Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Każde martwe marzenie
Każde martwe marzenie - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Każde martwe marzenie

Электронная книга - «Każde martwe marzenie». Краткое содержание книги:

Każde martwe marzenie
1 ... 134 135 136 137 138 139 140 141 142 ... 210
Перейти на страницу:

— Wy­ko­nam, pani! — Sam­po­re wy­prę­żył się, nie pró­bu­jąc wię­cej dys­ku­to­wać. Po­stą­pił mą­drze, bo jej iry­ta­cja za­czy­na­ła gwał­tow­nie ro­snąć.

— To do­brze — po­wie­dzia­ła ci­cho. — To bar­dzo do­brze. Nie po­do­ba mi się, że Im­pe­rium mie­sza się w na­sze spra­wy, więc z przy­jem­no­ścią ugosz­czę ge­ne­ra­ła, po czym szyb­ciut­ko ode­ślę do sto­li­cy. A za kil­ka dni, je­śli taka bę­dzie wola Pani i Aga­ra, sta­nie­my do bi­twy z Krwa­wym Ka­hel­le.

Trzej męż­czyź­ni skło­ni­li się ni­sko.

— Mo­że­cie odejść. A ty, mi­strzu Umne­re­sie, zo­stań jesz­cze chwi­lę. Po­dyk­tu­ję ci wie­ści dla Po­mwe. Za­szy­fru­jesz je i sko­ro świt wy­ślesz tu­zin go­łę­bi. Mu­szę mieć pew­ność, że roz­ka­zy do­tar­ły.

— Oczy­wi­ście, moja pani.

Mil­cza­ła, gdy af’ge­mi­dzi i do­wód­ca sło­ni opusz­cza­li na­miot, po czym od­wró­ci­ła się do maga.

— Dzię­ku­ję.

Uniósł brwi.

— Nie ro­zu­miem, pani.

— Je­śli tak twier­dzisz, mu­szę ci wie­rzyć. — Uśmiech­nę­ła się pod ek­cha­arem. — Ale i tak dzię­ku­ję. Masz pa­pier i ry­sik, czy za­pa­mię­tasz wia­do­mość dla Am­lu­we­ra Kota?

Mag się­gnął do pasa i wy­cią­gnął ze­staw do pi­sa­nia.

— Słu­cham, pani.

Po­dyk­to­wa­ła kil­ka zdań, po­da­jąc na­wet orien­ta­cyj­ny czas na­dej­ścia od­sie­czy. Ta­kie wie­ści po­win­ny wzmoc­nić w obroń­cach du­cha wal­ki.

— Za­szy­fruj i przy­go­tuj do wy­sła­nia. A po­tem prze­śpij się choć kil­ka go­dzin.

— Ty też, pani. Po­trze­bu­je­my two­jej mą­dro­ści i siły.

Za­sko­czył ją i zdu­miał. Mą­dro­ści? Siły?

— Wi­dzę, że na­praw­dę mu­sisz się prze­spać, cza­row­ni­ku. Ja też za­raz idę do łóż­ka.

Tyl­ko za­nim zmru­ży oczy, musi dzie­sięć razy od­mó­wić adr’suf­fi, bo na­dal czu­je się jak liść nie­sio­ny nur­tem rze­ki i roz­pacz­li­wie po­trze­bu­je na­dziei, że woda pły­nie zgod­nie z za­my­słem Wiel­kiej Mat­ki.

Rozdział 29

— W górę! Wy­żej! Ra­aaazem!!!

Sto­ją­cy obok Luki-wer-Kly­tu­sa męż­czy­zna chark­nął brzyd­ko, za­dła­wił się na­gle krwią try­ska­ją­cą z ust i ru­nął na zie­mię. Dra­bi­na prze­chy­li­ła się nie­bez­piecz­nie, więc Luka spró­bo­wał ją wes­przeć obo­la­łym ra­mie­niem. Ból prze­to­czył się przez jego cia­ło, jak­by wła­śnie zna­lazł się pod stru­mie­niem wrzą­ce­go ole­ju, któ­rym ob­fi­cie czę­sto­wa­no ich z mu­rów.

Po­ciem­nia­ło mu w oczach, a dra­bi­na ru­nę­ła na zie­mię. Krzyk­nął, pró­bu­jąc unieść wy­żej zdo­bycz­ny kał­kan. W po­wie­trzu za­fur­ko­ta­ło. Dwie strza­ły prze­le­cia­ły tak bli­sko, że pra­wie po­czuł mu­śnię­cie ich lo­tek. Cho­le­ra! Przy­kląkł i na­gle wzdłuż muru roz­le­gły się krzy­ki.

— Co­fa­my się! Jest roz­kaz! Do tyłu! Co­fać się!

Naj­bliż­szym z wrzesz­czą­cych oka­zał się je­den z no­wych dzie­sięt­ni­ków, o imie­niu nie­moż­li­wym do wy­mó­wie­nia, więc wszy­scy na­zy­wa­li go Pon.

— „Żółw”! For­muj „żół­wia”!

Na oczach Luki trzy­dzie­stu lu­dzi wy­po­sa­żo­nych w cięż­kie pa­wę­że zwar­ło szyk, two­rząc z tarcz ścia­ny i dach for­ma­cji obron­nej.

— Jak to?! — wrza­snął w ich stro­nę. Jesz­cze tro­chę, a by­li­by na mu­rze!

— Roz­kaz! Do tyłu! Wszy­scy!

Wer-Kly­tus uniósł wresz­cie tar­czę nad gło­wę i wpół­peł­znąc, zna­lazł się za żoł­nie­rza­mi. Jego kał­kan był zbyt mały, by przy­dać się w tej for­ma­cji, zresz­tą, szcze­rze mó­wiąc, ni­g­dy jej nie lu­bił. Była za wol­na i za ła­twa do tra­fie­nia. W chwi­li gdy o tym po­my­ślał, w drew­nia­ny dach nad gło­wa­mi żoł­nie­rzy grzmot­nę­ła bel­ka na­bi­ja­na że­la­zem. Pa­wę­że ugię­ły się, ale wy­trzy­ma­ły. Na ra­zie. Kil­ku żoł­nie­rzy w cen­trum „żół­wia” klę­ło szpet­nie.

Za­raz rzu­cą ka­mień młyń­ski i zo­sta­nie z nas mo­kra pla­ma, prze­mknę­ło mu przez myśl.

— Co­fać się! W szy­ku! W szy­y­y­ku! Rów­no! — wrzesz­czał już ra­zem z Po­nem, ku­ląc się za ostat­nim sze­re­giem pa­węż­ni­ków.

Strza­ły bęb­ni­ły o tar­cze re­gu­lar­nie, jak­by strze­la­ją­cy wy­pusz­cza­li je do ryt­mu. Na szczę­ście wszy­scy łucz­ni­cy pró­bo­wa­li szczę­ścia z „żół­wiem” i ża­den nie wziął na cel sa­mot­ne­go żoł­nie­rza poza for­ma­cją.

Przy­naj­mniej na ra­zie.

— Rów­no! Trzy­mać tar­cze! Lewa! Pra­wa! Lewa! Pra­wa!

Od­dział zło­żo­ny z trzy­dzie­stu lu­dzi od­stę­po­wał po­wo­li od mu­rów mia­sta, ści­ga­ny strza­ła­mi i ka­mie­nia­mi. Jesz­cze kil­ka grup wy­co­fy­wa­ło się w ta­kim szy­ku, resz­ta ata­ku­ją­cych po pro­stu ucie­ka­ła z tar­cza­mi unie­sio­ny­mi w górę, byle da­lej, byle szyb­ciej, byle scho­wać się za szań­ce za­pew­nia­ją­ce ja­kie ta­kie bez­pie­czeń­stwo.

Te dzie­cia­ki biją się dziel­nie, ale dziel­nie nie wy­star­czy, po­my­ślał dziś po raz ko­lej­ny. Więk­szość z od­dzia­łu, któ­ry zro­bi „żół­wia”, by wy­co­fać się do swo­ich, do­trze w bez­piecz­ne miej­sce. Z trzy­dziest­ki, któ­ra rzu­ci się do uciecz­ki bez­ład­nie ni­czym za­ją­ce, po­ło­wa pad­nie, bo obroń­cy na­praw­dę do­brze szy­ją z łu­ków, a jesz­cze się taki nie uro­dził, któ­ry by dał radę prze­ści­gnąć strza­łę. Baj­ka o za­ją­cu i żół­wiu, któ­rą Luka pa­mię­tał z dzie­ciń­stwa, mia­ła co praw­da inną treść, ale cho­dzi­ło w niej o to samo – cza­sem po­wo­li zna­czy le­piej niż szyb­ko.

Pon uniósł lek­ko swo­ją tar­czę, spoj­rzał przez dwa ude­rze­nia ser­ca w stro­nę mu­rów.

— Uwa­ga! Przy­go­to­wać się! Te­raz!

Jed­na z ba­list na naj­bliż­szej wie­ży mia­ła ich na wprost swo­jej szcze­li­ny strzel­ni­czej. Wie­dzie­li o tym, bo od rana uprzy­krza­ła im ży­cie. I te­raz o ścia­nę tarcz huk­nę­ło coś na po­do­bień­stwo ko­wal­skie­go mło­ta. Oło­wia­ny po­cisk wiel­ko­ści pię­ści wbił się w drew­no, prze­wra­ca­jąc po­wstań­ca, a ra­czej wpy­cha­jąc go w głąb szy­ku. Męż­czy­zna krzyk­nął i opu­ścił pa­węż. Wcią­gnę­li go do środ­ka, inny na­tych­miast za­tkał dziu­rę wła­sną tar­czą.

— Rów­no! Lewa! Pra­wa! Lewa! Pra­wa!

Luka po­czuł się tak bar­dzo bez­bron­ny. Jego okrą­gły kał­kan, do­bry dla ka­wa­le­rzy­sty, roz­padł­by się po ta­kim tra­fie­niu na strzę­py. Pra­wie za­czął ża­ło­wać, że do­łą­czył do ata­ku na Po­mwe, ale Koło też wal­czy­ła, wrzesz­cząc, klnąc i po­sy­ła­jąc z pro­cy w stro­nę blan­ków ka­mień za ka­mie­niem, więc po pro­stu nie mógł sie­dzieć w obo­zie. Ścią­gnął opa­trun­ki, wy­fa­so­wał hełm i naj­lżej­szą tar­czę, jaką zna­lazł, i po­szedł jej pil­no­wać. Oczy­wi­ście zgu­bi­li się w za­mę­cie bi­twy, ale na pew­no nic jej się nie sta­ło. Wie­rzył, że wy­czuł­by, gdy­by było ina­czej.

1 ... 134 135 136 137 138 139 140 141 142 ... 210
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)