Pamięć Światłości
- Автор: Джордан Роберт, Сандерсон Брендон
- Серия: Kolo czasu #14
- Язык: польский
- Переводчик: Jan Karłowski
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Pamięć Światłości». Краткое содержание книги:
Ter’angreal umożliwił mu także szybsze poruszanie się. Zmiana była niewielka, lecz zauważalna. Kusiło go, by wykorzystać tę możliwość podczas pojedynku. Jak wielu Sharanom zdołałby stawić czoła, nosząc jeden z pierścieni? Tuzinowi? Dwóm?
„Szłoby mi dobrze do momentu, gdy jeden z przenoszących ugotowałby mnie na miejscu” – pomyślał Gawyn. Zebrał z ziemi kilka kamyków, by rzucić je w kierunku Egwene, gdyby dostrzegła go któraś z przenoszących.
Okrążył namiot-stołówkę, podążając drogą, którą zbadał wcześniej. Musiał wciąż się kontrolować i pozostać ostrożnym. Wcześniej zdarzyło się, że ter’angreal uczynił go zbyt zuchwałym. Świadomość, jak łatwo mógł się poruszać, potrafiła upajać.
Obiecał sobie, że nie będzie używać pierścieni, ale to było podczas bitwy – wtedy kusiło go, by zdobyć sławę. Teraz było inaczej. Teraz musiał chronić Egwene. Mógł pozwolić sobie na zrobienie wyjątku.
W chwili, gdy skończyła liczenie do dwudziestu, Egwene ruszyła w ciemność. Nie była tak dobra w skradaniu się jak Nynaeve czy Perrin, ale pochodziła z Dwu Rzek. Każde dziecko w Polu Emonda uczono, jak trzeba poruszać się w lesie bez alarmowania zwierzyny.
Egwene skupiła uwagę na widniejącej przed nią ścieżce, badając ją palcami stóp – zdjęła buty – by uniknąć nastąpienia na wyschłe liście i zielsko. Poruszanie się w ten sposób było jej drugą naturą. Niestety, sprawiało to, że jej umysł nie był wtedy niczym zaprzątnięty.
Sharanom przewodził jeden z Przeklętych. Z jego słów Egwene odgadywała, że podążyła za nim cała ich nacja. Było to zło takie samo jak Seanchanie. A nawet gorsze. Seanchanie czynili jeńców z Aes Sedai i wykorzystywali je, ale nie zabijali zwykłych ludzi w tak bezlitosny sposób.
Egwene musiała przetrwać, by uciec. Musiała przekazać wieści Białej Wieży. Aes Sedai muszą stanąć twarzą w twarz z Demandredem. Światłość sprawiła, że dostatecznie wiele z nich zdołało umknąć z pola bitwy i będą w stanie teraz to zrobić.
Dlaczego Demandred posłał po Randa? Wszyscy przecież wiedzieli, gdzie znaleźć Smoka Odrodzonego.
Egwene dotarła do namiotu stołówki, a potem okrążyła go. Niedaleko znajdowali się rozmawiający o czymś strażnicy. Sharanie mieli dziwnie monotonną intonację, tak jakby w ogóle nie odczuwali emocji. Tak… jak gdyby w ich mowie nie było melodyjności. Egwene nie zdawała sobie wcześniej sprawy, jak bardzo melodyjność czyniła mowę normalną.
Strażnicy byli mężczyznami, więc prawdopodobnie Egwene nie musiała się martwić, że wyczują jej zdolność do przenoszenia. Demandred co prawda zrobił to w odniesieniu do Leane; prawdopodobnie użył do tego celu ter’angreala. Takie rzeczy istniały.
Niemniej jednak ominęła ich szerokim łukiem i kontynuowała przekradanie się przez ciemności panujące w obozie, który jeszcze niedawno był jej obozem. Minęła przewrócone namioty. Woń dogasających ognisk wciąż unosiła się w powietrzu. Egwene wkroczyła na ścieżkę, którą chadzała każdego wieczoru, zbierając raporty od poszczególnych oddziałów. Było zatrważające, jak szybko można było stracić uprzywilejowaną pozycję i przekradać się przez obóz niczym szczur. Nagłe znalezienie się w sytuacji, która uniemożliwiała przenoszenie, zmieniało tak wiele rzeczy.
„Mój autorytet nie pochodzi z mej mocy i moich zdolności do przenoszenia” – powiedziała sobie Egwene. – „Moją siłą jest opanowanie, zrozumienie i troska. Ucieknę z tego obozu i będę kontynuować walkę”.
Powtarzała sobie te słowa, walcząc z narastającym poczuciem niemocy. Czuła rozpacz, widząc tylu martwych, a pomiędzy łopatkami mrowiło ją tak, jakby ktoś obserwował ją w ciemności. Światłości, biedna Leane.
Coś uderzyło w gołą ziemię obok niej. Następnie o ziemię stuknęły jeszcze dwa małe kamyki. Gawyn najwyraźniej nie wierzył, by jeden wystarczył. Egwene przesunęła się szybko do pozostałości pobliskiego namiotu, na pół spalonego. Płótno z drugiej jego połowy zwieszało się z żerdzi.
Przyklękła. W tym momencie zdała sobie sprawę, że tuż obok niej leży na ziemi częściowo spalone ciało. W świetle błyskawicy, która spadła z huczących chmur, Egwene ujrzała, że trupem był Shienaranin, choć na koszuli nosił symbol Białej Wieży. Jego jedno oko skierowane było ku niebu, druga część twarzy była wypalona do czaszki.
Ze strony, w którą zmierzała, pojawiło się nagle światło. Egwene czekała, spięta, gdy zbliżało się dwóch strażników niosących latarnię. Nic nie mówili. Kiedy skierowali się wzdłuż jej trasy na południe, Egwene ujrzała, że tyły ich zbroi miały symbole naśladujące tatuaże, które widziała wcześniej na skórze Sharanów. Symbole te były dość skomplikowane, choć – zdaniem Egwene – strażnicy mieli raczej niską rangę.
System ten zdumiał ją. Można zawsze zrobić komuś tatuaż, ale ona nie znała sposobu, by go usunąć. Zrobienie misternych tatuaży człowiekowi, który zajmował w społeczeństwie niską pozycję, coś oznaczało: ludzie mogli wypaść z łask, ale nie istniała możliwość, by awansowali, raz upadłszy lub urodziwszy się jako ludzie niskiego stanu.
Wyczuła za sobą przenoszącą na parę chwil przedtem, zanim poczuła, że pomiędzy nią a Źródłem zapadała tarcza.
Egwene zareagowała natychmiast. Nie pozwoliła, by opanował ją strach. Chwyciła przyczepiony do paska nóż i obróciła się w kierunku kobiety, którą wyczuła za swoimi plecami. Egwene zrobiła unik, ale splot Powietrza mocno schwycił ją za ramię. Kolejny wypełnił jej usta, kneblując je.
Egwene usiłowała się uwolnić, ale następne sploty schwyciły ją i uniosły w powietrze. Z jej drżących palców wypadł nóż.
Nieopodal pojawiła się kula światła, delikatnie błękitna aura, bardziej przyćmiona niż ta płynąca z latarni. Stworzyła ją ciemnoskóra kobieta o szlachetnych, delikatnych rysach. Mały nos, szczupła figura. Wstała i wtedy Egwene ujrzała, że kobieta jest wysoka niemal jak mężczyzna.
– Jesteś niebezpiecznym małym królikiem. – Jej twardy, pozbawiony intonacji akcent sprawiał, że trudno ją było zrozumieć. Kładła nacisk na wyrazy w dziwnych miejscach i wymawiała niektóre dźwięki z przerwami. Na twarzy miała tatuaż w kształcie delikatnych gałązek, które biegły od jej karku ku policzkom. Nosiła czarną suknię w kształcie dzwonu, z białymi paskami zwisającymi pod szyją.
Kobieta dotknęła swego ramienia w miejscu, w którym nieomal sięgnął jej nóż Egwene.
– Tak – rzekła kobieta – bardzo niebezpiecznym. Tylko nieliczne Ayyad zamiast sięgnąć do Źródła, dobyłyby sztyletu, i to w tak szybkim tempie. Dobrze cię wytrenowano.
Egwene zmagała się z więzami. Bez skutku. Więzy były bardzo mocne. Serce waliło jej coraz szybciej, ale starała się na to nie zwracać uwagi. Panika jej nie uratuje. Zmusiła się, by zachować spokój.
„Nie” – pomyślała. – „Nie, panika mnie nie ocali… ale może to zrobić Gawyn”.
Wyczuwała, że jest zaniepokojony, stojąc gdzieś tam w ciemnościach. Z wysiłkiem sprawiła, że jej przerażenie wzrosło. Wykorzystała wszystkie swe wyćwiczone zdolności Aes Sedai. Nie było to tak łatwe, jak się spodziewała.
– Poruszasz się cicho, mały króliku – powiedziała kobieta, lustrując Egwene wzrokiem. – Nigdy nie byłabym w stanie cię wytropić, gdybym już wcześniej nie wiedziała, że idziesz w tym kierunku. – Okrążyła Egwene, wyglądając na zaciekawioną. – Obejrzałaś małe przedstawienie Wylda, nieprawdaż? Odważna. Lub głupia.
Egwene zamknęła oczy i skoncentrowała się na uczuciu przerażenia. Czystej panice. Chciała przyzwać Gawyna. Sięgnęła do wnętrza i uwolniła małą część emocji tam ukrytych. Strach przed ponownym pochwyceniem przez Seanchan.
Czuła to. A’dam na swej szyi. Imię. Tuli. Imię dla zwierzaka.