Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Legion Videssos [The Legion of Videssos - pl]
Legion Videssos [The Legion of Videssos - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Legion Videssos [The Legion of Videssos - pl]

Электронная книга - «Legion Videssos [The Legion of Videssos - pl]». Краткое содержание книги:

Imperium szykuje się do wojny z Yezd, ale pojawia się nowe zagrożenie — bunt księcia Draxa i jego wojsk. Zdrada najemników doprowadza Videssos na skraj katastrofy i tylko talent dowódczy Marcusa Scaurusa i zręczna dyplomacja jego sprzymierzeńca zamieniają klęskę w zwycięstwo. Jednak Imperium Videssos w dalszym ciągu czeka walka z Yezd, Do odległej krainy potężnych koczowników wyrusza poselstwo, które ma pozyskać ich pomoc. Jego droga najeżona jest niebezpieczeństwami, o sojusz z koczownikami stara się również Yezd…
1 ... 6 7 8 9 10 11 12 13 14 ... 130
Перейти на страницу:

Prista była miastem kontrastów, strażnicą Imperium na skraju nie kończącego się morza traw. Liczyła sobie niecałe dziesięć tysięcy mieszkańców, ale mogła się poszczycić fortyfikacjami wyższymi i mocniejszymi niż jakiekolwiek inne miasto w Videssos — oprócz stolicy, oczywiście. Dla Imperium był to punkt obserwacyjny kontrolujący cały step; miejsce, z którego można było manipulować plemionami koczowników Khamorth czy to podpuszczając je na siebie, czy też wciągając do służby Imperium. Ludzie równin potrzebowali miasta, by mieli gdzie wymieniać miód, tłuszcz, wosk, futra i niewolników na pszenicę, sól, wino, jedwab i pachnidła z Videssos. Wielu nomadów z zawiścią patrzyło na to bogactwo, jak też i na samą twierdzę, a wysokie mury nie zawsze były w stanie ich powstrzymać. Przeszłość Pristy była więc naprawdę burzliwa.

W obrębie murów zaś można było znaleźć budynki wszelkiej maści i rozmiarów. Okazałe domostwa z podwórzami, zbudowane z miejscowego szarobrązowego kamienia w klasycznym vides-sańskim stylu, stały obok chwiejących się drewnianych szop i ziemianek skleconych z kawałków stepowej darniny. Na nie zabudowanym jeszcze terenie wyrastały, niczym jakieś gigantyczne muchomory, namioty nomadów pokryte skórą lub farbowanym filcem.

Choć w Prista znajdował się wojskowy garnizon i gubernator z Imperium, większość populacji miasteczka pochodziła z równin. Nawet portowi włóczędzy, choć przeważnie ubrani byli w Lniane tuniki i spodnie zamiast stepowych futer i skór, wyglądali na typowych Khamorthów — krępi, niezbyt wysocy, z wielkimi, rozwichrzonymi brodami. Żaden z nich nie rozstawał się także z niską, futrzaną czapą, które nomadzi nosili w każdą pogodę.

Kiedy Pikridos Goudeles poprosił jednego z nich, by pomógł mu zanieść bagaże do gospody, ten nawet nie drgnął. Zaskoczony Goudeles zmarszczył brwi.

— No tak, musiałem akurat trafić na głuchoniemego — powiedział i odwrócił się do innego próżniaka, który wystawiał szeroką, włochatą pierś do słońca. Mężczyzna zignorował go zupełnie.

— Na Phosa, czy to kraj głuchych? — zawołał biurokrata wyraźnie rozzłoszczony. W Videssos przywykł do tego, że usługiwano mu bez najmniejszej zwłoki.

— Posłuchają mnie! Niech mnie porwą demony, jeśli ich do tego nie zmuszę — powiedział Arigh, ruszając w stronę grupy nomadów. Ci spojrzeli na niego groźnie; Khamorthti i Arshaumi nigdy nie darzyli się sympatią.

Lankinos Skylitzes dotkną ramienia Arigha. Oficer był człowiekiem małomównym i nie przepadał za Goudelesem. Z chęcią patrzyłby, jak gryzipiórek robi z siebie głupca. Ale Arigh mógł wszcząć bójkę, a tego Skylitzes na pewno nie chciał.

— Pozwól mnie to zrobić — powiedział, i tym razem on pomaszerował w stronę włóczęgów. Starzy portowi wyjadacze obserwowali go ze stoickim spokojem. Skylitzes był wielkim mężczyzną, o solidnej, żołnierskiej budowie ciała, ale było ich wystarczająco wielu, by poradzić sobie i z nim, i z jego towarzyszami. I w dodatku kumał się z Arshaumami. Ale groźne miny zamieniły się w grymasy zaskoczenia, kiedy przemówił do nich w ich własnym języku. Po kilku sekundach czterech mężczyzn podskoczyło do pakunków i wzięło je na ramiona. Tylko Arigh sam niósł swój bagaż i zdawał się z tego zadowolony.

— To musi być bardzo przydatne, kiedy człowiek może się dogadać z innymi wszędzie gdzie tylko pojedzie — z podziwem powiedział do Skylitzesa Viridoviks. Gal powoli dochodził do siebie. Jak mityczny olbrzym Antaios — pomyślał Gorgidas — czerpał siłę z kontaktu z ziemią.

Oszczędny nawet w gestach Skylitzes skinął tylko głową. Problem komunikowania się z innymi nacjami wciąż jednak nurtował Viridoviksa, bo teraz zwrócił się do Greka.

— Jak będziesz pisał tę swoją historię, Gorgidas, kochanie, czy nie chciałbyś, żeby wszyscy mówili twoim językiem, i żebyś mógł im zadać wszystkie te pytania, co ci się tłuką po głowie?

Gorgidas zignorował sarkastyczny ton Viridoviksa, ale jego słowa poruszyły w nim czułą strunę.

— Na bogów, Galu, byłbym szczęśliwy, gdyby ktokolwiek w tym zafajdanym świecie mówił moim językiem; nawet ty. Jesteśmy tutaj j ak najbliżsi krewni, ale nie mogę z tobą porozmawiać po grecku, tak jak ty nie możesz mówić do mnie po celtycku. Czy to ciebie nie złości — zawsze tylko łacina albo videssański?

— Złości — przyznał od razu Viridoviks. — Nawet Rzymianie mają lepiej niż my, bo mają siebie i mogą gadać między sobą kiedy chcą. Próbowałem nauczyć moje dziewczynki celtyckiego, ale one w ogóle nie myślą o takich rzeczach. Zdaje się, że wybrałem je tylko dlatego, że tak dobrze spisują się pod kocem.

No i zostałeś sam — pomyślał Gorgidas. Jakby potwierdzając jego domysły, Gal zaczął nagle głośno recytować jakiś poemat w swoim ojczystym języku. Arigh i Videssańczycy gapili się na niego ze zdumieniem. Miejscowi tragarze przez całą drogę rzucali mu ukradkowe spojrzenia, zaciekawieni jego jasną, piegowatą cerą i ognistymi włosami. Teraz odsunęli się trochę, być może obawiając się, że wymawia jakieś zaklęcie.

Viridoviks przeleciał przez pięć albo sześć zwrotek. Potem zająknął się i zamilkł, po to tylko, by wypluć z siebie stek przekleństw — celtyckich, łacińskich i videssańskich.

— Hańba! Zapomniałem resztę — powiedział żałośnie i zwiesił smutno głowę.

Po szerokich ulicach stolicy, wykładanych kocimi łbami lub kamiennymi płytami, i po jej wydajnym systemie kanalizacyjnym, Prista była dla nich swego rodzaju szokiem. Główna ulica miasta, pokryta dobrze ubitą ziemią, wiła się zygzakiem niczym parkowa alejka i niewiele od takiej była szersza. Środkiem drogi spływały ścieki. Gorgidas widział nomadę rozpinającego spodnie i sikającego na poboczu — nikt nie zwracał na niego uwagi.

Grek pokręcił głową. W Elis, gdzie dorastał, takie rzeczy były czymś normalnym. Okrzyk „Exi-to! Uwaga, jedziemy!”, uprzedzał przechodniów, że zaraz wylany zostanie do rynsztoku kolejny ładunek pomyj. Rzymianie, tak jak i Videssańczycy żyjący w większych miastach, mieli lepsze pojęcie o higienie i kanalizacji. Jednak tutaj, na granicy cywilizowanego świata ludzie nie dbali o takie rzeczy — i z pewnością słono za to płacili, zapadając na różne paskudne choroby.

No i co z tego? — pomyślał Gorgidas. Mają przecież kapłanów-uzdrowicieli, którzy mogą się tym zająć. Zaraz jednak zaczął się nad tym zastanawiać; sądząc z tego, co tu widział, większość Pristan podtrzymywała swoje zwyczaje z równin i prawdopodobnie nie czciła Phosa. Spojrzał w kierunku świątyni boga Videssos. Wyblakłe kamienie i zamazane przez deszcz linie zdawały się świadczyć o tym, że był to jeden z najstarszych budynków w mieście, ale pokrywały ją także zaśniedziałe smugi zapomnienia. Skylitzes także to dostrzegł i zmarszczył brwi.

Jeżeli Pikridos Goudeles czuł jakikolwiek smutek czy skonsternowanie na widok opłakanego stanu świątyni, to zupełnie nie dał tego po sobie poznać. Ale rozgadał się, kiedy zobaczył wnętrze gospody, którą miejscowi polecili przez Skylitzesa jako najlepszą w Prista.

— Co za okropna speluna! Widziałem kurniki, które były lepiej utrzymane niż ta nora.

Dwóch klientów gospody rzuciło mu groźne spojrzenia — Gorgidas pomyślał, że rozumieją pewnie videssański. Właściwie Grek zgadzał się z Goudelesem. Szynk był mały, bez żadnych prawie sprzętów i nie sprzątany chyba od dziesięcioleci. Sadza pokrywała ściany tam, gdzie umieszczone były zwykle pochodnie. Wszystko cuchnęło dymem, stęchłym, starym winem i jeszcze starszym potem.

Klientela lokalu ani na jotę nie odbiegała od tego standardu. Dwa czy trzy stoły oblegane były przez typków, którzy mogli być rodzonymi braćmi portowych włóczęgów. Sześciu Videssańczyków piło osobno. Choć większość z nich miała już na pewno około czterdziestki, byli krzykliwi i ubierali się w workowate tuniki, jak wielu spośród młodych ulicznych łotrzyków. Każdy z nich zdawał się nosić na dłoniach i na szyi całą fortunę w złocie. Mówili głośno i gwałtownie, najczęściej posługując się slangiem ze stolicy.

1 ... 6 7 8 9 10 11 12 13 14 ... 130
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)