Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Każde martwe marzenie
Każde martwe marzenie - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Każde martwe marzenie

Электронная книга - «Każde martwe marzenie». Краткое содержание книги:

Każde martwe marzenie
1 ... 135 136 137 138 139 140 141 142 143 ... 210
Перейти на страницу:

„Żółw” co­fał się ma­ły­mi krocz­ka­mi, a on z nim, jesz­cze dwa­dzie­ścia, jesz­cze dzie­sięć jar­dów i będą bez­piecz­ni.

Mi­nę­li kra­wędź naj­bliż­sze­go szań­ca i do­pie­ro wte­dy Pon wy­dał roz­kaz:

— Lu­zuj szyk!

For­ma­cja roz­pa­dła się, za­mie­nia­jąc się w grup­kę wy­koń­czo­nych męż­czyzn.

— Któ­ry obe­rwał?

— Ja. — Wy­so­ki tar­czow­nik klę­czał, si­łu­jąc się z za­pię­ciem tar­czy. — Za­sra­na ba­li­sta. Jak wresz­cie do­rwę tych su­kin­sy­nów, to za­ła­du­ję ją ka­mie­niem, przy­wią­żę im do tego ka­mie­nia jaj­ka i oso­bi­ście…

Za­mru­gał, prze­wró­cił oczy­ma i upadł.

Rzu­ci­li się ku nie­mu, ostroż­nie po­ło­ży­li na ple­cach i po pro­stu prze­cię­li rze­mie­nie, któ­ry­mi tar­cza była przy­mo­co­wa­na do ręki żoł­nie­rza. Oło­wia­ny po­cisk roz­łu­pał ją nie­mal na pół, do­kład­nie na wy­so­ko­ści przed­ra­mie­nia męż­czy­zny. Jego ręka wy­glą­da­ła te­raz, jak­by mia­ła do­dat­ko­wy staw i wy­gi­na­ła się w dziw­ną stro­nę.

Luka po­ki­wał gło­wą, zbyt obo­la­ły i zmę­czo­ny, by czuć złość. Bark rwał go tę­pym bó­lem. Po­wi­nien no­sić rękę na tem­bla­ku jesz­cze przez kil­ka dni, ale nie mógł iść do ata­ku jak ostat­ni ka­le­ka. Na­wet je­śli Ka­hel-saw-Kir­hu nie dał mu z po­wro­tem jego żoł­nie­rzy, Koło go po­trze­bo­wa­ła.

Zresz­tą, Pon był cał­kiem nie­złym dzie­sięt­ni­kiem.

— Za­nie­ście go na tyły. A to — do­wód­ca wska­zał po­trza­ska­ny pa­węż — do wo­zac­kie­go warsz­ta­tu. I po­gra­tu­luj­cie Ol­he­wa­ro­wi ro­bo­ty. Gdy­by tar­cza była gor­sza, urwa­ło­by mu rękę.

Kor’ben Ol­he­war, były fe­la­no obo­zu Kay’we, miał ogrom­ne i bez­cen­ne do­świad­cze­nie w rze­mieśl­ni­czej ro­bo­cie. Nie brał bez­po­śred­nie­go udzia­łu w wal­ce, bo Ka­hel-saw-Kir­hu oso­bi­ście mu tego za­bro­nił. W za­mian za to z dwo­ma set­ka­mi lu­dzi dzień i noc ro­bił tar­cze, na­pra­wiał pan­ce­rze, heł­my i broń. Przez to wart był te­raz swo­jej wagi w zło­cie. To on za­pro­po­no­wał, by za­miast ko­pać umoc­nie­nia pod ostrza­łem z mu­rów, na­peł­nić ty­sią­ce ko­szy zie­mią i bły­ska­wicz­nie zbu­do­wać z nich szań­ce pod no­sem za­sko­czo­nych obroń­ców. Taki wła­śnie, sze­ro­ki na sto i wy­so­ki na pięć jar­dów wał od­gra­dzał ich obec­nie od łucz­ni­ków i po­ci­sków z ka­ta­pult. Stąd wy­bie­ga­li do ata­ku i tu się co­fa­li. Dzi­siaj już trze­ci raz.

Trzy­sta kro­ków dzie­li­ło ich od mu­rów, trzy­sta kro­ków zie­mi ni­czy­jej po­kry­tej strza­ła­mi, po­ci­ska­mi ka­ta­pult i tru­pa­mi. Trzy­sta kro­ków, któ­re nie­za­leż­nie od tego, czy ata­ko­wa­li, czy się co­fa­li, roz­cią­gły się w całe mile.

Luka ze stęk­nię­ciem usiadł na zie­mi tuż przy wale, ścią­gnął hełm i ob­ma­cał gło­wę. Opu­chli­zna nie scho­dzi­ła, psia­krew. Krę­ci­ło mu się we łbie i znów po­czuł mdło­ści, spo­tę­go­wa­ne za­pa­chem zgni­li­zny. Nie na­dą­ża­li ścią­gać tru­pów z przed­po­la, więc le­ża­ły tam i za­czy­na­ły się roz­kła­dać. Smród ści­skał mu trze­wia że­la­zną ob­rę­czą. Na do­da­tek, cze­go ni­ko­mu nie po­wie­dział, miał pro­ble­my z pa­mię­cią. Nie pa­mię­tał na przy­kład, gdzie spał ze­szłej nocy ani co jadł na śnia­da­nie. Czy w ogó­le coś jadł. Może to i le­piej. Ina­czej wy­rzy­gał­by za­raz wszyst­ko, co ma w żo­łąd­ku. Je­śli wy­glą­dał tak, jak się czuł, to nic dziw­ne­go, że Owe­rers nie za­mie­rzał mu na ra­zie po­wie­rzać do­wo­dze­nia.

Za szań­cem zgro­ma­dzi­ło się już z trzy­stu lu­dzi. Pod­ofi­cer pa­trzył, jak opa­tru­ją ran­nych, wy­ry­wa­ją z tarcz strza­ły, żar­tu­ją i klną, zbie­ra­jąc się znów w dzie­siąt­ki i kom­pa­nie. Był z nich cho­ler­nie dum­ny.

Koło po­ja­wi­ła się przy nim znie­nac­ka, klap­nę­ła obok.

— Hej, Luka.

Wy­glą­da­ła le­piej. Jej po­pa­rzo­na skó­ra na­bra­ła zdrow­szych barw, wło­sy na gło­wie były jak­by ciut dłuż­sze, a rany zdą­ży­ły się za­skle­pić. Mó­wi­ła też z więk­szym sen­sem. Tyl­ko po­kry­te biel­mem oko wy­glą­da­ło ma­ka­brycz­nie. Wes­tchnął.

— Po­trze­bu­jesz opa­ski, żeby nie stra­szyć lu­dzi.

Uśmiech­nę­ła się. Lu­bił jej uśmiech, bo przez chwi­lę wy­glą­da­ła na nor­mal­ną, szczę­śli­wą dziew­czy­nę.

— Ale ja wła­śnie chcę stra­szyć lu­dzi. Tam­tych. — Mach­nę­ła ręką w stro­nę mia­sta. — Lu­bię, jak się boją.

— Ja też. — Zer­k­nął na pro­cę, któ­rą trzy­ma­ła w ręku. — Tra­fi­łaś któ­re­goś?

— Trzech. Jed­ne­go to bam! — Pla­snę­ła się dło­nią w czo­ło. — W sam śro­dek. Na­wet hełm mu nie po­mógł. Umarł. Lu­bię, jak umie­ra­ją.

— Prze­cież po to tu je­ste­śmy, jak ro­zu­miem. Żeby umie­ra­li. — Wer-Kly­tus po­czuł na­gle sil­ny za­wrót gło­wy, wszyst­ko roz­my­ło mu się w oczach. Gdy od­zy­skał ostrość wi­dze­nia, Koło po­chy­la­ła się nad nim z tro­ską na twa­rzy.

— Je­steś cho­ry, Luka. Ja też by­łam cho­ra, gdy wy­cią­gną­łeś mnie z dziu­ry, pa­mię­tasz? Opie­ko­wa­łeś się mną. Te­raz ja za­opie­ku­ję się tobą. I in­ny­mi też. Wszyst­ki­mi, któ­rzy pła­czą.

Nie miał siły się kłó­cić. Oczy­wi­ście po każ­dym ata­ku przy­by­wa­ło im ran­nych, ale tej dziew­czy­ny nie wpusz­czo­no by do la­za­re­tu, na­wet gdy­by była ostat­nią parą rąk zdol­nych do po­mo­cy. Nie­waż­ne. Koło i tak za chwi­lę za­po­mni o tej de­kla­ra­cji.

Wo­kół wsz­czął się na­gły ruch, żoł­nie­rze wsta­wa­li z zie­mi, pro­sto­wa­li się i sa­lu­to­wa­li. Ka­hel-saw-Kir­hu po­ja­wił się mię­dzy nimi na­gle, bez pom­py, jak zwy­kły pie­chur, ale i tak ścią­gał całą uwa­gę. Luka pa­mię­tał skądś, że Krwa­wy Ka­hel­le jest te­raz ge­ne­ra­łem; dłu­go się opie­rał, ale w koń­cu, gdy za­czę­li ob­le­gać Po­mwe, zmu­si­li go, by za­ło­żył błę­kit­ny kar­wasz. Wo­jo­wa­nie we­dług me­ekhań­skiej my­śli woj­sko­wej wy­ma­ga­ło ja­snej hie­rar­chii do­wo­dze­nia. Ja­kiś po­rucz­nik nie mógł wy­da­wać roz­ka­zów ka­pi­ta­nom i puł­kow­ni­kom.

Cho­le­ra, Luka spró­bo­wał się pod­nieść i za­sa­lu­to­wać, ale cia­ło nie bar­dzo chcia­ło go słu­chać. Może wresz­cie któ­ryś z tych dur­niów za­uwa­ży sta­re­go żoł­nie­rza i po­mo­że mu do­trzeć do naj­bliż­sze­go fel­cze­ra? Albo cho­ciaż w ja­kiś cień. Zde­cy­do­wa­nie za wcze­śnie wziął udział w wal­ce.

— Ja… idę już, Luka. — Koło mu­snę­ła jego roz­pa­lo­ną gło­wę lo­do­wa­ty­mi pal­ca­mi. — Od­pocz­nij. Wte­dy po­czu­jesz się le­piej.

Znik­nę­ła, tak jak się po­ja­wi­ła, bez­sze­lest­nie. Wer-Kly­tus wie­dział, że dziew­czy­na nie lubi ich wo­dza, bo ten przy każ­dym spo­tka­niu pró­bo­wał ode­słać ją na tyły. Woj­sko­wa na­tu­ra Ka­he­la–saw-Kir­hu cier­pia­ła na wi­dok ob­szar­pa­nej ma­ło­la­ty plą­czą­cej się na pierw­szej li­nii. A może po pro­stu chciał ją chro­nić?

1 ... 135 136 137 138 139 140 141 142 143 ... 210
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)