Trzej muszkieterowie
- Автор: Дюма Александр
- Год: 1993
- Язык: польский
- Год: Wydawnictwo “Krąg”
- ISBN: 83-85208-13-5
- Переводчик: Joanna Guze
- Жанр: Исторические приключения
Электронная книга - «Trzej muszkieterowie». Краткое содержание книги:
— A ja odpowiadam ci, że to nadużycie władzy, że takie zesłanie pod fałszywym nazwiskiem jest nikczemnością.
— Wolisz zatem zostać powieszona pod twoim prawdziwym nazwiskiem, Milady? Wiesz przecie, że prawo angielskie jest nieubłagane, jeśli idzie o powagę małżeństwa; pamiętaj, że choć moje nazwisko lub raczej mego brata będzie wymienione, gotów jestem nawet na proces publiczny, jeśli będę pewien, że się ciebie pozbędę.
Milady nie odpowiedziała, ale trupio zbladła.
— Och, widzę, że wolisz zesłanie. Doskonale, pani, stare przysłowie powiada, że podróże kształcą. Na honor, masz rację, życie jest piękne. Dlatego bardzo o to stoję, żebyś mi go nie odebrała. Pozostaje jeszcze sprawa pięciu szylingów; nie jestem nazbyt hojny, prawda? To dlatego, że wolę, byś nie przekupiła swych strażników. Zresztą pozostają ci twe wdzięki, możesz ich uwieść. Proszę bardzo, jeśli twoje niepowodzenie z Feltonem nie zniechęciło cię do prób tego rodzaju.
“Felton nic nie powiedział — rzekła do siebie Milady — więc nic jeszcze straconego”.
— A teraz do widzenia, pani. Jutro przyjdę ci oznajmić o wyjeździe mego wysłannika.
Lord Winter wstał, kpiąco skłonił się Milady i wyszedł.
Milady odetchnęła; miała jeszcze cztery dni przed sobą; cztery dni to dosyć, by uwieść Feltona.
Ale straszliwa myśl przyszła jej do głowy: lord Winter wyśle Feltona z rozkazem do Buckinghama, w ten sposób Felton jej się wymknie, a jeśli ma odnieść zwycięstwo, musi nieustannie oddziaływać na młodzieńca.
Mimo to jedno ją pocieszyło: Felton milczał.
Nie chciała, by pomyślano, że przeraziły ją groźby lorda Wintera; siadła do stołu i zabrała się do jedzenia.
Potem uklękła jak dnia poprzedniego i głośno odmówiła modlitwy. Żołnierz znów przystanął, żeby słuchać.
Wkrótce usłyszała lżejsze kroki w głębi korytarza; ktoś zatrzymał się przed drzwiami.
— To on — rzekła.
I zaczęła śpiewać tę samą pieśń religijną, która poprzedniego wieczora tak gwałtownie podziałała na Feltona.
Ale choć jej słodki, pełny i dźwięczny głos rozbrzmiewał harmonijnie i przejmująco, drzwi pozostały zamknięte. Milady ukradkiem zerknęła w stronę okienka w drzwiach i wydało jej się, że widzi za kratą płonące oczy młodzieńca; ale czy była to rzeczywistość, czy złudzenie — tym razem na tyle panował nad sobą, by nie wejść.
Dopiero kiedy skończyła psalm, usłyszała głębokie westchnienie; potem te same kroki oddaliły się powoli i jak gdyby z żalem.
Rozdział XXV
CZWARTY DZIEŃ NIEWOLI
Nazajutrz, kiedy Felton wszedł do Milady, zastał ją stojącą na fotelu i trzymającą w rękach sznur spleciony z kilku batystowych chustek podartych na paski i powiązanych końcami ze sobą: na dźwięk otwieranych drzwi Milady zeskoczyła lekko na ziemię, usiłując ukryć sznur za plecami.
Młodzieniec był jeszcze bledszy niż zazwyczaj, oczy zaczerwienione z niewyspania mówiły, że źle spędził noc, czoło miał chmurne.
Skierował się powoli ku siedzącej już Milady i ujmując za koniec zabójczy sznur, który przez nieuwagę czy naumyślnie wypuściła z ręki, zapytał zimno:
— Co to znaczy, pani?
— To nic — rzekła Milady uśmiechając się z bolesnym wyrazem, który potrafiła przybierać — nuda jest śmiertelnym wrogiem więźniów, nudziłam się i zabawiałam skręcaniem tego sznura.
Felton podniósł oczy i spojrzał na występ muru, przy którym zastał Milady stojącą na fotelu; nad jej głową zauważył wbity w mur złocony hak, który służył do wieszania odzieży lub broni.
Zadrżał, uwięziona dostrzegła to drżenie; choć miała oczy spuszczone, nic nie uchodziło jej uwagi.
— A co robiłaś, pani, w tym fotelu? — zapytał.
— Cóż to pana obchodzi? — odparła Milady.
— Chcę wiedzieć.
— Nie pytaj mnie — rzekła uwięziona — wiesz dobrze, że nam, prawdziwym chrześcijanom, nie wolno kłamać.
— Dobrze więc — odpowiedział Felton — powiem pani, co robiłaś lub raczej chciałaś zrobić; chciałaś urzeczywistnić zgubny zamiar, jaki nosisz w duszy; ale pamiętaj, że jeśli nasz Bóg zabrania kłamać, surowiej jeszcze zabrania samobójstwa.
— Kiedy Bóg widzi, że istota ludzka jest prześladowana niesprawiedliwie i ma do wyboru samobójstwo lub hańbę, wierzaj mi, panie, Bóg wybacza jej samobójstwo, jako że samobójstwo jest wtedy męczeństwem — odparła tonem głębokiego przekonania.
— Mówisz za wiele lub za mało; na Boga, pani, wypowiedz się jaśniej.
— Mam ci opowiedzieć swoje nieszczęście, żebyś je uznał za bajkę, mam ci zwierzyć swe plany, byś je zdradził memu prześladowcy? Nie, panie; zresztą, co cię obchodzi życie lub śmierć nieszczęsnej skazanej kobiety? Jesteś odpowiedzialny za moje ciało, prawda? I nawet gdybyś oddał im mego trupa, nie będą od ciebie żądać nic więcej, być może nawet otrzymasz podwójną nagrodę.
— Ja, pani, ja! — zawołał Felton. — Więc przypuszczasz, że zgodziłbym się przyjąć nagrodę za twe życie? O, nie myślisz tego, co mówisz.
— Pozwól mi działać, panie, pozwól mi działać — rzekła Milady z uniesieniem. — Żołnierz powinien być ambitny; jesteś porucznikiem, za moją trumną będziesz szedł w stopniu kapitana.
— Cóżem pani uczynił — powiedział Felton wstrząśnięty — byś mnie obciążała tak wielką odpowiedzialnością przed Bogiem i ludźmi? Za kilka dni nie będzie pani tutaj, przestanę czuwać nad twoim życiem, a wówczas — dodał z westchnieniem — uczynisz z nim, co zechcesz.
— Toteż — zawołała Milady, jakby nie mogła się oprzeć świętemu oburzeniu — pan, człowiek pobożny, pan, którego nazywają sprawiedliwym, pragniesz tylko jednego: nie być oskarżonym o moją śmierć, nie zaznać z jej powodu niepokojów.
— Mam czuwać nad twoim życiem, pani, i będę nad nim czuwał.
— Ale czy rozumiesz pan, jakie zadanie ci powierzono? Dość okrutne, gdybym była winna, ale jakże je nazwiesz, jak nazwie je Stwórca, jeśli jestem niewinna?
— Jestem żołnierzem, pani, i wypełniam otrzymane rozkazy.
— Czy sądzisz pan, że w dniu Sądu Ostatecznego Bóg oddzieli ślepych katów od niesprawiedliwych sędziów? Nie chcesz, bym zabiła swe ciało, a jesteś narzędziem w rękach tego, co chce zabić mą duszę!
— Ale powtarzam pani — rzekł Felton niepewnie — że żadne niebezpieczeństwo pani nie grozi, ręczę za Lorda Wintera jak za siebie samego.
— Szaleńcze! — zawołała Milady. — Biedny szaleńcze, ważysz się ręczyć za innego człowieka, kiedy najlepsi, najsprawiedliwsi przed Panem, nie mają śmiałości odpowiadać za samych siebie, i stajesz po stronie silniejszego i szczęśliwszego, by pognębić istotę słabą i nieszczęsną!
— To być nie może, to być nie może — szepnął Felton, w głębi serca zdając sobie sprawę ze słuszności tego argumentu. — Uwięziona, nie uzyskasz dzięki mnie wolności, żywa, nie postradasz przeze mnie życia.
— Tak! — zawołała Milady. — Ale stracę to, co jest dla mnie droższe nad życie, stracę honor, Feltonie; i ciebie, ciebie uczynię odpowiedzialnym przed Bogiem i ludźmi za mój wstyd i hańbę.
Tym razem Felton, choć był niewzruszony lub takiego udawał, nie mógł oprzeć się tajemniczemu działaniu; widzieć tę kobietę tak piękną, białą jak zjawa, widzieć ją to błagającą, to ciskającą groźby, pozostawać pod wrażeniem jej cierpienia i urody, to było zbyt wiele dla wizjonera, zbyt wiele dla umysłu żyjącego płomiennymi snami ekstatycznej wiary, zbyt wiele dla serca, które przepełniała paląca miłość do nieba, a trawiła nienawiść do ludzi.