Każde martwe marzenie
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #5
- Год: 2018
- Язык: польский
- Год: Powergraph
- ISBN: 9788364384868
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Każde martwe marzenie». Краткое содержание книги:
— Wykonam, pani! — Sampore wyprężył się, nie próbując więcej dyskutować. Postąpił mądrze, bo jej irytacja zaczynała gwałtownie rosnąć.
— To dobrze — powiedziała cicho. — To bardzo dobrze. Nie podoba mi się, że Imperium miesza się w nasze sprawy, więc z przyjemnością ugoszczę generała, po czym szybciutko odeślę do stolicy. A za kilka dni, jeśli taka będzie wola Pani i Agara, staniemy do bitwy z Krwawym Kahelle.
Trzej mężczyźni skłonili się nisko.
— Możecie odejść. A ty, mistrzu Umneresie, zostań jeszcze chwilę. Podyktuję ci wieści dla Pomwe. Zaszyfrujesz je i skoro świt wyślesz tuzin gołębi. Muszę mieć pewność, że rozkazy dotarły.
— Oczywiście, moja pani.
Milczała, gdy af’gemidzi i dowódca słoni opuszczali namiot, po czym odwróciła się do maga.
— Dziękuję.
Uniósł brwi.
— Nie rozumiem, pani.
— Jeśli tak twierdzisz, muszę ci wierzyć. — Uśmiechnęła się pod ekchaarem. — Ale i tak dziękuję. Masz papier i rysik, czy zapamiętasz wiadomość dla Amluwera Kota?
Mag sięgnął do pasa i wyciągnął zestaw do pisania.
— Słucham, pani.
Podyktowała kilka zdań, podając nawet orientacyjny czas nadejścia odsieczy. Takie wieści powinny wzmocnić w obrońcach ducha walki.
— Zaszyfruj i przygotuj do wysłania. A potem prześpij się choć kilka godzin.
— Ty też, pani. Potrzebujemy twojej mądrości i siły.
Zaskoczył ją i zdumiał. Mądrości? Siły?
— Widzę, że naprawdę musisz się przespać, czarowniku. Ja też zaraz idę do łóżka.
Tylko zanim zmruży oczy, musi dziesięć razy odmówić adr’suffi, bo nadal czuje się jak liść niesiony nurtem rzeki i rozpaczliwie potrzebuje nadziei, że woda płynie zgodnie z zamysłem Wielkiej Matki.
Rozdział 29
— W górę! Wyżej! Raaaazem!!!
Stojący obok Luki-wer-Klytusa mężczyzna charknął brzydko, zadławił się nagle krwią tryskającą z ust i runął na ziemię. Drabina przechyliła się niebezpiecznie, więc Luka spróbował ją wesprzeć obolałym ramieniem. Ból przetoczył się przez jego ciało, jakby właśnie znalazł się pod strumieniem wrzącego oleju, którym obficie częstowano ich z murów.
Pociemniało mu w oczach, a drabina runęła na ziemię. Krzyknął, próbując unieść wyżej zdobyczny kałkan. W powietrzu zafurkotało. Dwie strzały przeleciały tak blisko, że prawie poczuł muśnięcie ich lotek. Cholera! Przykląkł i nagle wzdłuż muru rozległy się krzyki.
— Cofamy się! Jest rozkaz! Do tyłu! Cofać się!
Najbliższym z wrzeszczących okazał się jeden z nowych dziesiętników, o imieniu niemożliwym do wymówienia, więc wszyscy nazywali go Pon.
— „Żółw”! Formuj „żółwia”!
Na oczach Luki trzydziestu ludzi wyposażonych w ciężkie pawęże zwarło szyk, tworząc z tarcz ściany i dach formacji obronnej.
— Jak to?! — wrzasnął w ich stronę. Jeszcze trochę, a byliby na murze!
— Rozkaz! Do tyłu! Wszyscy!
Wer-Klytus uniósł wreszcie tarczę nad głowę i wpółpełznąc, znalazł się za żołnierzami. Jego kałkan był zbyt mały, by przydać się w tej formacji, zresztą, szczerze mówiąc, nigdy jej nie lubił. Była za wolna i za łatwa do trafienia. W chwili gdy o tym pomyślał, w drewniany dach nad głowami żołnierzy grzmotnęła belka nabijana żelazem. Pawęże ugięły się, ale wytrzymały. Na razie. Kilku żołnierzy w centrum „żółwia” klęło szpetnie.
Zaraz rzucą kamień młyński i zostanie z nas mokra plama, przemknęło mu przez myśl.
— Cofać się! W szyku! W szyyyku! Równo! — wrzeszczał już razem z Ponem, kuląc się za ostatnim szeregiem pawężników.
Strzały bębniły o tarcze regularnie, jakby strzelający wypuszczali je do rytmu. Na szczęście wszyscy łucznicy próbowali szczęścia z „żółwiem” i żaden nie wziął na cel samotnego żołnierza poza formacją.
Przynajmniej na razie.
— Równo! Trzymać tarcze! Lewa! Prawa! Lewa! Prawa!
Oddział złożony z trzydziestu ludzi odstępował powoli od murów miasta, ścigany strzałami i kamieniami. Jeszcze kilka grup wycofywało się w takim szyku, reszta atakujących po prostu uciekała z tarczami uniesionymi w górę, byle dalej, byle szybciej, byle schować się za szańce zapewniające jakie takie bezpieczeństwo.
Te dzieciaki biją się dzielnie, ale dzielnie nie wystarczy, pomyślał dziś po raz kolejny. Większość z oddziału, który zrobi „żółwia”, by wycofać się do swoich, dotrze w bezpieczne miejsce. Z trzydziestki, która rzuci się do ucieczki bezładnie niczym zające, połowa padnie, bo obrońcy naprawdę dobrze szyją z łuków, a jeszcze się taki nie urodził, który by dał radę prześcignąć strzałę. Bajka o zającu i żółwiu, którą Luka pamiętał z dzieciństwa, miała co prawda inną treść, ale chodziło w niej o to samo – czasem powoli znaczy lepiej niż szybko.
Pon uniósł lekko swoją tarczę, spojrzał przez dwa uderzenia serca w stronę murów.
— Uwaga! Przygotować się! Teraz!
Jedna z balist na najbliższej wieży miała ich na wprost swojej szczeliny strzelniczej. Wiedzieli o tym, bo od rana uprzykrzała im życie. I teraz o ścianę tarcz huknęło coś na podobieństwo kowalskiego młota. Ołowiany pocisk wielkości pięści wbił się w drewno, przewracając powstańca, a raczej wpychając go w głąb szyku. Mężczyzna krzyknął i opuścił pawęż. Wciągnęli go do środka, inny natychmiast zatkał dziurę własną tarczą.
— Równo! Lewa! Prawa! Lewa! Prawa!
Luka poczuł się tak bardzo bezbronny. Jego okrągły kałkan, dobry dla kawalerzysty, rozpadłby się po takim trafieniu na strzępy. Prawie zaczął żałować, że dołączył do ataku na Pomwe, ale Koło też walczyła, wrzeszcząc, klnąc i posyłając z procy w stronę blanków kamień za kamieniem, więc po prostu nie mógł siedzieć w obozie. Ściągnął opatrunki, wyfasował hełm i najlżejszą tarczę, jaką znalazł, i poszedł jej pilnować. Oczywiście zgubili się w zamęcie bitwy, ale na pewno nic jej się nie stało. Wierzył, że wyczułby, gdyby było inaczej.