Trzej muszkieterowie
- Автор: Дюма Александр
- Год: 1993
- Язык: польский
- Год: Wydawnictwo “Krąg”
- ISBN: 83-85208-13-5
- Переводчик: Joanna Guze
- Жанр: Исторические приключения
Электронная книга - «Trzej muszkieterowie». Краткое содержание книги:
Nie była to jeszcze godzina umówiona i Felton nie wszedł.
W dwie godziny potem, kiedy biła północ, nastąpiła zmiana warty.
Więc to już wkrótce; od tej chwili Milady czekała z niecierpliwością.
Nowy wartownik zaczął przechadzać się po korytarzu.
Po dziesięciu minutach przyszedł Felton.
Milady nastawiła ucha.
— Posłuchaj — rzekł młodzieniec do wartownika — pod żadnym pozorem nie odchodź od tych drzwi, wiesz bowiem, że poprzedniej nocy milord ukarał żołnierza, który opuścił swój posterunek na chwilę, chociaż przez czas jego krótkiej nieobecności ja byłem na jego miejscu.
— Tak, wiem o tym — rzekł żołnierz.:
— Nakazuję ci zatem, byś skrupulatnie pełnił służbę. Ja wejdę i jeszcze raz zbadam pokój tej kobiety, obawiam się bowiem, że ma zgubne zamiary, a otrzymałem rozkaz, by nad nią czuwać.
— Nieźle — szepnęła Milady — surowy purytanin kłamie.
Żołnierz zadowolił się uśmiechem.
— Tam do licha, panie poruczniku, niewielkie to nieszczęście mieć takie zadanie, zwłaszcza jeśli milord upoważnił pana, byś zajrzał także do jej łóżka.
Felton zaczerwienił się. W innych okolicznościach skarciłby żołnierza, który pozwoliłby sobie na podobny żart; ale sumienie odezwało się w nim zbyt głośno, by odważyć się coś powiedzieć.
— Jeśli zawołam, wejdź. Jeśli kto przyjdzie, wezwij mnie.
— Tak jest, panie poruczniku — odparł żołnierz.
Felton wszedł do pokoju Milady. Milady wstała.
— Przyszedł pan? — rzekła.
— Przyrzekłem pani, że przyjdę; oto jestem.
— Przyrzekł mi pan coś jeszcze.
— Co, mój Boże? — rzekł młody człowiek, który choć panował nad sobą, czuł, że kolana się pod nim uginają i pot występuje mu na czoło.
— Przyrzekłeś pan przynieść nóż i zostawić mi go po naszej rozmowie.
— Proszę o tym nie mówić — rzekł Felton — nie ma takiej sytuacji, nawet najbardziej straszliwej, która pozwalałaby istocie stworzonej przez Boga zadać sobie śmierć. Zastanowiłem się i nigdy nie będę winien tak wielkiego grzechu.
— Ach, pan się zastanowił! — rzekła z pogardliwym uśmiechem uwięziona siadając na fotelu. — I ja także się zastanowiłam.
— A mianowicie?
— Nie mam nic do powiedzenia człowiekowi, który nie dotrzymuje słowa.
— O mój Boże! — szepnął Felton.
— Możesz pan wyjść — rzekła Milady — nie będę mówić.
— Oto nóż! — odpowiedział Felton wyciągając z kieszeni broń, którą zgodnie z przyrzeczeniem przyniósł, ale nie chciał dać uwięzionej.
— Zobaczymy, jaki jest — rzekła Milady.
— Po co? — Na honor, oddam go panu zaraz; położysz nóż na tym stole, pozostanie między tobą i mną.
Felton podał nóż Milady, która przyjrzała mu się dokładnie i spróbowała ostrze na końcu palca.
— Dobrze — rzekła zwracając nóż oficerowi. — To dobry nóż i z zacnej stali; jesteś wiernym przyjacielem, Feltonie.
Felton wziął nóż i położył go na stole, jak było umówione.
Milady wodziła za nim oczami, potem skinęła z zadowoleniem.
— A teraz — powiedziała — wysłuchaj mnie pan.
Uwaga była zbyteczna: młody oficer stał przed nią, czekając z upragnieniem na jej słowa.
— Feltonie — rzekła Milady z dostojeństwem pełnym melancholii — Feltonie, gdyby pańska siostra, córka pańskiego ojca, powiedziała do pana; “Młoda jeszcze, na nieszczęście dość piękna, wpadłam w zasadzkę, ale stawiałam opór; podwojono fortele, gwałty, opierałam się; bluźniono religii, której służę, Bogu, którego wielbię, ponieważ wzywałam na pomoc tego Boga i tę religię, opierałam się jednak; nie szczędzono mi zniewag, a jako że niepodobna było zgubić mej duszy, trzeba było na zawsze skalać me ciało; wreszcie...”
Milady urwała, gorzki uśmiech przebiegł po jej ustach.
— Wreszcie — rzekł Felton — wreszcie?
— “Wreszcie postanowiono sparaliżować ten opór, którego nie umiano pokonać: pewnego wieczora dodano mi do wody silnego narkotyku; zaledwie skończyłam posiłek, poczułam, że wpadam powoli w nie znane mi odrętwienie. Chociaż nic nie podejrzewałam, chwycił mnie strach, próbowałam walczyć ze snem; wstałam, chciałam biec do okna, wołać pomocy, ale nogi odmówiły mi posłuszeństwa; zdawało mi się, że sufit spada mi na głowę i przytłacza swoim ciężarem; wyciągnęłam rękę, próbowałam mówić, ale wydawałam tylko nieartykułowane dźwięki; jakaś straszliwa ociężałość owładnęła mną, trzymałam się fotela czując, że upadnę, ale wkrótce to oparcie stało się niewystarczające dla mych bezwładnych rąk, upadłam na kolano, potem na drugie; chciałam się modlić, język mi skołowaciał; Bóg mnie nie widział i nie słyszał zapewne; stoczyłam się na podłogę zapadając w sen, który przypominał śmierć.
Nie pamiętam, co działo się w czasie tego snu, przypominam sobie jedynie, że obudziłam się w okrągłym pokoju umeblowanym z przepychem; światło wpadało przez otwór w suficie. Nie widać było żadnych drzwi: rzekłbyś, wspaniałe więzienie.
Długo nie mogłam sobie zdać sprawy, gdzie jestem, a wszystkie szczegóły, które przytaczam, z wielkim trudem wydobyłam z niepamięci, walcząc z przytłaczającymi ciemnościami snu; pozostało mi niejasne wspomnienie przebytej przestrzeni, turkotu kół pojazdu, straszliwego snu, który wyczerpał moje siły; ale wszystko to było tak mroczne i niewyraźne, jakby przeżycia należały do innej osoby, a jednak były moimi przez jakąś fantastyczną dwoistość.
Przez pewien czas stan, w jakim się znajdowałam, wydawał mi się tak dziwny, że myślałam, iż śnię. Wstałam, chwiejąc się na nogach; moje suknie leżały obok mnie na krześle; nie pamiętałam, żebym się rozbierała i kładła. Powoli rzeczywistość poczęła stawać mi przed oczami, czułam wstyd i przerażenie: nie byłam w domu, gdzie mieszkałam; o ile mogłam sądzić ze słonecznego światła, dzień miał się ku końcowi. Zasnęłam poprzedniego dnia wieczorem, sen trwał więc niemal dwadzieścia cztery godziny. Co się zdarzyło podczas tak długiego snu?
Ubrałam się możliwie szybko. Moje ruchy, powolne i ociężałe, wskazywały na to, że narkotyk działa jeszcze. Pokój był umeblowany na przyjęcie kobiety; największa wykwintnisia nie mogłaby wyrazić żadnego życzenia, ponieważ patrząc wokół musiałaby uznać, że wszystkie jej życzenia zostały już spełnione.
Na pewno nie byłam pierwszą branką w tym wspaniałym pokoju; ale rozumiesz mnie, Feltonie, przepych tego więzienia napawał mnie tym większym przerażeniem. Tak, to było więzienie; na próżno bowiem próbowałam wyjść. Stukałam we wszystkie ściany, by odkryć drzwi, ale mur odpowiadał pełnym i głuchym dźwiękiem.
Obeszłam ze dwadzieścia razy ten pokój szukając wyjścia, nie było go; zmęczona i przerażona upadłam na fotel.
Tymczasem szybko zapadła noc, a z nocą moje przerażenie rosło; nie wiedziałam, czy mam zostać na miejscu, gdzie usiadłam; wydawało mi się, że jestem otoczona nieznanymi niebezpieczeństwami, które czyhają na mnie przy każdym kroku. Choć nic nie jadłam od dnia poprzedniego, obawy zagłuszały we mnie głód.
Żaden odgłos z zewnątrz, który pozwoliłby mi obliczyć czas, me dochodził do mnie; przypuszczałam jedynie, że może być siódma lub ósma wieczór; był to październik, zapadły już zupełne ciemności.
Nagle rozległ się odgłos drzwi poruszających się na zawiasach; zadrżałam, kula ognista pojawiła się pod szklanym otworem w suficie, rzucając żywe światło na pokój, i spostrzegłam z przerażeniem, że w odległości kilku kroków ode mnie znajduje się człowiek.