Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Każde martwe marzenie
Każde martwe marzenie - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Każde martwe marzenie

Электронная книга - «Każde martwe marzenie». Краткое содержание книги:

Każde martwe marzenie
1 ... 136 137 138 139 140 141 142 143 144 ... 210
Перейти на страницу:

Za szań­cem po­ja­wi­ła się ko­lej­na gru­pa żoł­nie­rzy, pro­wa­dzo­na przez Owe­rer­sa-kan-Su­mo­ra. To byli ci, któ­rzy nie po­tra­fi­li się wy­co­fać w szy­ku i trze­ba ich było po każ­dym ata­ku zbie­rać do kupy. Luka mu­siał nie­chęt­nie przy­znać, że saw-Kir­hu miał nosa, wy­bie­ra­jąc do­wód­ców. Ka­pi­tan Trze­ciej nie krył się na ty­łach, śmia­ło pro­wa­dził ata­ki i nie zo­sta­wiał lu­dzi na śmierć, a po­tem szyb­ko i spraw­nie or­ga­ni­zo­wał ich na po­wrót w praw­dzi­wą kom­pa­nię. Przez mi­nio­ne trzy dni zdo­łał już wzbu­dzić spo­ry sza­cu­nek.

— Duże stra­ty?

Kan-Su­mor za­sa­lu­to­wał sprę­ży­ście.

— Jesz­cze li­czy­my, ge­ne­ra­le. Chłop­cy od­waż­nie ata­ku­ją, ale gdy przy­cho­dzi się cof­nąć, tra­cą gło­wy.

— Bo, jak po­wia­dał mój ka­pi­tan w cza­sie każ­dej musz­try, żeby zro­bić „żół­wia” pod ostrza­łem, trze­ba mieć jaja jak byk, ale mózg mysz­ki. Do­bra ro­bo­ta. Je­ste­śmy już na po­zy­cjach do ju­trzej­sze­go sztur­mu. Po­sta­wi­li­śmy szań­ce przed Bra­mą Czar­ną i Bra­mą Nie­bie­ską. Le­d­wo sto kro­ków od nich. Ju­tro wcho­dzi­my do mia­sta.

Po­mię­dzy bra­ma­mi Czar­ną i Nie­bie­ską Po­mwe mia­ło naj­dłuż­szy, pro­sty jak z łuku strze­lił, od­ci­nek mu­rów. Pra­wie pół mili. I tyl­ko sześć wież na tej dłu­go­ści. Obro­na opie­ra­ła się tu do tej pory na sze­ro­kiej fo­sie, ale po czte­rech dniach ata­ków fosę zdo­ła­no już za­sy­pać tak sku­tecz­nie, że gdy­by po­wstań­cy mie­li wie­że ob­lęż­ni­cze, mo­gli­by nimi pod­je­chać pod same mury.

A mury mia­ły tam miej­sca­mi tyl­ko osiem­na­ście stóp wy­so­ko­ści.

To dla­te­go ich pułk ata­ko­wał dzi­siaj już trzy razy. Po­dob­nie jak inne od­dzia­ły po­wstań­czej ar­mii. By roz­pro­szyć siły Po­mwe wzdłuż ca­łej li­nii obro­ny, by zmę­czyć je nie­ustan­ną wal­ką i nie dać chwi­li od­po­czyn­ku. Żeby spe­cjal­nie wy­zna­czo­ne kom­pa­nie sa­per­skie mo­gły za­sy­pać fosę i po­sta­wić szań­ce, zza któ­rych ju­tro ru­szy de­cy­du­ją­cy szturm. Kor’ben Ol­he­war zbu­do­wał na tę oka­zję dwa ta­ra­ny, ol­brzy­mie pnie za­mo­co­wa­ne na ru­cho­mych ra­mach po­kry­tych na­mo­czo­ny­mi skó­ra­mi, któ­re mia­ły wy­ła­mać wro­ta albo zbu­rzyć for­ty­fi­ka­cje i otwo­rzyć po­wstań­com dro­gę do ser­ca mia­sta.

Oczy­wi­ście obroń­cy mu­sie­li wi­dzieć te przy­go­to­wa­nia. Za­pew­ne wy­peł­ni­li bra­my zie­mią i gru­zem i szy­ko­wa­li swo­je naj­lep­sze od­dzia­ły do od­par­cia ata­ku. Ba­wo­ły. Do tej pory nie­wol­ni­cza ar­mia nie star­ła się z nimi na dłu­gość mie­cza. Mu­rów bro­ni­ły miej­ska mi­li­cja i od­dzia­ły na­jem­ne, więc eli­tar­na pie­cho­ta Bia­łe­go Ko­no­we­ryn bę­dzie wy­po­czę­ta.

I zde­spe­ro­wa­na.

Po­dob­ne my­śli mu­sia­ły prze­biec przez gło­wę ka­pi­ta­na Trze­ciej Kom­pa­nii.

— Kto tam pój­dzie do ata­ku, ge­ne­ra­le?

— Pro­si­li­śmy o ten za­szczyt — ode­zwa­ła się me­lo­dyj­nym gło­sem De­me­naya.

Do li­cha, Luka po­trzą­snął gło­wą. Nie za­uwa­żył tej ko­bie­ty, do­pó­ki nie otwo­rzy­ła ust. Ja­kim cu­dem mógł prze­ga­pić jej przy­by­cie? Te po­nad sie­dem stóp wzro­stu, pięk­ny ty­łek i fan­ta­stycz­ne pier­si? Mu­siał na­praw­dę być cho­ry.

Ubra­na w po­włó­czy­ste je­dwa­bie ko­lo­ru bla­dej zie­le­ni, po­brzę­ku­jąc zło­ty­mi bran­so­le­ta­mi na nad­garst­kach i kost­kach, De­me­naya wy­glą­da­ła olśnie­wa­ją­co. Jak oży­wio­ny po­sąg ja­kiejś ple­mien­nej bo­gi­ni. Przy­cią­ga­ła uwa­gę w ten hip­no­tycz­ny, pod­szy­ty ero­tycz­ną fa­scy­na­cją spo­sób, któ­ry ka­zał wie­lu męż­czy­znom ubie­gać się o rolę jej oso­bi­stych straż­ni­ków, o któ­rych plot­ko­wa­no, że słu­żą jej i w dzień, i w nocy.

Te­raz też po­ja­wi­ła się po­śród żoł­nie­rzy Puł­ku Wil­ka oto­czo­na przez tu­zin czar­no­skó­rych wo­jow­ni­ków. Nie ol­brzy­mów z Uawa­ri Nahs, więc była wyż­sza od każ­de­go z nich o prze­szło sto­pę. Luka uśmiech­nął się pod no­sem, cho­le­ra lu­bi­ła się wy­róż­niać. Spo­tkał ją już kil­ka razy, za­wsze w oto­cze­niu zbroj­nej eskor­ty i gar­ści sług. Jej sta­tus był nie­ja­sny. Nie uży­wa­ła już ty­tu­łu Kró­lo­wej Nie­wol­ni­ków, bo wśród po­wstań­ców nie było nie­wol­ni­ków, lecz na­dal nie­któ­rzy z nich trak­to­wa­li ją z na­boż­nym sza­cun­kiem, głów­nie jako naj­wyż­szą ka­płan­kę Służ­ki. Za to więk­szość Me­ekhań­czy­ków od­no­si­ło się do niej z mie­sza­ni­ną po­błaż­li­wej kpi­ny i lek­ce­wa­że­nia. Służ­ka nie była ich bo­gi­nią, ich pani to Ba­el­ta’Ma­th­ran – pra­mat­ka, naj­po­tęż­niej­sza bo­gi­ni Wszech­rze­czy, a nie po­kor­na bo­gin­ka wy­my­ślo­na przez wła­ści­cie­li.

Mimo wszyst­ko De­me­naya mia­ła po­słuch, zwłasz­cza wśród nie­wol­ni­ków wy­wo­dzą­cych się z miej­sco­wych lu­dów i czar­nych ple­mion. Na­wet Uwa­re Lew i eli­ta jego wo­jow­ni­ków li­czy­li się z jej opi­nią. Co, jak wi­dać, po­zwa­la­ło jej za­bie­rać głos w ich imie­niu.

— Uawa­ri Nahs ude­rzą na mia­sto, gdy tyl­ko ju­tro wsta­nie słoń­ce — do­da­ła, uśmie­cha­jąc się pro­mien­nie.

— A ja się zgo­dzi­łem. — Ka­hel-saw-Kir­hu spo­koj­nie ski­nął ko­bie­cie. Jako je­den z nie­licz­nych zda­wał się od­por­ny na urok czar­no­skó­rej pięk­no­ści. — Uwa­re Lew na­le­gał i nie wi­dzę po­wo­du, by mu od­ma­wiać.

Zwłasz­cza że do tej pory lu­dzie Lwa nie pcha­li się do sztur­mów, prze­mknę­ło Luce przez gło­wę. Inne od­dzia­ły z Czar­nych Rów­nin wal­czy­ły dziel­nie, ale ol­brzy­mi Uawa­ri Nahs sie­dzie­li w obo­zie. W su­mie Luka nie wi­dział po­wo­du, by od­ma­wiać im za­szczy­tu zmie­rze­nia się z Ba­wo­ła­mi.

— My też bę­dzie­my ju­tro ata­ko­wać — kon­ty­nu­ował ge­ne­rał. — Wszę­dzie, gdzie się da. Ude­rzy­my rów­nież na obóz Ge­ghij­czy­ków, żeby nie wpa­dło im do gło­wy przyjść mia­stu z po­mo­cą. Ju­tro Po­mwe musi być na­sze.

Ge­ghij­czy­cy. Wer-Kly­tus pra­wie o nich za­po­mniał, bo przez ostat­nie dni ich żoł­nie­rze sie­dzie­li na tył­kach i uda­wa­li, że wca­le ich tu nie ma. Pod­wyż­szy­li tyl­ko swój sza­niec, bu­du­jąc we­wnątrz nie­go dru­gi, jesz­cze po­tęż­niej­szy, lecz poza tym nic.

Cze­ka­li.

No cóż. Bez­czyn­ność jest cza­sem naj­prost­szą for­mą za­ło­że­nia so­bie pę­tli na szy­ję.

Do­pie­ro te­raz do­tar­ły do nie­go ostat­nie sło­wa do­wód­cy.

Mu­szą zdo­być mia­sto ju­tro. Mu­szą.

Wódz po­wstań­czej ar­mii wsko­czył na kosz wy­peł­nio­ny zie­mią. Uniósł ręce.

— Ko­no­wer­czy­cy nad­cho­dzą. Pra­wie nas za­sko­czy­li, wy­glą­da bo­wiem na to, że ich ar­mia po­ru­sza się szyb­ciej niż nasi goń­cy. Spo­dzie­wa­łem się ich naj­wcze­śniej za sześć dni, a wczo­raj pod­jazd Pore Lun Dha­ro starł się z kon­ni­cą Sło­wi­ków le­d­wo czter­dzie­ści mil stąd. To zna­czy, że głów­ne siły są naj­wy­żej pięć­dzie­siąt mil od nas. Je­śli utrzy­ma­ją tem­po mar­szu, będą tu za trzy dni, może czte­ry. Ja­kieś trzy­dzie­ści ty­się­cy lu­dzi.

Za­pa­dła ci­sza. Po­wstań­cy sta­li spo­koj­nie, nikt nie spra­wiał wra­że­nia wstrzą­śnię­te­go czy prze­stra­szo­ne­go. Luka ob­ser­wo­wał ich nie­co z boku. Kil­ka głu­pich uśmiesz­ków, dło­nie za­ci­śnię­te na rę­ko­je­ściach bro­ni, po­nu­ry wzrok.

1 ... 136 137 138 139 140 141 142 143 144 ... 210
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)