Gazeta Lokalna
- Автор: Lapid Shulamit
- Язык: польский
- Жанр: Другие детективы
Электронная книга - «Gazeta Lokalna». Краткое содержание книги:
– Można – odparła Gertrude Fisch i zacisnęła usta. Widać było, że to słowo nie oddaje ogromu protestu. – Jest w nas wiele gniewu. Chcieliśmy go w ten sposób wyrazić.
Na twarzach dwóch artystek pojawił się wyraz złości, kiwały głowami i wysunęły podbródki, lecz Willi Achinoam otworzył tylko szerzej niebieskie oczy; wyglądał jak ornitolog, któremu zakłócono obserwację szpaków.
Gertrude Fisch tłumaczyła ideę wystawy. Nie ma sensu po raz kolejny naśladować naturę, mówiła. Lepiej robi to aparat fotograficzny. Albo ludzkie oko. Oni zaś pragną osiągnąć cel za pomocą najprostszych środków. Każda nowa asocjacja tworzy kolaż. Każdy ma swoją fakturę. To oczywiste. W Ameryce dawno już zrozumieli, że artysta epoki atomowej może tylko umieścić materiały w pustej przestrzeni.
Tylko u nas jeszcze tego nie pojęto. Ma nadzieję, że ta wystawa da początek nowej drodze.
Grupa dziennikarzy – około dziesięciu mężczyzn i kobiet – przyglądała się małej wydmie, która przegradzała pomieszczenie. Gertrude wyjaśniła, że światło wpadające przez okno w każdej chwili odmienia piasek. Stąd tytuł tego dzieła: Czas. Następny eksponat nosił tytuł Poemat: stos kamieni, kawałek sznurka i nakrętka od butelki z ketchupem. Cywilizacja w zderzeniu z naturą. Artystka powiedziała, że nie można ignorować tego, co się dzieje dookoła. Wszyscy poczuli wyrzuty sumienia.
– Faktura była dla nas bardzo ważna – szepnęła Szoszana, pielęgniarka.
Wszyscy się z nią zgodzili i pokiwali głowami.
Chanita dodała, że było jej z początku trudno, ponieważ wcześniej zajmowała się inną dziedziną twórczości. Ale pracować razem z Gertrude to wielki przywilej.
Spojrzenia Lizzi i Adulama spotkały się. Odniosła wrażenie, że sobie z niej podkpiwa.
Szoszana pracowała w piasku, Chanita wykorzystywała odpadki przemysłowe, natomiast Willi był minimalistą. Twórczość całej trójki miała, oczywiście, wydźwięk polityczny. Należy skończyć z milczeniem, zwłaszcza tu, w Negewie!
– Słyszałaś o Filipince? – zapytał Adulam, kiedy wyszli z Domu Kultury.
– Tak – odpowiedziała Lizzi.
– Nie wierzę, żeby to ona zamordowała panią Hornsztyk.
– Ja też nie.
– To dlaczego została aresztowana? Mogli ją przesłuchać i odesłać do domu. Co o tym mówi Bencijon Koresz?
– Nie rozmawiałam z nim.
– To cię nie interesuje?
– Nie interesuje mojego szefa.
– Chyba żartujesz.
Lizzi wzruszyła ramionami. Stała przy wejściu do budynku i czekała na Willego Achinoama.
– Chodź, zjemy obiad w „Coco”.
– Chcę porozmawiać z tym artystą.
– Och, Lizzi, nie wmawiaj mi, że przełknęłaś te bzdury, które opowiadała nasza kapłanka z Minnesoty. Nie jesteś głodna?
Willi Achinoam wyszedł z Domu Kultury i wpatrzył się w przestrzeń niebieskimi oczami, które wyglądały jak oślepione nadmiarem światła. Towarzyszyła mu energiczna kobietka o różowych policzkach, prawdopodobnie żona. Lizzi przedstawiła się i spytała, czy może go kiedyś odwiedzić w kibucu i porozmawiać o jego pracy. Żona Willego zarumieniła się ze wzruszenia.
On sam jednak uważał, że jego twórczość nie dojrzała jeszcze do tego, żeby ją pokazywać szerokiej publiczności. Lizzi wytłumaczyła, że nie jest publicznością, a na pewno nie jest krytykiem. Ostatecznie przekonał go fakt, że znała Szibolet i była prawie jej szefową, a także miała samochód i zaofiarowała się odwieźć ich do domu.
Adulam zachował się wzorowo. Pomógł im wsiąść do samochodu i zamknął za nimi drzwi. Następnie poczekał, aż Lizzi usadowi się za kierownicą i zapnie pas. Do tego stopnia irytował ją swoimi dobrymi manierami, że zbyt gwałtownie ruszyła i omal nie stuknęła zaparkowanego przed nią pojazdu.
Rozdział 11
Rzeźby Willego Achinoama stały w starej szopie dla kaczek i różniły się bardzo od minimalistycznych prac prezentowanych w Domu Kultury w Beer Szewie. Na kawałkach piaskowca, uzbieranych w Maktesz Arif, wyrył – według słów swojej żony – dzieje kampanii synajskiej. Jafa opowiedziała, że poznali się, gdy oboje służyli w armii podczas wojny o niepodległość. Ona, nowa imigrantka z Austrii, i on – kierowca z Gadery.
– To jej nie interesuje – szepnął Willi, wpatrując się oczami zbolałej Madonny w swoją żonę.
– Ależ przeciwnie! Właśnie to mnie interesuje – powiedziała Lizzi, myśląc, że zapewne ani jedno słowo z tej rozmowy nie trafi do druku. Może przy innej okazji, w innym kontekście…
Zanotowała tytuły rzeźb, co przedstawiają i szczegóły biografii rzeźbiarza. Z trudem mówił o sobie. Odpowiadał niechętnie i żona co chwila spieszyła mu z pomocą.
– Chodźmy napić się kawy – zaproponował w końcu.
Przed wejściem do domu Willego i Jafy był mały ganek. Stały na nim buty robocze, drewniaki i kalosze, wiaderka i szczotka. Mieszkanie składało się z dwóch pokoi, małej kuchenki i prysznica. Tu i ówdzie widać było figurki nagich kobiet, do których – jak się wydawało – pozowała Jafa. Lizzi zastanawiała się, czy mają dzieci.
– To dawny dom dla starych kibucników – wyjaśniła Jafa, przygotowując kawę. – Już na jesieni mieliśmy przeprowadzić się do nowego, ale ktoś coś pomieszał w budżecie i wciąż czekamy.
– Przeprowadzimy się – uspokajał Willi. Najwyraźniej był to drażliwy temat.
– Będziecie mieli wtedy więcej pokoi? – spytała Lizzi.
– Nie. Tam też będą dwa. Ale przestronniejsze. Wszystko będzie nowe i sami sobie wybierzemy wyposażenie kuchni i łazienki. Pięć rodzin zdążyło się przenieść i akurat my zostaliśmy. Nie wierzę już, że cokolwiek z tego wyjdzie. I nie tylko my jesteśmy poszkodowani. Także młode małżeństwa, które miały zamieszkać w naszych domach. Na razie tłoczą się w domach dla młodzieży.
– My nie mieliśmy nawet tego, kiedy tu przyjechaliśmy – powiedział Willi miękko.
– Czasy się zmieniły, Willi. Wielkie są pokusy z zewnątrz. Powinniśmy się cieszyć, że młodzi w ogóle chcą tu zostawać. Proszę. Ciasto z figami. Sama upiekłam.
Kawa, przed chwilą nalana, była mocna i smaczna. Jej aromat wypełnił całe mieszkanko. Ciasto figowe rozpływało się w ustach. Lizzi uśmiechnęła się do Jafy i żując, mamrotała tylko: „Pyszne, pyszne”. Policzki kobiety oblał rumieniec.
– To ciasto bez jajek i cukru – zdradziła tajemnicę jego miękkości. – Jeszcze trochę?
– Tak, proszę. Wspaniałe ciasto.
– Zaraz idziemy do stołówki – powiedział Willi. – A potem muszę zajrzeć do obory.
– Przecież dostałeś dzień wolny – przypomniała mu żona z wyrzutem.
– Ale wróciliśmy na czas. – Posłał jej spojrzenie, od którego topniało serce.
W drodze do stołówki pokazali Lizzi nowe domy, przeznaczone dla starszych kibucników.
– Zatrudniliśmy najlepsze firmy budowlane – powiedziała Jafa. – Architekt i pani inżynier przyjechali tutaj i rozmawiali ze wszystkimi, żeby zaprojektować domy, które pasują i do krajobrazu, i do charakteru kibucu. Widzi pani? Każdy dom jest osobną jednostką i jeśli ktoś nie chce, może w ogóle nie spotykać sąsiadów. A mimo to są połączone. Nazywamy to osiedle „Ul”.
Jafa zamilkła nagle i popatrzyła na męża. Po chwili dodała:
– Zamordowano ją kilka dni temu.
– Aleksandrę Hornsztyk? – spytała Lizzi.
– Tak – odparła Jafa. – Znała ją pani?
– Widziałam ją tylko raz, w ten wieczór, kiedy została zamordowana. Kto tutaj utrzymywał z nią kontakt?
– Zarząd. Komisja budowlana. I my, starsi kibucnicy, spotkaliśmy się z nią dwa razy. No i Szajke, oczywiście.
– Szajke?
– Nasz syn. Jest skarbnikiem. Co za straszna historia! Młoda, zdolna kobieta! Trudno to pojąć.
– Co mówi Szajke?