać w szyku i trzeba ich było po każdym ataku zbierać do kupy. Luka musiał niechętnie przyznać, że saw-Kirhu miał nosa, wybierając dowódców. Kapitan Trzeciej nie krył się na tyłach, śmiało prowadził ataki i nie zostawiał ludzi na śmierć, a potem szybko i sprawnie organizował ich na powrót w prawdziwą kompanię. Przez minione trzy dni zdołał już wzbudzić spory szacunek.
— Duże straty?
Kan-Sumor zasalutował sprężyście.
— Jeszcze liczymy, generale. Chłopcy odważnie atakują, ale gdy przychodzi się cofnąć, tracą głowy.
— Bo, jak powiadał mój kapitan w czasie każdej musztry, żeby zrobić „żółwia” pod ostrzałem, trzeba mieć jaja jak byk, ale mózg myszki. Dobra robota. Jesteśmy już na pozycjach do jutrzejszego szturmu. Postawiliśmy szańce przed Bramą Czarną i Bramą Niebieską. Ledwo sto kroków od nich. Jutro wchodzimy do miasta.
Pomiędzy bramami Czarną i Niebieską Pomwe miało najdłuższy, prosty jak z łuku strzelił, odcinek murów. Prawie pół mili. I tylko sześć wież na tej długości. Obrona opierała się tu do tej pory na szerokiej fosie, ale po czterech dniach ataków fosę zdołano już zasypać tak skutecznie, że gdyby powstańcy mieli wieże oblężnicze, mogliby nimi podjechać pod same mury.
A mury miały tam miejscami tylko osiemnaście stóp wysokości.
To dlatego ich pułk atakował dzisiaj już trzy razy. Podobnie jak inne oddziały powstańczej armii. By rozproszyć siły Pomwe wzdłuż całej linii obrony, by zmęczyć je nieustanną walką i nie dać chwili odpoczynku. Żeby specjalnie wyznaczone kompanie saperskie mogły zasypać fosę i postawić szańce, zza których jutro ruszy decydujący szturm. Kor’ben Olhewar zbudował na tę okazję dwa tarany, olbrzymie pnie zamocowane na ruchomych ramach pokrytych namoczonymi skórami, które miały wyłamać wrota albo zburzyć fortyfikacje i otworzyć powstańcom drogę do serca miasta.
Oczywiście obrońcy musieli widzieć te przygotowania. Zapewne wypełnili bramy ziemią i gruzem i szykowali swoje najlepsze oddziały do odparcia ataku. Bawoły. Do tej pory niewolnicza armia nie starła się z nimi na długość miecza. Murów broniły miejska milicja i oddziały najemne, więc elitarna piechota Białego Konoweryn będzie wypoczęta.
I zdesperowana.
Podobne myśli musiały przebiec przez głowę kapitana Trzeciej Kompanii.
— Kto tam pójdzie do ataku, generale?
— Prosiliśmy o ten zaszczyt — odezwała się melodyjnym głosem Demenaya.
Do licha, Luka potrząsnął głową. Nie zauważył tej kobiety, dopóki nie otworzyła ust. Jakim cudem mógł przegapić jej przybycie? Te ponad siedem stóp wzrostu, piękny tyłek i fantastyczne piersi? Musiał naprawdę być chory.
Ubrana w powłóczyste jedwabie koloru bladej zieleni, pobrzękując złotymi bransoletami na nadgarstkach i kostkach, Demenaya wyglądała olśniewająco. Jak ożywiony posąg jakiejś plemiennej bogini. Przyciągała uwagę w ten hipnotyczny, podszyty erotyczną fascynacją sposób, który kazał wielu mężczyznom ubiegać się o rolę jej osobistych strażników, o których plotkowano, że służą jej i w dzień, i w nocy.
Teraz też pojawiła się pośród żołnierzy Pułku Wilka otoczona przez tuzin czarnoskórych wojowników. Nie olbrzymów z Uawari Nahs, więc była wyższa od każdego z nich o przeszło stopę. Luka uśmiechnął się pod nosem, cholera lubiła się wyróżniać. Spotkał ją już kilka razy, zawsze w otoczeniu zbrojnej eskorty i garści sług. Jej status był niejasny. Nie używała już tytułu Królowej Niewolników, bo wśród powstańców nie było niewolników, lecz nadal niektórzy z nich traktowali ją z nabożnym szacunkiem, głównie jako najwyższą kapłankę Służki. Za to większość Meekhańczyków odnosiło się do niej z mieszaniną pobłażliwej kpiny i lekceważenia. Służka nie była ich boginią, ich pani to Baelta’Mathran – pramatka, najpotężniejsza bogini Wszechrzeczy, a nie pokorna boginka wymyślona przez właścicieli.
Mimo wszystko Demenaya miała posłuch, zwłaszcza wśród niewolników wywodzących się z miejscowych ludów i czarnych plemion. Nawet Uware Lew i elita jego wojowników liczyli się z jej opinią. Co, jak widać, pozwalało jej zabierać głos w ich imieniu.
— Uawari Nahs uderzą na miasto, gdy tylko jutro wstanie słońce — dodała, uśmiechając się promiennie.
— A ja się zgodziłem. — Kahel-saw-Kirhu spokojnie skinął kobiecie. Jako jeden z nielicznych zdawał się odporny na urok czarnoskórej piękności. — Uware Lew nalegał i nie widzę powodu, by mu odmawiać.
Zwłaszcza że do tej pory ludzie Lwa nie pchali się do szturmów, przemknęło Luce przez głowę. Inne oddziały z Czarnych Równin walczyły dzielnie, ale olbrzymi Uawari Nahs siedzieli w obozie. W sumie Luka nie widział powodu, by odmawiać im zaszczytu zmierzenia się z Bawołami.
— My też będziemy jutro atakować — kontynuował generał. — Wszędzie, gdzie się da. Uderzymy również na obóz Geghijczyków, żeby nie wpadło im do głowy przyjść miastu z pomocą. Jutro Pomwe musi być nasze.
Geghijczycy. Wer-Klytus prawie o nich zapomniał, bo przez ostatnie dni ich żołnierze siedzieli na tyłkach i udawali, że wcale ich tu nie ma. Podwyższyli tylko swój szaniec, budując wewnątrz niego drugi, jeszcze potężniejszy, lecz poza tym nic.
Czekali.
No cóż. Bezczynność jest czasem najprostszą formą założenia sobie pętli na szyję.
Dopiero teraz dotarły do niego ostatnie słowa dowódcy.
Muszą zdobyć miasto jutro. Muszą.
Wódz powstańczej armii wskoczył na kosz wypełniony ziemią. Uniósł ręce.
— Konowerczycy nadchodzą. Prawie nas zaskoczyli, wygląda bowiem na to, że ich armia porusza się szybciej niż nasi gońcy. Spodziewałem się ich najwcześniej za sześć dni, a wczoraj podjazd Pore Lun Dharo starł się z konnicą Słowików ledwo czterdzieści mil stąd. To znaczy, że główne siły są najwyżej pięćdziesiąt mil od nas. Jeśli utrzymają tempo marszu, będą tu za trzy dni, może cztery. Jakieś trzydzieści tysięcy ludzi.
Zapadła cisza. Powstańcy stali spokojnie, nikt nie sprawiał wrażenia wstrząśniętego czy przestraszonego. Luka obserwował ich nieco z boku. Kilka głupich uśmieszków, dłonie zaciśnięte na rękojeściach broni, ponury wzrok.