Pamięć Światłości
- Автор: Джордан Роберт, Сандерсон Брендон
- Серия: Kolo czasu #14
- Язык: польский
- Переводчик: Jan Karłowski
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Pamięć Światłości». Краткое содержание книги:
– Co?
– Wrócić i działać w świecie przebudzonych – powiedziała. – Bez opierania się na pomocy ludzi takich jak Lews Therin.
Perrinowi nie podobał się szyderczy uśmiech, który pojawił się na twarzy Lanfear, gdy wypowiedziała imię Lewsa. Usiłowała go ukryć, ale Perrin wyczuwał zapach nienawiści, gdy tylko o nim wspominała.
– Nie umiem przenosić – oznajmił Perrin. – Przypuszczam, że mógłbym to sobie wyobrazić…
– To by nie zadziałało – odparła. – Są granice tego, co można tutaj osiągnąć, niezależnie od tego, jak silny mamy umysł. Umiejętność przenoszenia nie jest związana z ciałem, a z duszą. Istnieją co prawda możliwości dla ludzi takich jak ty, by poruszać się pomiędzy światami w postaci cielesnej. Ten, którego nazywasz Zabójcą, tak robi.
– Nie jest wilczym bratem.
– Nie. Ale jest czymś w tym stylu. Prawdę rzekłszy, nie jestem pewna, czy ktoś kiedykolwiek posiądzie takie zdolności jak on. Czarny coś zrobił… zrobił coś z Zabójcą, kiedy pojmał jego duszę albo jego dusze. Przypuszczam, że Semirhage mogłaby powiedzieć nam coś więcej. Szkoda, że już nie żyje.
Lanfear w najmniejszym stopniu nie wydzielała zapachu żalu. Popatrzyła w niebo, lecz była spokojna, a nie zmartwiona.
– Nie wydajesz się tak zaniepokojona faktem, że cię dostrzeżono, jak kiedyś – zauważył Perrin.
– Mój były mistrz jest… zajęty. W ubiegłym tygodniu, kiedy cię obserwowałam, rzadko czułam jego spojrzenie na sobie.
– Tydzień? – zapytał zaszokowany Perrin. – Ale…
– Czas biegnie tutaj w dziwny sposób – wyjaśniła Lanfear – a bariery czasu zacierają się. Im bliżej jesteś Sztolni, tym bardziej czas się zakrzywia. Dla tych, którzy dotrą do Shayol Ghul w realnym świecie, nie będzie to dobre. Na każdy przemijający dla nich dzień przypadają trzy albo cztery, które przeżyją ludzie, którzy znajdują się dalej.
Tydzień? Światłości! Ile się wydarzyło w realnym świecie? Kto przeżył, a kto umarł, podczas gdy on polował? Powinien czekać przy terenach Podróżowania, aż jego brama się otworzy. Ale, wnioskując z ciemności, które widział poprzez bramę Graendal, była noc.
Ucieczka Perrina spod bramy mogła mieć miejsce godziny temu.
– Mogłabyś utworzyć bramę dla mnie – powiedział Perrin. – Ścieżka tam, ścieżka z powrotem. Zrobisz to?
Lanfear rozważała to, przechadzając się wzdłuż namiotów, muskając je palcami.
– Nie – odparła wreszcie.
– Ale…
– Musisz się nauczyć wykonywać to sam, jeśli mamy być razem.
– Nie mamy zamiaru być razem – powiedział obojętnie Perrin.
– Potrzebujesz tej mocy również dla siebie – mówiła Lanfear, ignorując słowa Perrina. – Jesteś słaby, dopóki tkwisz tylko w jednym ze światów. Możliwość przybywania tutaj, kiedy tylko zechcesz, da ci wielką moc.
– Nie dbam o moc, Lanfear – odrzekł Perrin, obserwując jej wędrówkę. Była ładna. Nie tak ładna jak Faile, oczywiście. Niemniej jednak ładna.
– Czyżby? – Zwróciła się ku niemu. – Czy nigdy nie myślałeś o tym, co mógłbyś zrobić, dysponując większą siłą, większą mocą, większym autorytetem?
– Nie kusi mnie…
– Ratowanie istnień ludzkich? Chronienie dzieci przed głodem? Sprawienie, by słabsi nie byli prześladowani, zlikwidowanie nikczemności, przywracanie honoru? Moc, by zachęcać ludzi, aby byli prostolinijni i uczciwi wobec siebie?
Potrząsnął głową.
– Mógłbyś zrobić wiele dobrego, Perrinie Aybaro – powiedziała Lanfear, podchodząc do niego, potem dotykając jego twarzy i przesuwając palcami w dół, ku brodzie.
– Powiedz mi, jak zrobić to, co robi Zabójca – poprosił, odsuwając jej rękę. – Jak porusza się między światami?
– Nie mogę ci tego wytłumaczyć – odrzekła, odwracając się – bo jest to umiejętność, której nigdy nie musiałam się uczyć. Używam innych metod. Ale możesz to z niego wydobyć przemocą. Pospieszyłabym się, zakładając, że chcesz powstrzymać Graendal.
– Powstrzymać?
– Nie zorientowałeś się? – Odwróciła się od niego. – Sen, do którego wtargnęła, nie był jednym ze snów ludzi z tego obozu – przestrzeń i odległość w przypadku snów nie mają znaczenia. Sen, w którym ją widziałeś, należy do Davrama Bashere. Ojca twojej żony.
Wypowiedziawszy te słowa, Lanfear zniknęła.
23
Na krawędzi czasu.
Gawyn niecierpliwie pociągnął Egwene za ramię. Dlaczego nie chciała się ruszyć? Kimkolwiek był człowiek w zbroi zrobionej ze srebrnych krążków, potrafił wyczuwać przenoszące kobiety. Wyciągnął Leane z ciemności; to samo mógł zrobić z Egwene. Światłości, pewnie to zrobi, jak tylko przyjdzie chwila, że ich zauważy.
„Posadzę ją sobie na barki, jeśli się nie poruszy” – pomyślał. – „Światłości, pomóż mi, zrobię to, niezależnie jak wiele hałasu uczynię. I tak nas złapią, jeśli…”
Człowiek, który przedstawił się jako Bao, odszedł, zabierając ze sobą Leane, wciąż unieruchomioną splotem Powietrza. Reszta obecnych również odeszła, pozostawiając za sobą straszne, zwęglone szczątki jeńców.
– Egwene? – szepnął Gawyn.
Popatrzyła na niego, a w jej oczach ukazała się zimna siła, i skinęła głową. Światłości! Jak zdołała być tak opanowana, kiedy on zaciskał zęby w obawie, że zostaną usłyszani?
Wyczołgali się spod wozu do tyłu, przemieszczając się tak dopóki nie mogli powstać. Egwene zerknęła w kierunku Sharanów. Jej zimne opanowanie dzięki więzom docierało do umysłu Gawyna. To, iż usłyszała imię człowieka w zbroi, sprawiło, że doznała szoku, po którym nadeszła ponura determinacja. Jak brzmiało jego imię? Barid coś tam? Gawyn pomyślał, że już je słyszał.
Pragnął, by Egwene wydostała się z tej śmiertelnej pułapki. Naciągnął na jej ramiona płaszcz Strażnika.
– Najlepszy kierunek to wschód – szepnął. – Musimy okrążyć namiot-stołówkę, a raczej jego resztki, a potem będziemy zmierzać ku granicy obozu. Obok tego, co było naszym terenem Podróżowania, trzymają straże. Okrążymy ich, kierując się na północ.
Skinęła głową.
– Pójdę przodem na zwiad, ty podążysz za mną – rzekł Gawyn. – Jeśli coś dostrzegę, rzucę w twoim kierunku kamyk. Słuchaj, jak upadnie, dobrze? Policz do dwudziestu, a potem powoli podążaj za mną.
– Ale…
– Nie pójdziesz pierwsza, gdyż możemy natknąć się na przenoszące. Ja poprowadzę.
– Przynajmniej włóż płaszcz – syknęła Egwene.
– Poradzę sobie – wyszeptał, po czym ruszył, zanim Egwene miała szansę znowu oponować. Czuł jej niepokój i przypuszczał, że Egwene da mu wykład, gdy już będzie po wszystkim. Cóż, jeśli pożyją na tyle długo, by miało to nastąpić, z radością przyjmie reprymendę.
Kiedy znajdował się w niewielkiej odległości od Egwene, wsunął na palec jednen z pierścieni Krwawych Noży. Uaktywnił go swą krwią – Leilwin twierdziła, że to konieczne.
Powiedziała także, że może to go zabić.
„Jesteś głupcem, Gawynie Trakand” – pomyślał, czując mrowienie w ciele. Choć użył ter’angreala wcześniej tylko raz, wiedział, że jego postać zamazuje się i ciemnieje. Jeśli ktoś spojrzy w jego stronę, jego oczy prześlizgną się po nim. Sprawdzało się to szczególnie dobrze w ciemnościach. Gawyn był rad, że chmury zasłaniały światło księżyca i gwiazd.
Ruszył, zachowując ostrożność. Wcześniej, w nocy, kiedy po raz pierwszy wypróbował pierścień podczas snu Egwene, był w stanie minąć wartowników trzymających latarnie. Jeden popatrzył wprost na niego, ale go nie widział. Teraz było jeszcze ciemniej, co sprawiało, że Gawyn również miał szansę stać się niewidzialnym.