Każde martwe marzenie
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #5
- Год: 2018
- Язык: польский
- Год: Powergraph
- ISBN: 9788364384868
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Każde martwe marzenie». Краткое содержание книги:
„Żółw” cofał się małymi kroczkami, a on z nim, jeszcze dwadzieścia, jeszcze dziesięć jardów i będą bezpieczni.
Minęli krawędź najbliższego szańca i dopiero wtedy Pon wydał rozkaz:
— Luzuj szyk!
Formacja rozpadła się, zamieniając się w grupkę wykończonych mężczyzn.
— Który oberwał?
— Ja. — Wysoki tarczownik klęczał, siłując się z zapięciem tarczy. — Zasrana balista. Jak wreszcie dorwę tych sukinsynów, to załaduję ją kamieniem, przywiążę im do tego kamienia jajka i osobiście…
Zamrugał, przewrócił oczyma i upadł.
Rzucili się ku niemu, ostrożnie położyli na plecach i po prostu przecięli rzemienie, którymi tarcza była przymocowana do ręki żołnierza. Ołowiany pocisk rozłupał ją niemal na pół, dokładnie na wysokości przedramienia mężczyzny. Jego ręka wyglądała teraz, jakby miała dodatkowy staw i wyginała się w dziwną stronę.
Luka pokiwał głową, zbyt obolały i zmęczony, by czuć złość. Bark rwał go tępym bólem. Powinien nosić rękę na temblaku jeszcze przez kilka dni, ale nie mógł iść do ataku jak ostatni kaleka. Nawet jeśli Kahel-saw-Kirhu nie dał mu z powrotem jego żołnierzy, Koło go potrzebowała.
Zresztą, Pon był całkiem niezłym dziesiętnikiem.
— Zanieście go na tyły. A to — dowódca wskazał potrzaskany pawęż — do wozackiego warsztatu. I pogratulujcie Olhewarowi roboty. Gdyby tarcza była gorsza, urwałoby mu rękę.
Kor’ben Olhewar, były felano obozu Kay’we, miał ogromne i bezcenne doświadczenie w rzemieślniczej robocie. Nie brał bezpośredniego udziału w walce, bo Kahel-saw-Kirhu osobiście mu tego zabronił. W zamian za to z dwoma setkami ludzi dzień i noc robił tarcze, naprawiał pancerze, hełmy i broń. Przez to wart był teraz swojej wagi w złocie. To on zaproponował, by zamiast kopać umocnienia pod ostrzałem z murów, napełnić tysiące koszy ziemią i błyskawicznie zbudować z nich szańce pod nosem zaskoczonych obrońców. Taki właśnie, szeroki na sto i wysoki na pięć jardów wał odgradzał ich obecnie od łuczników i pocisków z katapult. Stąd wybiegali do ataku i tu się cofali. Dzisiaj już trzeci raz.
Trzysta kroków dzieliło ich od murów, trzysta kroków ziemi niczyjej pokrytej strzałami, pociskami katapult i trupami. Trzysta kroków, które niezależnie od tego, czy atakowali, czy się cofali, rozciągły się w całe mile.
Luka ze stęknięciem usiadł na ziemi tuż przy wale, ściągnął hełm i obmacał głowę. Opuchlizna nie schodziła, psiakrew. Kręciło mu się we łbie i znów poczuł mdłości, spotęgowane zapachem zgnilizny. Nie nadążali ściągać trupów z przedpola, więc leżały tam i zaczynały się rozkładać. Smród ściskał mu trzewia żelazną obręczą. Na dodatek, czego nikomu nie powiedział, miał problemy z pamięcią. Nie pamiętał na przykład, gdzie spał zeszłej nocy ani co jadł na śniadanie. Czy w ogóle coś jadł. Może to i lepiej. Inaczej wyrzygałby zaraz wszystko, co ma w żołądku. Jeśli wyglądał tak, jak się czuł, to nic dziwnego, że Owerers nie zamierzał mu na razie powierzać dowodzenia.
Za szańcem zgromadziło się już z trzystu ludzi. Podoficer patrzył, jak opatrują rannych, wyrywają z tarcz strzały, żartują i klną, zbierając się znów w dziesiątki i kompanie. Był z nich cholernie dumny.
Koło pojawiła się przy nim znienacka, klapnęła obok.
— Hej, Luka.
Wyglądała lepiej. Jej poparzona skóra nabrała zdrowszych barw, włosy na głowie były jakby ciut dłuższe, a rany zdążyły się zasklepić. Mówiła też z większym sensem. Tylko pokryte bielmem oko wyglądało makabrycznie. Westchnął.
— Potrzebujesz opaski, żeby nie straszyć ludzi.
Uśmiechnęła się. Lubił jej uśmiech, bo przez chwilę wyglądała na normalną, szczęśliwą dziewczynę.
— Ale ja właśnie chcę straszyć ludzi. Tamtych. — Machnęła ręką w stronę miasta. — Lubię, jak się boją.
— Ja też. — Zerknął na procę, którą trzymała w ręku. — Trafiłaś któregoś?
— Trzech. Jednego to bam! — Plasnęła się dłonią w czoło. — W sam środek. Nawet hełm mu nie pomógł. Umarł. Lubię, jak umierają.
— Przecież po to tu jesteśmy, jak rozumiem. Żeby umierali. — Wer-Klytus poczuł nagle silny zawrót głowy, wszystko rozmyło mu się w oczach. Gdy odzyskał ostrość widzenia, Koło pochylała się nad nim z troską na twarzy.
— Jesteś chory, Luka. Ja też byłam chora, gdy wyciągnąłeś mnie z dziury, pamiętasz? Opiekowałeś się mną. Teraz ja zaopiekuję się tobą. I innymi też. Wszystkimi, którzy płaczą.
Nie miał siły się kłócić. Oczywiście po każdym ataku przybywało im rannych, ale tej dziewczyny nie wpuszczono by do lazaretu, nawet gdyby była ostatnią parą rąk zdolnych do pomocy. Nieważne. Koło i tak za chwilę zapomni o tej deklaracji.
Wokół wszczął się nagły ruch, żołnierze wstawali z ziemi, prostowali się i salutowali. Kahel-saw-Kirhu pojawił się między nimi nagle, bez pompy, jak zwykły piechur, ale i tak ściągał całą uwagę. Luka pamiętał skądś, że Krwawy Kahelle jest teraz generałem; długo się opierał, ale w końcu, gdy zaczęli oblegać Pomwe, zmusili go, by założył błękitny karwasz. Wojowanie według meekhańskiej myśli wojskowej wymagało jasnej hierarchii dowodzenia. Jakiś porucznik nie mógł wydawać rozkazów kapitanom i pułkownikom.
Cholera, Luka spróbował się podnieść i zasalutować, ale ciało nie bardzo chciało go słuchać. Może wreszcie któryś z tych durniów zauważy starego żołnierza i pomoże mu dotrzeć do najbliższego felczera? Albo chociaż w jakiś cień. Zdecydowanie za wcześnie wziął udział w walce.
— Ja… idę już, Luka. — Koło musnęła jego rozpaloną głowę lodowatymi palcami. — Odpocznij. Wtedy poczujesz się lepiej.
Zniknęła, tak jak się pojawiła, bezszelestnie. Wer-Klytus wiedział, że dziewczyna nie lubi ich wodza, bo ten przy każdym spotkaniu próbował odesłać ją na tyły. Wojskowa natura Kahela–saw-Kirhu cierpiała na widok obszarpanej małolaty plączącej się na pierwszej linii. A może po prostu chciał ją chronić?