Pamięć Światłości
- Автор: Джордан Роберт, Сандерсон Брендон
- Серия: Kolo czasu #14
- Язык: польский
- Переводчик: Jan Karłowski
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Pamięć Światłości». Краткое содержание книги:
Ogień stosu uderzył ponownie w kamieniste podłoże, na którym stała jeszcze przed chwilą. Przebił kamień z łatwością włóczni, która przeszywa melon. Wszyscy towarzysze Aviendhy zdołali się skryć i kontynuowali wzmacnianie jej swą siłą. Co za moc. To utrudniało koncentrację.
Aviendha zanalizowała źródło ataków.
– Bądźcie gotowi ruszyć za mną – powiedziała do reszty, a potem otworzyła bramę prowadzącą do miejsca, w którym zaczynał się splot. – Przejdziecie zaraz po mnie i natychmiast się skryjcie!
Aviendha długim skokiem pokonała bramę, aż zaświstały poły jej odzienia, trzymając Jedyną Moc niczym ukrytą gdzieś błyskawicę. Aviendha wylądowała na zboczu otwierającym widok na pole bitwy. Poniżej Panny Włóczni i mężczyźni toczyli walkę z Trollokami. Wyglądało to tak, jakby Aielowie powstrzymywali szeroką, czarną powódź.
Aviendha nie traciła czasu na więcej niż jedno szybkie spojrzenie. Wryła się w grunt podstawowym splotem Ziemi, rozrywając kawał skały wielkości konia i wyrzucając go w powietrze. Strumień, który miał w nią trafić, sekundę później uderzył w kawał skały.
Ogień stosu był niebezpieczną bronią. Czasami ciął, lecz jeśli trafił w specyficzny obiekt – człowieka na przykład – sprawiał, że ten w rozbłysku znikał w niebycie. Ogień stosu sprawił, iż skała wyrwana przez Aviendhę przestała istnieć w rozprysku lśniącego pyłu, który rychło zniknął. Poprzez bramę za plecami Aviendhy rzucili się mężczyźni i kobiety z jej kręgu i skryli nieopodal.
Aviendha ledwo miała czas zauważyć, że na pobliskich skałach pojawiły się pęknięcia. Pęknięcia, które wydawały się biec w ciemność. Gdy strumień światła znikł z powidoku Aviendhy, wyzwoliła płonący snop ognia. Tym razem trafiła w ciało, spalając szczupłą, miedzianoskórą kobietę w czerwonej sukni. Pozostałe dwie kobiety obok zaklęły, gramoląc się z ziemi. Aviendha przypuściła na nie kolejny atak.
Jedna z nich – silniejsza – utkała splot z taką łatwością i w tak zawrotnym tempie, iż Aviendha ledwie zdążyła to dostrzec. Splot popłynął ku snopowi ognia wysłanemu przez nią, co sprawiło, że nastąpił wybuch piekącej pary. Ogień Aviendhy zagasł, ona sama zaś stała, dysząc ciężko, chwilowo oślepiona.
Jednakże bitewny instynkt wziął górę. Zasłonięta chmurą pary, upadła na kolana, po czym przetoczyła się na bok, chwytając garść odłamków skały i rzucając je w dal.
Zadziałało. Kiedy otarła łzy z oczu, gorąca, biała smuga uderzyła w miejsce, w którym słychać było odgłos upadających skalnych odłamków. Czarne pęknięcia na skałach pogłębiały się.
Aviendha rozpędziła parę splotem Powietrza, wciąż mrugając oczami i łzawiąc. Teraz widziała już na tyle dobrze, by dostrzec dwie kobiety kucające na pobliskich skałach. Jedna zwróciła się w ku Aviendzie, dysząc. Dostrzegła przygotowywany przez nią atak – i zniknęła.
Nigdzie nie było bramy. Kobieta zniknęła samoczynnie, zaś Aviendha nie wyczuła przenoszenia. Poczuła natomiast coś innego, nikłe… coś. Drżenie w powietrzu, które nie było całkiem fizyczne.
– Nie! – krzyknęła druga z kobiet. Łzawiąca Aviendha widziała ją niewyraźnie. – Nie…
Aviendha odzyskała ostrość widzenia na tyle, by dostrzec rysy twarzy kobiety – miała podłużną twarz i ciemne włosy – i uderzyła w nią splotem. Kończyny kobiety zostały oderwane od ciała. Tląca się ręka wystrzeliła w powietrze, tworząc wir czarnego dymu przed upadkiem w pobliżu.
Aviendha zakasłała, po czym rozwiązała krąg.
– Uzdrawianie! – krzyknęła, wstając z wysiłkiem.
Bera Harkin dotarła do niej pierwsza, a Uzdrawiający splot sprawił, że Aviendha zadrżała. Dyszała ciężko, lecz jej zaczerwieniona skóra i oczy zostały wyleczone. Skinęła głową Berze na znak podziękowania. Teraz widziała ją wyraźnie.
Znajdująca się przed nimi Sarene – Aes Sedai o twarzy w kształcie łzy otoczonej licznymi ciemnymi warkoczami – podeszła do ciał zabitych przez Aviendhę, ze swoim Strażnikiem Vitalienem u boku. Potrząsnęła głową.
– Duhara i Falion. Teraz Władcy Strachu.
– Jest jakaś różnica pomiędzy Władcami Strachu a Czarnymi Ajah? – zapytała Amys.
– Oczywiście – odrzekła chłodno Sarene.
W pobliżu pozostali obejmowali Jedyną Moc, oczekując kolejnego ataku.
Aviendha jednak nie przypuszczała, by miał nastąpić. Słyszała okrzyk zdumienia, czując panikę w sposobie, jakim ostatnia z kobiet – najsilniejsza z trzech – uciekła. Prawdopodobnie nie spodziewała się napotkać na tak potężny opór.
Sarene kopnęła ramię należące do Falion.
– Byłoby lepiej wziąć je żywcem i przesłuchać. Jestem pewna, że dowiedziałybyśmy się wtedy, kim była trzecia kobieta. Czy ktoś ją rozpoznał?
Członkowie grupy potrząsnęli głowami.
– Nie było jej na liście Czarnych Ajah, które uciekły – rzekła Sarene, przyjmując ramię swego Strażnika. – Ma charakterystyczną twarz – nieforemną i pozbawioną jakiegokolwiek uroku. Jestem pewna, że bym ją zapamiętała.
– Była potężna – powiedziała Aviendha. – Bardzo potężna. – Aviendha podejrzewała, że kobieta była jedną z Przeklętych. Ale na pewno nie była to Moghedien. Kobieta nie pasowała także do rysopisu Graendal.
– Rozdzielimy się na trzy kręgi – oznajmiła Aviendha. – Bera poprowadzi jeden z nich, Amys i ja dwa następne. Tak, możemy stworzyć kręgi liczące więcej niż trzynaście osób, ale byłoby to trwonieniem sił. Nie potrzebuję aż takiej mocy, by zabijać. Jedna z naszych grup zaatakuje Trolloki na dole. Dwie inne grupy nie będą przenosić i skryją się gdzieś nieopodal, obserwując. W ten sposób możemy sprowokować przenoszącą wroga, że wciąż tworzymy jeden większy krąg, a kiedy ruszy do ataku, uderzą w nią z boków nasze dwie ukryte grupy.
Amys uśmiechnęła się. Rozpoznała typową dla Panien Włóczni taktykę walki. Nie wydawała się szczególnie niezadowolona z faktu, iż musiała się podporządkować rozkazom Aviendhy, zwłaszcza teraz, gdy złość na bezczelność Randa nieco minęła. Ona i cztery pozostałe Mądre wyglądały nawet na dumne.
Kiedy grupa przystąpiła do realizacji planu, Aviendha wyczuła na polu bitewnym więcej przenoszących. Cadsuane i ci, którzy z nią podążyli, lubili uważać się za niepodlegających rozkazom Randa. Walczyli, gdy kolejna grupa Aes Sedai i Asha’manów trzymała bramy otwarte, by wprowadzić do walki armie Domani i Tairenian.
Zbyt wiele osób przenosiło jednocześnie. Coraz trudniej było sprecyzować co jest atakiem jednego z Przeklętych.
– Musimy przygotować teren Podróżowania – powiedziała Aviendha – oraz ściśle pilnować, kto i kiedy ma się zamiar przemieszczać. W ten sposób będziemy natychmiast mogli stwierdzić, że wyczuwamy przenoszenie, jeśli coś będzie szło nie tak. – Złapała się ręką za swą głowę. – Będzie to trudno zorganizować.
Uśmiech stojącej nieopodal Amys rozszerzył się.
„Dowodzisz teraz, Aviendho – zdawał się mówić ten uśmiech – i musisz przetrzymać bóle głowy towarzyszące dowodzeniu”.
Rand al’Thor, Smok Odrodzony, opuścił Aviendhę i pozostawił ją i Ituralde, by zajęli się bitwą. Sam miał inną walkę przed sobą.
Wreszcie nadszedł czas.
Dotarł do podnóży Shayol Ghul. Powyżej, na zboczu góry, widniała czarna dziura, jedyne miejsce, poprzez które można było dotrzeć do Szczeliny Zagłady. Towarzyszyła mu Moiraine, szczelniej otulając się falującym szalem, którego błękitne frędzle powiewały na wietrze.
– Pamiętaj. To nie jest Sztolnia, to nie jest więzienie Czarnego. To miejsce, w którym jego wpływ jest najsilniejszy w całym świecie. On tutaj panuje.
– W takim czy innym stopniu wpływa na cały świat, od krańca do krańca – rzekł Rand. – Toteż jego wpływ musi być tu silniejszy.