Gazeta Lokalna
- Автор: Lapid Shulamit
- Язык: польский
- Жанр: Другие детективы
Электронная книга - «Gazeta Lokalna». Краткое содержание книги:
– Jest w szoku – westchnęła Jafa. – Cała odpowiedzialność spoczywa na nim. Wszystkie pożyczki i oszczędności!
– To nie jego wina, że ją zamordowano.
– Tak, ale co z pieniędzmi, które znikły?
– Nie znikły. Wszystko się wyjaśni. – Willi był wyraźnie zły na żonę. Wydłużył krok, jakby złość udzieliła się nawet jego roboczym butom i wystającym z cholewek skarpetkom. Widziały teraz tylko jego plecy.
– Willi nie jest w stanie zmierzyć się z rzeczywistością – powiedziała Jafa. – Ludzie tu są dobrzy, każdy lubi pracować, panuje równość, powietrze mamy świeże, a przyszłość różową. Gertrude Fisch miała rację. Trzeba umieć patrzeć.
W stołówce Lizzi poznała Szajkego Achinoama. Był niski i energiczny jak matka i miał niebieskie oczy ojca, ale pozbawione tego wzruszającego, naiwnego wyrazu. Kiedy zjedli smażoną rybę, Lizzi zapytała, czy mógłby jej poświęcić pół godziny, ponieważ zbiera materiały do artykułu o Aleksandrze Hornsztyk. Szajke był zajęty. Oczekiwano go w biurze. Hodowca mango chce się poradzić w sprawie plagi jeżozwierzy, a o trzeciej ma przyjechać przedstawiciel „Agrocasco” na rozmowę wstępną o uprawie papai. O czwartej zbiera się u niego Rada Projektów. Jafa zaproponowała więc Lizzi, żeby odpoczęła u nich w domu, aż będzie wolny. Willi natomiast powiedział, że niedobrze jest prowadzić po ciemku, i zasugerował Szajkemu, żeby zmienił kolejność spotkań. Zanim zjedli pomarańcze, Szajke zgodził się umieścić Lizzi przed hodowcą mango.
Kiedy znaleźli się w biurze skarbnika, wyzbył się tej odrobiny grzeczności, którą starał się zachować w obecności rodziców. Oskarżył Lizzi, że wykorzystała ich naiwność, aby dostać się do kibucu i węszyć w jego sprawach wewnętrznych. Oświadczył też gwałtownie, że nie przyłoży ręki do oszustw dziennikarzy. Lizzi zaprotestowała. Poszła na wystawę, nie wiedząc, kim są artyści. Jest niesprawiedliwy. Gdyby chciała przyjechać do Oznai i „węszyć w sprawach wewnętrznych”, zrobiłaby to już wcześniej z pomocą Szibolet. Jest gotowa wstać i pójść sobie w każdej chwili. Lecz jego reakcja dowodzi, że istotnie coś jest nie w porządku.
Otworzyły się drzwi i z sąsiedniego pokoju wyszedł Ido Gabrielow, sekretarz kibucu. Około pięćdziesiątki, średniego wzrostu, drobny, z twarzą pomarszczoną i bladą jak u kogoś, kto w dzieciństwie był niejadkiem. Zapytał, co to za hałasy.
– Nie mamy co ukrywać, Szajke – rzekł, gdy ten wyjaśnił mu, o co chodzi. – Niepotrzebnie się złościsz. Trafią do nas, czy tego chcemy, czy nie. Jeśli nie znajdzie się żaden motyw osobisty – nieszczęśliwa miłość, zdrada, diabli wiedzą co jeszcze – policja zacznie sprawdzać interesy Aleksandry Hornsztyk. Chyba że popełniła samobójstwo.
– Ona się nie zabiła – powiedziała Lizzi.
– Nie. Nie była typem samobójczyni – zgodził się z nią Ido.
– A jeśli rzeczywiście znajdzie się motyw osobisty… – nie ustępował Szajke. – Nie ma sensu wywoływać wilka z lasu.
– Ale wilk już został wywołany. Lepiej przekazać informacje na twoich warunkach niż przeciwnika. Brakuje nam pół miliona dolarów w kasie!
– Nie chcę z nią rozmawiać i nie zgadzam się, żebyś ty to robił. – Głos Szajkego drżał ze zdenerwowania. – A jeśli się przy tym upierasz, będziesz musiał mieć zezwolenie zarządu na udzielenie wywiadu.
– To jest terror! – Ido wypluł to słowo, jakby pozbywał się pestki, która utkwiła w gardle.
– No wiesz, Ido! Daj spokój! Po co te wielkie słowa? Mamy problem. Jesteś w stanie wziąć na siebie odpowiedzialność? Chcesz trzęsienia ziemi? Proszę bardzo, ty z nią rozmawiaj. Ale nie tutaj i nie teraz. Jestem zajęty.
Ido zbladł, chciał coś powiedzieć, ale zrezygnował i wyszedł z pokoju.
– W jaki sposób zginęło wam pół miliona dolarów? – spytała Lizzi. Wiedziała, że go prowokuje, ale co jeszcze mógł jej zrobić? Uderzyć?
Szajke wyglądał tak, jakby naprawdę miał taki zamiar. Zwrócił się w jej stronę wściekły, jego oczy płonęły niebieskim ogniem.
– Wy, dziennikarze – syknął ze złością – krwiopijcy.
– Jestem osobą pracującą i uczciwie utrzymuję się z własnej pracy. Sama zapłaciłam za studia i za każdą kromkę chleba, którą zjadłam, odkąd wyszłam z wojska dziesięć lat temu. Nigdy jeszcze nie wyciągnęłam informacji od kogoś, kto nie wiedział, kim jestem i czemu o to pytam. I są to najdłuższe przeprosiny, jakie kiedykolwiek wygłosiłam.
Wyraz twarzy Szajkego nieco złagodniał. Lizzi dostrzegła, że jego oczy mimo wszystko przypominają oczy ojca. W tej samej chwili rozległo się pukanie i do pokoiku weszło trzech mężczyzn. Jeden z nich, hodowca mango, przedstawił Szajkemu pracownika rezerwatu przyrody, który trzymał w ręku pustą pułapkę na jeżozwierze, oraz agenta ubezpieczeń dla rolników.
– Chcesz, żebyśmy poczekali na zewnątrz? – zapytał hodowca.
– Nie, nie. Przyszliście w samą porę, siadajcie – powiedział Szajke. – Właśnie skończyliśmy.
Rozdział 12
Lizzi usłyszała pisk pagera, jeszcze zanim doszła do samochodu. Odkryto, kto poplamił prześcieradło Filipinki – pomyślała przestraszona. Weszła do jakiegoś budynku, który wyglądał jak fabryka śrub, i spytała, czy może skorzystać z telefonu.
– Badihi, gdzie jesteś?
– W kibucu Sade Oznaja.
– Co tam robisz?
– Przeprowadzałam wywiad z rzeźbiarzem amatorem.
– Dlaczego nie bierzesz ze sobą pagera?
– Co mi to tutaj da?
– Badihi! A jeśli Egipcjanie zbombardują Beer Szewę?
– Czy Egipcjanie zbombardowali Beer Szewę?
Usłyszała jakieś trzaski i ucieszyła się, że nie rozumie, co Arieli odpowiedział. Jeszcze gotów podbić jej serce swoim kwiecistym językiem! Cierpliwie czekała na dalszy ciąg rozmowy.
– Aresztowano Filipinkę od Hornsztyków.
– Wiem.
– Informacja pojawiła się w „Dzienniku”.
– Myślałam, że nie chce pan publikować niczego, co dotyczy tej historii.
– Pozwól mi decydować samemu, co chcę publikować, a czego nie.
– Dobrze.
– Badihi!
– Tak?
– Nie baw się ze mną. Do tej pory miałaś dla mnie jedynie plotki i pogłoski. Aresztowanie Filipinki to fakt, który można sprawdzić. Wyślij wiadomość.
– Dobrze.
Uśmiechnęła się do siebie. Niech Arieli się trochę pomęczy.
– Badihi!
– Tak?
– Co robisz w Sade Oznai?
Postanowiła nie przeciągać struny i opowiedziała mu o powiązaniach Aleksandry Hornsztyk z kibucem.
– Myślisz, że pieniądze, które kibuc zapłacił Aleksandrze, znikły?
– Tak.
– Ktoś je ukradł?
– Nie wiem.
– O jakiej sumie mowa?
– Pół miliona dolarów.
– Czeki bez pokrycia?
– Nie. Pieniądze znikły gdzieś w drodze między kibucem a panią Hornsztyk.
– To sensacyjna wiadomość – powiedział Arieli.
– Wysłać coś?
– Nie masz dowodów.
– Mogę zacytować rozmowy, które tu słyszałam.
– I narazić się na sprawę o oszczerstwo?
Arieli rozłączył się, zostawiając Lizzi z tym pytaniem jakieś dwadzieścia kilometrów od Beer Szewy. Czy on tak samo traktuje kolegów z redakcji w Tel Awiwie? Uderza i znika?
Kiedy przeprowadzili się do nowej siedziby, wyświadczył im łaskę. Przyjechał do Beer Szewy z właścicielem gazety, Perlmuterem, panem Zewulunem, kierowcą, i panią Diną, odpowiedzialną za redakcyjne komputery. Wypili koniak, zjedli małe kawałeczki śledzia, oliwki i burekas, a na zakończenie uraczyli się sokiem pomarańczowym, który stał się już prawie symbolem ich zawodu. Specjalistka od komputerów, kobieta około czterdziestki, z powiekami umalowanymi jaskrawym niebieskim cieniem, myślała – oczywiście – że Lizzi jest kelnerką. Poprosiła ją, żeby podała kawę, ponieważ muszą już wracać do Tel Awiwu. Lizzi poszła przygotować kawę, a kiedy wchodziła do pokoju z tacą w ręku, pan Ocet, Gedalia Arieli, życzył powodzenia Prosperowi Parparowi, szefowi drukarni, który też został zaproszony na małe przyjęcie.