Dzieci Boga [Children of God - pl]
- Автор: Расселл Мэри Дория
- Год: 2000
- Язык: польский
- Год: Zysk i S-ka
- ISBN: 83-7150-596-5
- Переводчик: Andrzej Polkowski
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Dzieci Boga [Children of God - pl]». Краткое содержание книги:
— Od tego czasu nie ma dnia, żebym o tobie nie myślał! Co to za człowiek, który opłakuje córkę, której nie spłodził?
Odpowiedź na to pytanie doprowadziła mnie do chrześcijaństwa, do kapłaństwa, a teraz… tutaj, do ciebie!
Odchylił się na krześle, zdumiony, że jednak spotkał tego kapłana po upływie połowy stulecia. Przez chwilę milczał, a potem ciągnął dalej łagodnym tonem, już jako kapłan, którego misja polega na godzeniu człowieka z Bogiem.
— Od tego czasu opłakiwałeś wiele innych dzieci.
— Setki. Tysiące. Tysiące dzieci zmarło przeze mnie.
— Wziąłeś wiele w swoje ramiona. Ale chodzi mi o to jedno szczególne dziecko. Powiedziano nam o nim. Możesz wymówić jej imię, żebyśmy mogli wspominać ją w modlitwie?
Mógł, ale uczynił to prawie niesłyszalnym szeptem.
— Askama, Wasza Świątobliwość.
Przez jakiś czas panowała cisza, a potem Kalingemala Lopore wyciągnął ręce ponad stolikiem, podniósł opuszczoną głowę Emilia grubymi, mocnymi palcami i otarł mu łzy. Vincenzo Giuliani zawsze uważał Emilia za ciemnoskórego, ale teraz jego twarz, ujęta tymi potężnymi brązowymi dłońmi, wydała mu się blada. W chwilę później zrozumiał, że Sandoz jest bliski omdlenia. Emilio nie znosił cudzego dotyku, brzydził go niespodziewany kontakt fizyczny. Lopore nie mógł o tym wiedzieć i Giuliani zrobił krok do przodu, aby mu to wyjaśnić, kiedy usłyszał, że papież coś mówi.
Emilio słuchał z kamienną twarzą; zdradzał go tylko szybki, płytki oddech. Giuliani nie słyszał słów, ale zobaczył, jak Sandoz marszczy czoło, odchyla się do tyłu, a potem wstaje i zaczyna krążyć po pokoju.
— Uczyniłem klasztor z mego ciała i ogród z mojej duszy, Wasza Świątobliwość — powiedział miękką, melodyjną łaciną, którą młody Vince Giuliani zawsze uwielbiał i której mu zazdrościł, kiedy byli razem w seminarium. — Kamienie murów klasztornych były mi nocami, a zaprawa murarska dniami. Rok po roku budowałem te mury. Lecz pośrodku założyłem ogród otwarty ku niebiosom i zaprosiłem Boga, by się w nim przechadzał. I Bóg przyszedł do mnie. — Sandoz odwrócił się, drżąc. — Bóg mnie napełnił, a zachwyt, jaki temu towarzyszył, miał taką moc, że zdruzgotał mury. Nie potrzebowałem już żadnych murów, Wasza Świątobliwość. Bóg był moją obroną. Mogłem patrzyć w twarz żony, której nigdy nie miałem, i kochać wszystkie żony. Mogłem patrzyć w twarz męża, którym nigdy nie byłem, i kochać wszystkich mężów. Mogłem tańczyć na weselach, ponieważ Bóg był moją miłością i wszystkie dzieci były moje.
Giuliani poczuł, że oczy napełniły mu się łzami. Tak, pomyślał. Tak.
Kiedy Emilio znowu się odwrócił i spojrzał na Kalingemalę Lopore, już nie płakał. Wrócił do stołu i złożył swoje okaleczone ręce na poobijanym blacie; jego twarz stężała w grymasie wściekłości.
— A teraz ogród jest spustoszony — wyszeptał. — Żony, mężowie i dzieci nie żyją. Nie pozostało nic prócz popiołów i kości. Gdzie był nasz Obrońca? Gdzie był Bóg, Wasza Świątobliwość? Gdzie jest Bóg teraz?
Odpowiedź nadeszła natychmiast.
— W popiołach. W kościach. W duszach zmarłych. I w tych dzieciach, które żyją dzięki tobie…
— Nikt nie żyje dzięki mnie!
— Mylisz się. Ja żyję. Są też inni.
— Przynoszę nieszczęścia. Przyniosłem na Rakhat śmierć, jak syfilis, a Bóg śmiał się, kiedy mnie gwałcono.
— Bóg płakał nad tobą. Zapłaciłeś straszliwą cenę za Jego plan, a Bóg płakał, kiedy prosił cię o to…
Sandoz krzyknął i odchylił się do tyłu, potrząsając głową.
— To najokropniejsze kłamstwo! Bóg nie prosi. Nie wyraziłem zgody. Zmarli nie wyrazili zgody. Bóg nie jest bez winy.
Bluźnierstwo zawisło w powietrzu jak dym, lecz po chwili zabrzmiały równie bluźniercze słowa Jeremiasza:
— Dopuścił, że szedłem pośród ciemności, nie światła, pogrążył mnie w mrokach jak zmarłych od wieków. Nawet gdym wołał i krzyczał — recytował Gelazy III z oczami pełnymi współczucia — odrzucał moją modlitwę! Napełnił mnie do syta goryczą. Pogrążył mnie w popiele. Porzucił mnie w rozpaczy i wystawił na pośmiewisko i potępienie.
Sandoz milczał, wpatrując się w coś, czego oni dwaj nie widzieli.
— Jestem potępiony — powiedział w końcu, zmęczony i udręczony — i nie wiem dlaczego.
Kalingemala Lopore odchylił się na krześle, długie, silne palce złożył na podołku. Jego wiara w ukryte znaczenie wydarzeń i w Boże dzieło dokonujące się w Bożym czasie była niezłomna jak granit.
— Bóg cię umiłował — rzekł. — I zobaczysz, czego naprawdę dokonałeś, kiedy powrócisz na Rakhat.
Sandoz poderwał głowę.
— Nie wrócę.
— A jeśli poprosi cię o to twój przełożony? — zapytał Lopore, unosząc brwi i zerkając na Giulianiego.
Vincenzo Giuliani, dotąd ukryty w rogu pokoju, patrzył w oczy Emilia Sandoza i stwierdził, że jest chyba po raz pierwszy od pięćdziesięciu pięciu lat głęboko przerażony. Rozłożył ramiona i potrząsnął głową, pragnąc, by Emilio uwierzył: To nie ja mu to podsunąłem.
— Non serviam — powiedział Sandoz, odwracając się od Giulianiego. — Nikt więcej mnie nie wykorzysta.
— Nawet gdybyśmy to my cię poprosili? — nalegał papież.
— Nie.
— A więc tak. Nie dla Towarzystwa. Nie dla Świętej Matki Kościoła. Dla siebie i dla Boga. Musisz tam wrócić dla siebie i dla Boga — powtórzył Gelazy III z przerażającą, niemal radosną pewnością. — Bóg czeka na ciebie w ruinach.
Vincenzo Giuliani był człowiekiem, który cenił umiar i całkowicie panował nad sobą. Przez całe dorosłe życie przebywał w towarzystwie podobnych ludzi — zrównoważonych intelektualistów i kosmopolitów. Oczywiście czytał o świętych i prorokach i sam o nich pisał, ale to… Tego już za wiele, pomyślał i zapragnął tylko jednego: ukryć się gdzieś, w jakikolwiek sposób wyłączyć się z tego, co działo się w tym pokoju, uciec przed straszną łaską Boga. „Niech Bóg do nas nie przemawia, bo pomrzemy”, pomyślał i poczuł nagłą sympatię do Izraelitów pod Synajem, do Jeremiasza wykorzystanego wbrew swojej woli, do Piotra, który próbował uciec od Chrystusa. Do Emilia.
Ale trzeba było wziąć się w garść, wyjąkać jakieś krótkie uspokajające wyjaśnienia i usprawiedliwienia, kiedy wraz z Ojcem Świętym schodził po schodach, a potem kroczył obok niego alejką w pełnym słońcu. Grzeczność wymagała zaproszenia dostojnego gościa na lunch. Długie doświadczenie pozwoliło Giulianiemu poprowadzić Jego Świątobliwość do refektarza i gawędzić po drodze o neapolitańskim domu rekolekcyjnym i architektonicznej twórczości Tristana. O, tu jest wspaniały Caravaggio, a tutaj mamy całkiem niezłego Tycjana. Trzeba było uśmiechnąć się dobrotliwie do brata Cosima, który oniemiał, widząc w swojej kuchni Namiestnika Chrystusowego dopytującego się o zupę rybną, tak zachwalaną przez ojca generała.
W końcu generał Towarzystwa Jezusowego i głowa Kościoła rzymskokatolickiego zjedli razem lunch w kuchni, przy drewnianym stole. Była anguilla in umido na toście i Lacrima Christi rocznik 49 o godnym uwagi siarczanym posmaku. Później siedzieli, popijając cappuccino i pogryzając sfogliatele, a obaj uśmiechali się w duchu, przypominając sobie, że każdego z nich nazywano Czarnym Papieżem: jednego z powodu jezuickiej sutanny, a drugiego z powodu hebanowej skóry. Nie było mowy o Sandozie czy o Rakhacie. Rozmawiali o drugich wykopaliskach w Pompejach, które właśnie miały się rozpocząć, skoro Wezuwiusz najwidoczniej uznał, że Neapolowi wystarczy już ta lekcja pokory, którą ostatnio otrzymał. Gawędzili o wspólnych znajomych, o watykańskich politykach i o meczach szachowych. Giuliani pogłębił w sobie szacunek do tego człowieka, który przybył do Stolicy Świętej z zewnątrz i zręcznie wiódł tę starożytną instytucję ku zmianom, ocenianym przez ojca generała jako mądre i budzące nadzieję.