Dzieci Boga [Children of God - pl]
- Автор: Расселл Мэри Дория
- Год: 2000
- Язык: польский
- Год: Zysk i S-ka
- ISBN: 83-7150-596-5
- Переводчик: Andrzej Polkowski
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Dzieci Boga [Children of God - pl]». Краткое содержание книги:
— I to, i to. I kilka innych języków.
— Świetnie. Nieźle. Nada się — powiedział Sandoz do Giulianiego. — Na razie będziesz musiał popracować sam — zwrócił się do Afrykańczyka. — Zacznij od poznania ruanja. Mamy tu program Al, [Artificial Intelligence — Sztuczna Inteligencja.] sporządzony przez Mendes. K’san na razie sobie daruj. Nie za bardzo posunąłem się z analizą formalną. A następnym razem najpierw zatelefonuj. — Zerknął na Giulianiego, który był wyraźnie zaskoczony szorstkością tej wypowiedzi. — Powiedz mu o moich rękach, Vince — mruknął usprawiedliwiająco, wycofując się do swojej samotni. — Dzisiaj obie. Nie jestem w stanie myśleć.
Nie podoba mi się, że przyłazicie tu bez zaproszenia, pomyślał. Zbierało mu się na płacz i nie był w stanie robić komuś wyrzutów. Ledwo do niego dotarło to, co teraz usłyszał.
— Modliłem się za ciebie przez pięćdziesiąt lat — powiedział Kalingemala Lopore głosem pełnym zdumienia. — Bóg ciężko cię doświadczył, ale nie zmieniłeś się aż tak, żebym nie widział, kim jesteś.
Sandoz zatrzymał się na schodach i odwrócił. Wciąż był zgarbiony, ręce miał skrzyżowane na piersi, a dłonie ukryte pod pachami, ale teraz spojrzał uważniej na kapłana stojącego obok ojca generała. Ma z sześćdziesiątkę, pomyślał, pewnie ze dwadzieścia lat młodszy od Giulianiego, i też jest taki wysoki. Hebanowoczarny i szczupły, o mocnych kościach i głęboko osadzonych, przykuwających uwagę, wielkich czarnych oczach, typowych dla mieszkańców Afryki Wschodniej, sprawiających, że tamtejsze kobiety zachowywały piękność nawet w starszym wieku. Pięćdziesiąt lat… Ile ten facet musiał wówczas mieć? Dziesięć, jedenaście?
Emilio zerknął na Giulianiego, żeby zobaczyć, czy rozumie, o co chodzi, ale ojciec generał zdawał się teraz nie zwracać na niego uwagi, będąc równie jak on zaskoczony słowami gościa.
— Czyja ciebie znam? — zapytał Emilio.
Niezwykłe oczy Afrykanina płonęły, jakby rozświetlał je wewnętrzny blask.
— Nie ma powodu, abyś mnie pamiętał, a ja nawet nie znałem twojego nazwiska. Lecz Bóg znał ciebie, kiedy jeszcze byłeś w łonie matki, jak Jeremiasza, którego również boleśnie doświadczył.
I wyciągnął do niego obie ręce.
Emilio zawahał się, po czym zszedł z powrotem ze schodów. W geście, który z bólem odczuł jako jednocześnie znajomy i obcy, złożył swoje palce, poranione i niewiarygodnie długie, w bladych, ciepłych dłoniach przybysza.
Tyle lat, myślał Lopore, sam tak wstrząśnięty, że zapomniał o tej sztucznej liczbie mnogiej, którą, po tylu wysiłkach, zdołał już opanować.
— Pamiętam jeszcze kilka magicznych sztuczek — powiedział, uśmiechając się, lecz po chwili spojrzał w dół, na jego ręce. — Takie piękno i taka sprawność zniszczone — rzekł ponuro i uniósł dłonie Sandoza do swoich warg, a potem ucałował je po kolei, jakby nieświadomie.
To musiała być, myślał później Sandoz, jakaś zmiana ciśnienia krwi, jakaś przypadkowa interakcja połączeń neuronowych, jakiś kaprys fizjologii — czy patologii — który w końcu położył kres atakowi neuralgii. Afrykanin podniósł oczy i napotkał jego oszołomione spojrzenie.
— Myślę, że ręce to nic w porównaniu z resztą.
Sandoz kiwnął głową i stał oniemiały, szukając wyjaśnienia w twarzy ojca generała.
— Emilio — rzekł Vincenzo Giuliani, przerywając to niesamowite milczenie — może zaprosisz Ojca Świętego do środka?
Sandoz wytrzeszczył oczy, po czym wymamrotał:
— Jezu…
Biskup Rzymu odrzekł z nieoczekiwanym poczuciem humoru:
— Nie, tylko papież.
Ojciec generał parsknął śmiechem i wyjaśnił rzeczowym tonem:
— Ojciec Sandoz był trochę wyłączony z życia przez ostatnie kilkadziesiąt lat.
Emilio, wciąż oszołomiony, ponownie kiwnął głową i powiódł ich do swojego pokoju.
Uczciwie trzeba powiedzieć, że papież przybył sam i nie zapowiedziany, ubrany w zwykłą sutannę, a do jezuickiego domu rekolekcyjnego przyjechał najzwyklejszym fiatem i sam go prowadził. KalingemalaLopore, pierwszy od piątego stulecia afrykański papież i pierwszy w historii nowożytnej prozelita wybrany na ten najwyższy urząd kościelny, nosił teraz imię Gelazego III i rozpoczynał właśnie drugi rok swojego pontyfikatu. Do Rzymu wniósł głębokie przekonanie i dalekowzroczną wiarę w uniwersalizm Kościoła, co pozwalało mu oddzielać odwieczną prawdę od głęboko zakorzenionych obyczajów europejskich. Ignorując wymogi polityki i rygory dyplomacji, postanowił osobiście zobaczyć się z Emiliem Sandozem, jezuitą, który poznał inne dzieci Boga i który zobaczył dzieło Stworzenia na innej planecie. Kiedy już podjął decyzję, nie było w całym Watykanie takiej biurokratycznej siły, która mogłaby go od tego odwieść. Geiazy III był człowiekiem niezwykle opanowanym i pragmatycznym. Był jedynym przybyszem z zewnątrz, któremu się udało przedrzeć przez broniące dostępu do Sandoza posterunki kamorry, a dokonał tego, bo uznał za stosowne porozmawiać bezpośrednio z kuzynem ojca generała, don Domenico Giulianim, niekoronowanym królem południowych Włoch.
W pokoju Sandoza panował straszliwy bałagan. Lopore to zauważył i z rozbawieniem zgarnął ręcznik z najbliższego krzesła, rzucając go na nie posłane łóżko, po czym bezceremonialnie usiadł.
— Ja… bardzo przepraszam za to wszystko — wyjąkał Sandoz, ale papież tylko machnął ręką.
— Jedną z przyczyn, dla których uparliśmy się, żeby mieć swój własny samochód, była chęć odwiedzania ludzi bez tych wszystkich maniakalnych przygotowań — powiedział, po czym dodał namaszczonym tonem: — Stwierdzamy, że mamy serdecznie dość świeżej farby i nowych dywanów.
Zachęcił gestem Emilia, by usiadł na drugim krześle, po przeciwnej stronie stołu.
— Proszę cię — powiedział, świadomie porzucając liczbę mnogą — usiądź ze mną.
Rzucił krótkie spojrzenie na Giulianiego, który stał w kącie, tuż przy schodach. Nie chciał im przeszkadzać, ale nie miał też ochoty odejść. Zostań, mówiły oczy Ojca Świętego, zostań i wszystko zapamiętaj.
— Pochodzę ze szczepu Dodotów — powiedział papież po łacinie, w której afrykańska nazwa zabrzmiała egzotycznie, a rytmiczne, melodyjne kadencje przypominały o języku jego dzieciństwa. — To pasterze, nawet dziś. Kiedy nadeszła susza, przenieśliśmy się na północ, do naszych kuzynów, klanu Toposa, w południowym Sudanie. Był to czas wojny, a więc i głodu. Toposa nie chcieli nas przyjąć, sami bowiem nic nie mieli. Zapytaliśmy: „Dokąd mamy pójść?” Jakiś człowiek na drodze powiedział: „Na wschód stąd jest obóz dla Kikuju. Stamtąd nikogo nie wypędzają”. Była to długa wędrówka i moja młodsza siostra umarła w ramionach matki. Zobaczyłeś, że się zbliżamy. Wyszedłeś nam na spotkanie. Wziąłeś martwe dziecko z ramion mojej matki i wskazałeś miejsce, w którym mogliśmy odpocząć. Przyniosłeś nam wody, a potem coś do jedzenia. My jedliśmy, a ty kopałeś grób dla mojej siostry. Już sobie przypominasz?
— Nie. Było tyle dzieci. Tyle umarło. — Emilio spojrzał na niego ze znużeniem. — Wykopałem wiele grobów, Wasza Świątobliwość.
— Nie będziesz już więcej kopać grobów — powiedział papież, a Vincenzo Giuliani usłyszał głos proroka: zagadkowy, nieuchwytny, pewny.
Wyjątkowa chwila przeminęła i papież znowu zaczął mówić zwykłym głosem.