Pamięć Światłości
- Автор: Джордан Роберт, Сандерсон Брендон
- Серия: Kolo czasu #14
- Язык: польский
- Переводчик: Jan Karłowski
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Pamięć Światłości». Краткое содержание книги:
Skinął głową, kładąc rękę na sztylecie, który nosił u pasa.
– Nie ma mowy o przenoszeniu dopóty, dopóki nie uderzymy w Czarnego bezpośrednio. Jeśli to będzie możliwe, będę unikać takiej walki, jaką stoczyliśmy podczas oczyszczania saidina. To, co nadchodzi, pochłonie całą moją siłę.
Nynaeve skinęła głową. Nosiła angreal i ter’angreal oraz żółtą szatę, o wiele piękniejszą niż jakikolwiek strój, jaki pozwoliłaby sobie włożyć w Dwu Rzekach. Zdaniem Randa wyglądała dziwnie bez warkocza, z włosami sięgającymi tylko do ramion. W jakiś sposób sprawiała wrażenie starszej. Tak być nie powinno. W Dwu Rzekach warkocz był symbolem wieku i dojrzałości. Dlaczego Nynaeve wyglądała bez niego tak, jak gdyby przybyło jej lat?
Thom podszedł do Randa i rzucił okiem na dziurę w skale.
– Podejrzewam, że nie wejdę tam z tobą – oznajmił.
Moiraine spojrzała na niego, wydymając usta.
– Ktoś musi strzec wejścia do jaskini, moja żono – rzekł Thom. – Z tej skalnej półki tuż obok wejścia rozciąga się wspaniały widok na pole bitwy. Będę mógł obserwować bitwę poniżej, a może ułożyć dobrą balladę albo dwie.
Rand uśmiechnął się, widząc w oczach Thoma iskierki humoru. Znajdowali się teraz na krawędzi czasu, a jednak Thoma Merrilina stać było na uśmiech.
Ponad ich głowami kłębiły się ciemne chmury, skupione wokół szczytu Shayol Ghul. Ciemność walczyła ze słońcem, które wreszcie niemal zniknęło, całkowicie zasłonięte i zapomniane.
Wojska Randa przystanęły, wpatrując się w niebo z przerażeniem. Nawet Trolloki zatrzymały się, warcząc i pohukując. Kiedy jednak słońce wreszcie uwolniło się ze swej niewoli, bitwa rozgorzała na nowo. Mogłoby to odsłaniać zamiary Randa, ale sztylet chronił go przed wzrokiem Czarnego. Światłości dzięki, że przywódcy Cienia mogli koncentrować się na bitwie i dojść do wniosku, że Rand poczeka na jej koniec, nim sam uderzy.
– Teraz? – zapytała Nynaeve, patrząc na wąską, kamienną ścieżkę prowadzącą do jaskini.
Rand skinął głową i pospieszył naprzód. Wiatr wzmógł się i smagał czwórkę wędrowców, wspinających się po ścieżce. Rand z rozwagą wybrał strój. Jego czerwony płaszcz z wyszytymi na rękawach czerwonymi, kolczastymi różami i złotymi czaplami na kołnierzu był identyczny jak ten, który przygotowała dla niego Moiraine w Fal Dara. Biała koszula z koronkami na przodzie została wykonana w Dwu Rzekach. Callandor spoczywał na jego plecach, a do pasa przytroczył miecz Lamana. Minęło dużo czasu, odkąd Rand zdecydował się go nosić, lecz teraz wydawało się to odpowiednią decyzją.
Nękał go wiatr, grożąc zrzuceniem z wysokości. Rand parł jednak do przodu, wspinając się po stromym zboczu, zagryzając zęby i czując wewnętrzny ból. Czas zdawał się tu mieć mniejsze znaczenie, a jemu wydawało się, że wędruje przez wiele dni, zanim wreszcie dotarł na płaski teren przed jaskinią. Odwrócił się, opierając jedną rękę na skale na skraju przepaści, i ogarnął wzrokiem dolinę.
Jego wojska w dolinie wydawały się tak kruche, tak niewiele znaczące. Czy wytrzymają dostatecznie długo?
– Rand… – odezwała się Nynaeve, ujmując go za ramię. – Może powinieneś odpocząć.
Spojrzał w dół, podążając za jej wzrokiem. Jego rana, stara rana, znowu się otworzyła. Poczuł krew spływającą mu do buta. Płynęła wzdłuż jego boku, po nodze, a kiedy uniósł stopę, pozostawił krwawy ślad.
„Krew na skałach…”
Nynaeve uniosła dłoń ku ustom.
– To się musiało stać, Nynaeve – powiedział Rand. – Nie możesz tego powstrzymać. Proroctwo nie mówi nic o tym, czy przeżyję. Zawsze wydawało mi się to dziwne, a tobie? Dlaczego mówiono o krwi, ale nie o tym, co nastąpi później? – Potrząsnął głową, po czym wysunął Callandora z pochwy tkwiącej na plecach. – Moiraine, Nynaeve, czy użyczycie mi swej mocy i dołączycie do mnie w kręgu?
– Czy chcesz, by któraś z nas przewodziła, tak byś mógł użyć jej bezpiecznie? – spytała Moiraine z wahaniem.
– Nie chodzi mi o bezpieczeństwo – odparł Rand. – Stwórzmy krąg, proszę.
Kobiety wymieniły spojrzenia. Tak długo, jak Rand będzie przewodził kręgowi, ktoś może weń uderzyć i przejąć nad nim kontrolę. Żadnej z nich nie spodobało się to polecenie, oczywiście. Rand nie był pewien, czy powinien być zadowolony, że obie kobiety zaczęły się ze sobą zgadzać – powinien był chyba raczej niepokoić się, czy go posłuchają.
To wydawało się przypominać rozmyślania z czasów, gdy wszystko było prostsze. Łatwiejsze. Rand uśmiechnął się cierpko, wiedząc, że uśmiech ten nie odbił się w jego oczach. Moiraine i Nynaeve użyczyły mu swej mocy, a on ją przyjął. Thom pocałował Moiraine, a potem troje z nich odwróciło się, ogarniając wzrokiem widoczne przed nimi wejście. Prowadziło z powrotem w dół, do podnóża góry, ognista otchłań była tym miejscem na świecie, które znajdowało się najbliżej siedziby Czarnego.
Kontrasty wywołane powracającym słońcem zaciemniły otwór jaskini dokoła niego. Wiatr przeszywał Randa, na stopie czuł ciepłą krew. „Nie wyjdę z tej jaskini żywy” – pomyślał.
Teraz jednak już o to nie dbał. Przetrwanie nie było jego celem. Nie było od pewnego czasu.
Chciał dobrze wykonać swoje zadanie. Musiał je wykonać. Czy to był właściwy czas? Czy wszystko dobrze zaplanował?
NADSZEDŁ CZAS. NALEŻY PODJĄĆ ZADANIE.
Głos mówił z nieuchronnością trzęsienia ziemi, słowa wibrowały we wnętrzu Randa. Dźwięk nie unosił się jedynie w powietrzu, lecz płynął znacznie dalej, tak jakby rozmawiały ze sobą dwie dusze. Moiraine westchnęła, otwierając oczy szeroko.
Rand nie był zaskoczony. Słyszał już ten głos wcześniej i zdał sobie sprawę, że nań oczekiwał. Miał w każdym razie nadzieję, że go usłyszy.
– Dziękuję – wyszeptał, po czym wstąpił do siedziby Czarnego, pozostawiając za sobą ślady krwi.
24
Zlekceważyć znaki.
Fortuona, Imperatorowa Imperium Seanchańskiego, przyglądała się, jak jej mąż wydaje rozkazy ich wojskom. Byli na zewnątrz pałacu w Ebou Dar. Żołnierze stali w szeregach, ona zaś zasiadała na misternym przenośnym tronie, który u dołu miał żerdzie, dzięki czemu mógł ją przenosić tuzin żołnierzy. Tron dodawał jej majestatu, ale też sprawiał wrażenie rzeczy, która jest nieruchoma. Zamachowcy z pewnością doszliby do wniosku, że Imperatorowa nie może poruszać się szybko, nosząc uroczyste jedwabie, udrapowaną na dole suknię, która ciągnęła się po ziemi. Byliby zdumieni, widząc, że Fortuona może pozbyć się zewnętrznego przyodziewku w jednej chwili.
– On się zmienił, Wasza Wysokość – powiedział do niej Beslan. – A jednocześnie się nie zmienił. Nie wiem, co mam sądzić na jego temat.
– Jest kimś, kogo zesłało nam Koło – odparła Fortuona. – Czy rozważyłeś już, co uczynisz?
Beslan miał wzrok utkwiony wprost przed siebie. Był porywczy, ulegał emocjom, lecz nie bardziej niż inni Altaranie. Byli ludźmi zapalczywymi i zaczynali być ważną częścią Cesarstwa teraz, gdy udało się ich poskromić.
– Zrobię to, co mi polecono – odrzekł Beslan, rumieniąc się.
– Mądrze – skomentowała Fortuona.
– Niechaj twój tron stoi na wieki – dodał Beslan. – A twój oddech trwa równie długo, Wasza Wysokość. – Skłonił się i wycofał do swych obowiązków.
To Fortuona wyruszała na wojnę, ale ziemiami, na których miały toczyć się walki, zarządzał Beslan. Bardzo chciał włączyć się do działań, teraz jednak zrozumiał, że jest potrzebny tutaj.
Selucia obserwowała go, kiwając głową z aprobatą. „Ten jest dla nas cennym nabytkiem, pod warunkiem że panuje nad sobą” – pokazała językiem znaków.