Każde martwe marzenie
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #5
- Год: 2018
- Язык: польский
- Год: Powergraph
- ISBN: 9788364384868
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Każde martwe marzenie». Краткое содержание книги:
— Rozumiem. Pytam, bo Amluwer Kot przychyla się do prośby Sehrawina, twierdząc, że z siłami, które ma, może nie zdołać utrzymać miasta. Że Pomwe może upaść w ciągu najbliższych kilku dni.
Dowódca Słowików najwyraźniej chciał coś powiedzieć, i to coś takiego, po czym obaj z Bawołem wzięliby się za łby, a Deana musiałaby chyba osobiście rozbroić obu af’gemidów i znaleźć zastępców na ich miejsce, ale nagle wtrącił się Umneres. Czarodziej wybuchnął krótkim, gardłowym śmiechem, który zabrzmiał trochę tak, jakby zarechotała donośnie wielka ropucha.
— Pierwszy raz w życiu słyszę, by wysoki oficer Bawołów zachował się rozsądnie — powiedział, urywając śmiech w pół dźwięku. — Zazwyczaj myślicie i działacie z taką finezją, na jaką wskazuje nazwa waszego Rodu Wojny. Nie, nie. Nie obrażam cię, Kosse. Tylko stwierdzam fakt.
— Miasto powinno utrzymać się co najmniej przez miesiąc.
— Tak. Ale gdy przygotowywaliście obronę, nie wiedzieliście jeszcze, przed kim tak naprawdę będziecie stawać. Ja widziałem imperialną armię w walce.
— Ty?
Magowi udało się przyciągnąć uwagę wszystkich, nawet Pani Oka.
— Walczyłem w wojnie z koczownikami jako najemny czarodziej. Przed ostatecznym starciem Meekhan rozesłał wici na cały cywilizowany świat, oferując bardzo dobre pieniądze. Oczywiście w moim przypadku nie chodziło o złoto, ale o okazję do przyjrzenia się sztuce magii Imperium. Jest… interesująca. W każdym razie popłynąłem na północ, zaciągnąłem się na pół roku i widziałem, jak walczy meekhańska piechota.
— I cóż takiego tam ujrzałeś? — Kosse uniósł głowę i rozdął nozdrza zupełnie jak podrażniony byk.
— Więcej, niżbym chciał… Ale ja nie o tym. To wojsko jest elastyczne i szybko się uczy. Potrafi improwizować i oszukiwać. A gdy przychodzi do walki twarzą w twarz, bije się zawzięcie i bez litości dla wroga. I nie, nie jest w tej zabawie lepsze niż twoje Bawoły. Zapewne moglibyście stawać jak równy z równym, może nawet pokonalibyście ich raz czy dwa. Ale oni się uczą. Cały czas. To podstawa ich strategii. W meekhańskiej armii widziałem, jak zwykły żołnierz przychodził ze swoim porucznikiem do dowódcy pułku, bo miał pomysł, jak przechylić szalę w nadchodzącej bitwie na właściwą stronę. I jeśli był to dobry pomysł, to po takiej bitwie żołnierz ten sam zostawał oficerem. Więc przy trzecim czy czwartym starciu znaleźliby wasz słaby punkt i uderzyli w niego tak, jak jeszcze nikt nie uderzył. A jaki słaby punkt znaleźli w Pomwe, pani?
Deana drgnęła, zaskoczona. Czarodziej był dobry, skupił uwagę na sobie, nie pozwolił, by rozgorzała tu niepotrzebna kłótnia, a teraz z wdziękiem oddawał jej głos.
Ale i tak go nie lubiła.
— Mur między bramą Czarną i Niebieską — zaczęła, ruszając znów w swój spacer. — Ma pół mili długości i jest prościutki jak cięciwa łuku. I dość niski, mimo iż pracowano nad nim od dłuższego czasu. Kot twierdzi, że od trzech dni niewolnicy szykują się do ataku na ten odcinek. Podciągnęli szańce trzysta łokci od fosy i atakują bez przerwy, zasypując ją ziemią, faszyną i własnymi ciałami. Atakują zresztą na całej długości murów, mają na to dość ludzi, więc Amluwer musi rozpraszać siły. Za trzy lub cztery dni będą gotowi do ostatecznego ataku.
— Bez machin? — Dowódca Słowików machnął lekceważąco dłonią.
— Ostatnia wiadomość zawierała i takie słowa, jak „tarany”, „drabiny” i „być może wieże oblężnicze”, Sampore — Deanę uprzedził Umneres — drabinę zbije ci byle chłop z siekierą, prosty taran i niewysoką wieżę wykona żołnierz po krótkim przeszkoleniu albo wiejski cieśla. A cieśli i innych rzemieślników niewolnikom nie brakuje. Kiedy mówiliście o miesięcznej obronie, spodziewaliście się dzikiej hordy bezmyślnie rozbijającej sobie głowy o kamienne mury. Może kilku drabin albo paru lin z hakami. Przestańcie, na Ognisty Oddech Naszego Pana, ich lekceważyć. Założę się, że dobrze znają nawet nasze ruchy…
Wuar Sampore wydął lekceważąco wargi.
— Skąd ta pewność, czarowniku?
— Bo turanh Amluwer Kot, oficer doświadczony i bynajmniej nie głupi, jak twierdzi obecny tu Kosse Oluwer, napisał, że spodziewa się głównego ataku za trzy, najwyżej cztery dni. My, maszerując w dotychczasowym tempie, będziemy pod miastem za pięć, może sześć dni. Niewolnicy muszą więc wiedzieć, kiedy przybędziemy, dlatego się spieszą. Jeśli zdobędą miasto, to nasza armia będzie musiała się wycofać.
Tak. Już o tym rozmawiali, jako o najgorszym możliwym rozwoju wydarzeń, choć wtedy w grę wchodziło tylko zdobycie Pomwe podstępem lub zdradą. Siły Konoweryn nie mogłyby oblegać miasta, mając za plecami hordę niewolników, i nie mogłyby ruszyć w pogoń za resztą, bo nie wiadomo, jak liczne oddziały zostawiłby w Pomwe Krwawy Kahelle. Podzielenie zaś na części z trudem zgromadzonej konowerskiej armii byłoby samobójstwem. Na dodatek jej wojska nastawione były na szybką kampanię – dla przykładu, jak uświadomił jej dwa dni temu Brimgorn Uvie, ich słonie pochłaniały dwadzieścia wozów paszy dziennie, a nie dało jej się uzupełnić rzadką trawą porastającą okoliczne równiny. Za osiem do dziesięciu dni wozy opustoszeją, i nie ma nic głupszego niż posyłanie do bitwy rozdrażnionych głodem zwierząt.
Ich dotychczasowe plany, omawiane w trakcie długich wojennych narad, zakładały dwa możliwe rozwiązania. Pierwsze było zniszczenie buntowników w decydującej bitwie, drugie – choć wszyscy uważali je za mało prawdopodobne – zmuszenie ich do odstąpienia i wycofania się między wzgórza porośnięte lasem. Wtedy pełne magazyny Pomwe miały zapewnić armii Pani Oka żywność na następne trzy miesiące, nawet jeśli mieszczanie musieliby zacisnąć pasa, a jednocześnie stutysięczna horda Krwawego Kahelle utknęłaby w lesie w czasie pory deszczowej, dziesiątkowana głodem i chorobami, a za każdym razem, gdy próbowałaby wyjść na centralne równiny księstwa, konowerskie wojska byłyby gotowe zagrodzić jej drogę.