Rozstaje zmierzchu
- Автор: Джордан Роберт
- Серия: Kolo czasu #10
- Год: 2004
- Язык: польский
- Переводчик: Ewa Wojtczak
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Rozstaje zmierzchu». Краткое содержание книги:
Mijała niewielu konnych, głównie Strażników, chociaż czasem przeszedł jakiś prowadzący konia stajenny. Mimo iż ze względu na głęboki po kostki rozmokły śnieg nie jechała zbyt szybko, nikt najwyraźniej nie rozpoznawał ani jej, ani wierzchowca. W przeciwieństwie do prawie pustych ulic, drewniane kładki — zaledwie kilka desek z surowego drewna przybitych do połączonych z sobą grubszych kłód — aż się nieznacznie uginały pod ciężarem przechodzących osób. Garstka mężczyzn wyróżniających się wśród strumieni kobiet niczym rodzynki w tanim ciastku przemieszczała się dwukrotnie szybciej niż reszta. Wykluczając Strażników, mężczyźni woleli jak najszybciej załatwić swoje interesy z Aes Sedai i odejść stąd jak najdalej. Niemal wszystkie kobiety zasłaniały twarze, z kapturów buchała para ich oddechów, Egwene jednak bez trudu odróżniała siostry od gości, czy ich płaszcze były proste, haftowane, czy też obszyte futrem. Przed Aes Sedai rozstępowały się tłumy. Tyle że tego zimnego późnego ranka niewiele sióstr chodziło po obozie. Większość siedziała w swoich wygodnych namiotach. Samotnie lub we dwie czy trzy czytały coś, pisały listy albo wypytywały przybyłe kobiety o nowe wiadomości. A później decydowały — zachować zdobyte informacje dla siebie czy może podzielić się nimi z resztą swej Ajah lub z innymi siostrami.
Ludzie uważali świat Aes Sedai za monolit, wspaniały, jednolity, wielki i solidny — tak w każdym razie postrzegano siostry, zanim powszechna stała się wiedza o obecnym rozłamie w Wieży. Tym niemniej nikt nigdy nie ukrywał, że poszczególne Ajah na co dzień trzymają się z dala od siebie i spotykają z sobą jedynie w Komnacie Wieży, a wszystkie siostry razem bardziej przypominają stowarzyszenie pustelniczek, które rzadko mówią jedna do drugiej — z wyjątkiem kilku najbliższych przyjaciółek — więcej niż trzy słowa ponad konieczne. Chyba że wraz z drugą siostrą biorą udział w jakimś projekcie. Egwene była pewna, że obojętnie jakie zmiany dokonają się w Wieży, to jedno nigdy się nie zmieni. Nie było sensu udawać, iż światek Aes Sedai jest absolutnie niezmienny, Amyrlin przyrównywała go raczej do wielkiej rzeki nieprzerwanie płynącej naprzód, głęboko skrywającej potężne prądy i zmieniającej kurs w tempie tak powolnym, że prawie niedostrzegalnym. Mówiąc obrazowo, Egwene pospiesznie zbudowała na tej rzece kilka tam, kierując strumień raz w jedną, raz w drugą stronę, „naginając” go do własnych celów, wiedziała jednak, że owe tamy są strukturami tymczasowymi i prowizorycznymi. Prędzej czy później, te głębokie prądy pokonają jej tamy. Mogła się tylko modlić, ażeby przetrwały wystarczająco długo. Modlić się, obserwować je i odpowiednio szybko podpierać w słabszych miejscach.
Bardzo sporadycznie w tłumie pojawiała się jedna z Przyjętych — kobieta z pasami w siedmiu kolorach widocznymi na kapturze białego płaszcza — najwięcej jednak Amyrlin widywała nowicjuszek w niczym nie upiększonych sukniach ze zwykłej, białej wełny. Tylko zresztą garść spośród przebywających w obozie dwudziestu jeden Przyjętych rzeczywiście posiadała pasiaste płaszcze, a suknie z kolorowymi lamówkami zachowywały na zajęcia, podczas których uczyły inne siostry. Wszystkie one jednak starały się wciąż przekonywać nowicjuszki do ciągłego noszenia białych strojów, nawet jeśli dana dziewczyna miała tylko jedną taką szatę. Przyjęte jawnie usiłowały się poruszać łabędzim krokiem — ślizgały się, naśladując Aes Sedai, a jednej czy drugiej udawało się iść prawie naturalnie, mimo nierównych desek pod stopami — nowicjuszki natomiast pędziły niemal tak prędko jak nieliczni tutejsi mężczyźni, gnając z różnych powodów lub spiesząc się na zajęcia, które odbywały w sześcio — lub siedmioosobowych grupach.
Aes Sedai nie miały tak wielu nowicjuszek do wyszkolenia od bardzo długiego czasu, przynajmniej od okresu Wojny z Trollokami, przed którą i samych Aes Sedai było znacznie więcej, toteż efektem znalezienia się w pobliżu tysiąca uczennic było kompletne zakłopotanie. W końcu Aes Sedai podzieliły nowicjuszki na grupy siostrzane, które nazwały „Familiami”. Nazwa nie istniała oficjalnie, pozostawała jednakże w użyciu, a Aes Sedai nadal psioczyły, że muszą przyjmować wszystkie kobiety, które o to poproszą. Teraz każda nowicjuszka wiedziała, gdzie i kiedy powinna przebywać, siostry natomiast mogły to sprawdzić. No i spadła ilość ucieczek, którymi zawsze kłopotały się Aes Sedai. Spośród tych wszystkich nowicjuszek nawet kilkaset może otrzymać prawo noszenia szala. Żadna siostra nie chciała stracić uczennic, w każdym razie nie wcześniej, niż zapadnie decyzja odesłania danej kobiety. Nowicjuszki nadal uciekały — na przykład, kiedy sobie uprzytomniły, że szkolenie jest trudniejsze, niż się spodziewały, a droga do szala Aes Sedai dłuższa, poza tym jednak Familie uprościły wszystko, ucieczka zaś wielu kobietom przestała się wydawać tak atrakcyjna, skoro miały tu wsparcie u pięciu czy sześciu — jak je nazywały — Krewnych.
Tuż przed dużym, kwadratowym namiotem, który służył jako Komnata Wieży, Egwene skierowała Daishara w boczną uliczkę. Alejka przed jasnobrązowym, płóciennym namiotem była pusta — do Komnaty nie zbliżał się nikt, kto nie miał w niej czegoś do załatwienia — tym niemniej mocno połatane boczne zasłony pozostawały zaciągnięte, dzięki czemu nie ujawniano szczegółów odbywających się w Komnacie spotkań, Amyrlin więc nie wiedziała, kto może za chwilę stamtąd wyjść. Każda Zasiadająca natychmiast rozpoznałaby Daishara, Egwene zaś niektórych Zasiadających pragnęła uniknąć bardziej niż innych. Nie miała ochoty spotkać na przykład Lelaine i Romandy, które buntowały się przeciwko jej władzy tak odruchowo, jak sprzeciwiały się jedna drugiej. Nie chciałaby się też zetknąć z żadną z tych sióstr, które wywołały temat negocjacji. Egwene nie wierzyła, że po prostu pragnęły poprawić sobie humory, w takim razie przecież nie musiałyby rozmawiać szeptem. Mimo to wolała pozostawać wobec nich uprzejma, niezależnie od tego, jak często żałowała, że nie może którejś z ich ukarać. Nikt nie mógł zarzucić Amyrlin braku grzeczności... Tak czy owak, wolała tych Zasiadających unikać.
Słabe, srebrzyste światło błysnęło nagle tuż przed nią, za wysoką, płócienną ścianą otaczającą jedno z dwóch obozowych miejsc Podróżowania, a w chwilę później rozchyliły się klapy namiotu i wyszły zeń dwie siostry. Dość umiejętności, ażeby samodzielnie utkać bramę, nie miała żadna z nich — ani Phaedrine, ani Shemari — lecz wspólnym wysiłkiem zapewne skonstruowały w powietrzu wystarczająco duży do przejścia otwór. Kobiety pochylały ku sobie głowy i wyraźnie pozostawały pogrążone w głębokiej rozmowie, choć Egwene zdziwiło własne spostrzeżenie, że obie właśnie zapinają płaszcze. Przejeżdżając obok nich i tak zresztą odwróciła wzrok. Obie Brązowe nauczały ją jeszcze tak niedawno temu, w jej nowicjacie, a Phaedrine nadal wydawała się zaskoczona, że Egwene została Zasiadającą na Tronie Amyrlin. Ta chuda jak czapla istota jawnie aż się paliła do pomocy Egwene w rządzeniu. Z kolei Shemari, kobieta energiczna, o kwadratowej szczęce i wyglądzie bardziej typowym raczej dla Zielonej niż dla bibliotekarki, zawsze zachowywała się absolutnie odpowiednio. Aż za bardzo... Jej głębokie ukłony, pasujące bardziej nowicjuszkom, niosły w sobie co najmniej sugestię szyderstwa, choć oblicze Brązowej pozostawało gładkie i łagodne. Wszyscy wiedzieli, że kłania się młodej Amyrlin, nawet gdy ją zobaczy w odległości stu kroków.