Gazeta Lokalna
- Автор: Lapid Shulamit
- Язык: польский
- Жанр: Другие детективы
Электронная книга - «Gazeta Lokalna». Краткое содержание книги:
– Benci, jestem zmęczona. Mam propozycję. Opowiem ci coś, o czym nie wiesz, a ty opowiesz mi, co znaleźliście na kontach bankowych Hornsztyków.
Lizzi zauważyła, że kierunek, jaki obrała, zdziwił go, i w duchu się za to pochwaliła.
– Posłuchajmy.
Lizzi opowiedziała o wizycie w sklepie z winami oraz o okolicznościach, w jakich – według Goldnera – Pinchas Hornsztyk zdobył rękę pierworodnej córki Lubicza, jak również dziesięć procent od jego dochodów. Poprosiła Benciego, żeby nie wplątywał w śledztwo Goldnera, a on przyrzekł jej uczynić, co się da. Zauważyła, że to, co powiedziała, pobudziło go do myślenia.
– On jest bardzo sprytny, ten Hornsztyk – stwierdził Benci.
– To pewne, że nie jest naiwny. Twoja kolej, mój drogi.
Coś na taśmie, którą przyniosła Lizzi, zaniepokoiło Benciego. Ciągle od nowa przesłuchiwał dialog między nią a Jackiem Danzigiem i w końcu poprosił o sporządzenie stenogramu.
– Może oczy będą mądrzejsze od uszu – stwierdził.
Zdradził Lizzi, że Jackie podkreślał ciągłe słowo „północ”, jak gdyby chciał je wyryć w pamięci słuchaczy. Pianista znał Lizzi i wiedział, że ma zwyczaj nagrywać wywiady. Wiedział także, że taśma z nagraniem dotrze do Benciego, który specjalnie jej zażądał, doświadczenie bowiem go nauczyło, że przestępcy zostawiają za sobą wiele śladów, które pozwalają sprawiedliwości zwyciężyć. O ile jej stróżom nie brak rozumu. Pewien włamywacz nadgryzł jabłko leżące na stole w kuchni, a nie miał kła. Oszust w Banku Europejskim pisał piórem wiecznym marki „Parker 1954”. Kto dzisiaj pisze par-kerem ‘54? Banalne, droga Lizzi, banalne.
– Spytałem Jackiego Danziga, co wydarzyło się o północy – opowiadał Benci. – Udawał naiwnego, starał się mnie zbyć, w końcu się poddał. Złamałem go, kiedy powiedziałem, że znaleźliśmy odciski jego butów koło kamiennej ławeczki, na której siedziała zamordowana. Nawet nie musiałem krzyczeć.
I pomyśleć tylko – zadumała się Lizzi – że ten człowiek w rękach Georgette jest miękki jak wosk.
– Naprawdę były odciski jego butów koło ławeczki?
– Tak. Tylko my ich nie znaleźliśmy. Okazało się, że Aleksandra Hornsztyk, albo – jak ją wszyscy nazywają – Aleks, umówiła się z nim o północy przy małym basenie w ogrodzie za domem. Skończył grać, wyszedł do ogrodu, podążył w kierunku basenu i znalazł ją siedzącą na ławce, martwą. Przerażony, odwrócił się i uciekł z przyjęcia, nic nikomu nie mówiąc.
– To znaczy, że o dwunastej już nie żyła.
– Jeśli Danzig mówi prawdę.
– Zatrzymaliście go?
– Nie.
– Dlaczego?
– Bo nie.
– Gdzie i kiedy miała miejsce rozmowa, podczas której umówili się na spotkanie?
– Zadzwoniła do niego przed przyjęciem, około szóstej, i powiedziała, kiedy ma przyjść i jakie utwory zagrać.
– Wiedział, czy była wtedy sama?
– Tak sądzi. Wydaje mu się, że słyszał chlupot wody. Czasami dzwoniła do niego w trakcie kąpieli.
– Wczoraj od szóstej rano czekałam na montera, który miał mi zainstalować ogrzewacz wody, ale w końcu nie przyszedł – powiedziała Lizzi z goryczą. – Co z tego wszystkiego mogę opisać?
– Ani słowa.
– Tak myślałam. Jadę do redakcji zająć się artykułem o wystawie.
– Możesz napisać, że Filipinka została przesłuchana i zwolniona.
– Po tym, jak umieścił to „Dziennik Południa”? Dzięki, mój drogi. Sprawdziliście konto Aleks?
– Sprawdzamy.
– Dasz mi znać?
– Nie.
Lizzi zarzuciła torbę na ramię i wyszła bez słowa pożegnania. Nie miała wątpliwości, że Benci wyciągnie korzyści z tego, co mu opowiedziała. Ona natomiast może tylko siedzieć na tej tykającej bombie zegarowej i po prostu czekać.
– Dzwoniła Hawacelet. Poszła na jakiś kurs – poinformowała ją Malka z wysokości swojego stanowiska.
– Poprawa własnego wizerunku.
– Otóż to. Pytała, czy będziesz mogła posiedzieć z dziećmi.
– Muszę wysłać artykuł do redakcji. To mi zajmie niecałą godzinę. O której mam przyjść?
– Co to za kurs?
– Wierzyć w siebie. Mieć lepsze życie.
– Powiem jej, że nie mogłaś. Wyglądasz na zmęczoną, Lizzi.
Lizzi chciała zaprotestować, ale zmieniła zdanie. Wprawdzie już od tygodnia nie widziała swoich siostrzenic, lecz Malka miała rację: była zmęczona. Gdy wyszła na ulicę, zdziwiła się, że zapadł już zmierzch. Światło latarni odbijało się w kałużach po wczorajszym deszczu. Nawet jeśli bardzo się pospieszy, nie zdąży do sklepu przed zamknięciem. Przy odrobinie szczęścia dotrze do domu przed wiadomościami w telewizji. Ugotuje sobie zupę szparagową z torebki i pójdzie spać. Poczuła, że mimo wszystko, jak na dziennikarkę, która tak mało zarabia, pracuje całkiem ciężko.
Rozdział 14
Bruno Balfour, wspólnik Aleksandry Hornsztyk, był wysokim mężczyzną po czterdziestce, barczystym, o silnie zarysowanej szczęce i dużych zębach. Miał rudawą brodę i niewielkie oczy z pomarszczonymi powiekami. Odznaczał się dużym urokiem osobistym, lecz w tej chwili sprawiał wrażenie mocno wystraszonego. Odkąd „to” się zdarzyło, nie jest w stanie pracować. Nic nie rozumie. Zupełnie nic! Kto chciałby zabić Aleks?! Cały czas mu się wydaje, że ją widzi; widzi, jak wchodzi do pokoju, słyszy, jak rozmawia przez telefon. Jej twarz jest zamglona, tylko uśmiech zostaje, jak uśmiech Kota z Cheshire. Nie śpi od czterech nocy. Martwi się też o biuro. Nigdy nie zajmował się sprawami organizacyjnymi i teraz wszystko zwaliło mu się na głowę. Dzisiaj ktoś przyniósł rachunek za trzydzieści par drzwi przesuwnych, a on nie ma pojęcia, gdzie szukać zamówienia. Wczoraj był tu agent z zakładu produkującego klimatyzatory i zażądał zadatku – Bruno zapłacił, mimo że nie wie, czy temu człowiekowi cokolwiek się należało, czy też wykorzystał sytuację. Zarówno klienci, jak i dostawcy są zdenerwowani, i słusznie. On próbuje wszystkich uspokoić, ale sam nie jest w stanie się z tym uporać. Młodszy architekt, Jaron Bruchim, zaproponował, żeby księgowy sprawdził rachunki i wszystkim się zajął, dopóki nie znajdą jakiegoś rozwiązania. Jest jeszcze bardziej zagubiony od niego.
Jaron wcale nie wyglądał na zbyt zagubionego. Był bardzo ładnym chłopcem i Lizzi miała wątpliwości, czy mu to pomoże w karierze. Takich ładnych chłopców inni mężczyźni usuwają z pola bitwy za pomocą metodycznego dręczenia. Stał przy desce kreślarskiej, ubrany w fioletową koszulę, bez swetra czy kurtki, i sznurowane skórzane buty, które doskonale zdałyby egzamin w śniegach Alp. Średniego wzrostu, średniej budowy, o ustach rozpieszczonego dziecka i czarnych oczach, wpatrzonych w kawałek kalki na stole. Poczuł, iż Lizzi mu się przygląda, i podniósł głowę. Uśmiechnął się zdawkowo. Był przyzwyczajony do kobiecych spojrzeń.
– Czy ma pan prawo podpisywać czeki? – spytała Lizzi Balfoura.
– Oczywiście. Jestem wspólnikiem. Byliśmy wspólnikami. Aleks miała prawo podpisywać pierwsza, oczywiście. Nurit, nasza sekretarka, jest odpowiedzialna za małą kasę i też ma prawo wystawiać czeki, ale tylko na wydatki biurowe.
Bruno wymawiał miękko literę „r”, a spółgłoski językowe topniały mu w ustach.
– Pochodzi pan z Argentyny? – zapytała Lizzi.
– Nie. Z Turcji. Ale przyjechałem do Izraela, jak miałem cztery lata.
– A rodzice?
– Matka z Grecji, a ojciec z Galicji. Niebezpieczne połączenie. – Po raz pierwszy, odkąd weszła do biura, na jego ustach pojawił się uśmiech.
– Rozmawiałam wczoraj z panem Hornsztykiem i poinformowałam go, że tutaj przyjdę. Powiadomił pana?