Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Każde martwe marzenie
Każde martwe marzenie - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Każde martwe marzenie

Электронная книга - «Każde martwe marzenie». Краткое содержание книги:

Każde martwe marzenie
1 ... 130 131 132 133 134 135 136 137 138 ... 210
Перейти на страницу:

Chrząk­nę­ła, żeby przy­cią­gnąć uwa­gę war­tow­ni­ka.

— Cze­kam na Kos­se­go Olu­we­ra, Uvie­go, Umne­re­sa i two­je­go do­wód­cę. Jak się zja­wią, nie wpusz­czaj ich od razu, tyl­ko naj­pierw mnie za­wia­dom.

— Wy­ko­nam, pani!

Przed go­dzi­ną przy­szły ko­lej­ne wie­ści, tym ra­zem nie ze sto­li­cy, lecz z Po­mwe i dla­te­go zwo­ła­ła wie­czor­ną na­ra­dę, cho­ciaż, do li­cha, naj­chęt­niej wal­nę­ła­by się do łóż­ka i za­snę­ła.

Wró­ci­ła do na­mio­tu, któ­ry wiel­ko­ścią do­rów­ny­wał bu­dyn­kom w jej ro­dzin­nej afra­agrze. Był na­wet, tak jak one, okrą­gły. Po­dzie­lo­no go na kil­ka­na­ście po­miesz­czeń, wśród któ­rych znaj­do­wa­ły się wiel­ki po­kój na­rad, ja­dal­nia, sy­pial­nia Pło­mie­nia Aga­ra i sy­pial­nie jej słu­żą­cych, a na­wet osob­na kuch­nia i gar­de­ro­ba. To Va­ra­la była od­po­wie­dzial­na za za­pew­nie­nie jej od­po­wied­nich do po­zy­cji wa­run­ków po­dró­ży, ale do­pie­ro na pierw­szym po­sto­ju De­ana zo­rien­to­wa­ła się, co była na­łoż­ni­ca ro­zu­mie przez po­ję­cie „od­po­wied­nie”. Jak­kol­wiek jed­nak pa­trzeć, na­miot ten świet­nie spraw­dzał się jako miej­sce spo­tkań wszyst­kich do­wód­ców ko­no­wer­skiej ar­mii, do któ­rych – oprócz af’ge­mi­dów pie­cho­ty i jaz­dy – za­li­czo­no tak­że Brim­gor­na Uvie­go, do­wo­dzą­ce­go sło­nia­mi bo­jo­wy­mi, oraz Umne­re­sa z Luwi, po­noć naj­po­tęż­niej­sze­go, a przy­naj­mniej cie­szą­ce­go się naj­więk­szym au­to­ry­te­tem, maga ognia w Ko­no­we­ryn.

Pierw­szy był milcz­kiem, co chy­ba wy­ni­ka­ło z tego, że wo­lał to­wa­rzy­stwo swo­ich sza­rych ol­brzy­mów niż lu­dzi, ale od trzy­dzie­stu lat brał udział w woj­nach i po­tycz­kach na grzbie­cie sło­nia i jego do­świad­cze­nie uwa­ża­no za bez­cen­ne. Dru­gi też wie­le nie mó­wił, choć ra­czej z po­wo­du wy­nio­sło­ści i dumy niż nie­śmia­ło­ści. Lecz, jak De­ana zdą­ży­ła się już prze­ko­nać, je­śli któ­ryś z nich otwie­rał usta, za­wsze od­zy­wał się z sen­sem, a ich rady war­te były prze­my­śle­nia.

Po­miesz­cze­nie, gdzie za­zwy­czaj trwa­ły na­ra­dy, mia­ło pra­wie osiem jar­dów śred­ni­cy. Za­zwy­czaj usta­wia­no w nim lek­ki stół, za­wa­lo­ny ma­pa­mi i mel­dun­ka­mi, jed­nak dzi­siej­sze wie­ści na­de­szły tak nie­spo­dzie­wa­nie i były tak waż­ne, że De­ana zwo­ła­ła po­śpiesz­ne ze­bra­nie bez żad­nych przy­go­to­wań, w celu omó­wie­nia dal­szych dzia­łań. A ra­czej w celu oznaj­mie­nia wszyst­kim swo­jej de­cy­zji, któ­ra mo­gła za­wa­żyć na po­li­tycz­nej i woj­sko­wej przy­szło­ści tej czę­ści księ­stwa.

— Pani, przy­szedł Brim­gorn Uvie oraz mistrz Umne­res.

— Niech wej­dą.

Pół tu­zi­na oliw­nych lamp da­wa­ło dość świa­tła, by mo­gła od razu za­uwa­żyć, że Brim­gorn, bla­do­skó­ry i ni­ski, mu­siał do­stać jej pil­ne we­zwa­nie w trak­cie wie­czor­ne­go go­le­nia gło­wy, bo wciąż miał reszt­ki my­dła za usza­mi. Za to czasz­ka błysz­cza­ła mu im­po­nu­ją­co, poza nie­do­go­lo­nym plac­kiem na czub­ku.

— Wa­sza do­stoj­ność. — Skło­nił się ni­sko.

Ni­g­dy nie na­zy­wał jej Pło­mie­niem Aga­ra ani żad­nym z in­nych na­pu­szo­nych ty­tu­łów, za co była mu wdzięcz­na. On sam pia­sto­wał sta­no­wi­sko Pierw­sze­go Kor­na­ka Wiel­kie­go i Nie­zwy­cię­żo­ne­go Bia­łe­go Ko­no­we­ryn i wy­raź­nie dał jej do zro­zu­mie­nia, że je­śli kie­dyś spró­bu­je zwró­cić się do nie­go w ten spo­sób, ni­g­dy wię­cej nie po­ja­wi się na żad­nej na­ra­dzie.

— Wi­taj, Brim­gorn. Wy­bacz, że prze­ry­wam ci za­słu­żo­ny od­po­czy­nek.

Mach­nął ręką, że nie war­to prze­pra­szać, sko­ro wzy­wa­ła, to zna­czy­ło, że ma ku temu waż­ny po­wód.

— Mi­strzu Umne­re­sie, znasz już, jak są­dzę, wie­ści z Po­mwe.

Cza­ro­dziej ski­nął gło­wą. W koń­cu to je­den z jego asy­sten­tów zaj­mo­wał się roz­szy­fro­wy­wa­niem wie­ści, któ­re przy­cho­dzi­ły z ob­lę­żo­ne­go mia­sta. De­ana nie pro­te­sto­wa­ła, bo nie mia­ła ocho­ty na wda­wa­nie się w wo­jen­kę o taki dro­biazg z na­czel­nym ma­giem swo­jej ar­mii. Poza tym ten wy­so­ki, dys­tyn­go­wa­ny męż­czy­zna z nie­na­gan­nie utrzy­ma­ną siwą bro­dą, roz­ta­cza­ją­cy na do­da­tek wo­kół aurę pew­no­ści sie­bie tak wy­raź­ną, że moż­na ją było kro­ić, draż­nił ją co­raz bar­dziej, wo­la­ła więc uni­kać sy­tu­acji, któ­re mo­gły­by za­mie­nić to roz­draż­nie­nie w otwar­tą nie­chęć. Po­trze­bo­wa­ła Umne­re­sa z Luwi, jego do­świad­cze­nia oraz mocy, któ­rą po­sia­dał.

— Mamy mało cza­su i mu­si­my jesz­cze dziś pod­jąć waż­ną de­cy­zję — oznaj­mi­ła. — A ja pra­gnę za­się­gnąć wa­szej rady.

Nie­ste­ty, Po­mwe nie było aż tak waż­ne, by tam­tej­sza fi­lia Bi­blio­te­ki mia­ła ma­gicz­ną łącz­ność z Bia­łym Ko­no­we­ryn. Nie było tam też żad­ne­go cza­ro­dzie­ja uzdol­nio­ne­go w aspek­tach po­zwa­la­ją­cych na­wią­zy­wać łącz­ność na duże od­le­gło­ści. Stu­le­cia do­mi­na­cji cza­rów wy­wo­dzą­cych się z aspek­tów Ścież­ki Ognia upo­śle­dzi­ły ko­no­wer­skich ma­gów.

Z tego, co De­ana wie­dzia­ła, Po­mwe wy­sy­ła­ło ra­por­ty do No­we­go Nu­ro­ta go­łę­bia­mi pocz­to­wy­mi. Na szczę­ście ar­mia Krwa­we­go Ka­hel­le nie mia­ła do­sta­tecz­nej licz­by łucz­ni­ków, so­kol­ni­ków czy cza­ro­dzie­jów, więc nie po­tra­fi­ła prze­chwy­ty­wać tych pta­ków. Nowy Nu­rot prze­ka­zy­wał wie­ści do jej wojsk nor­mal­nie, kon­ny­mi po­słań­ca­mi, a od­szy­fro­wy­wa­no je na miej­scu. Roz­ka­zy do Po­mwe od­sy­ła­no bez­po­śred­nio z obo­zu. Mie­li jesz­cze po­nad pięć­dzie­siąt go­łę­bi, któ­re mo­gły do­trzeć do ob­lę­żo­ne­go mia­sta.

Cza­ro­dziej chrząk­nął.

— Na kogo cze­ka­my, pani?

Pra­wie się żach­nę­ła na jego ton. Wpraw­dzie nie było w nim nic poza nie­na­gan­ną uprzej­mo­ścią, ale… Ta­kim to­nem sta­ran­nie tre­so­wa­ny w uprzej­mo­ści ary­sto­kra­ta zwra­ca się swo­je­go słu­gi. I nie­waż­ne, czy chwa­li go, czy każe za­chło­stać na śmierć. Ze wszyst­kich spo­so­bów, by oka­zać lu­dziom swo­ją wyż­szość, ten był chy­ba naj­bar­dziej iry­tu­ją­cy. No bo jak moż­na strze­lić w twarz ko­goś, kto tyl­ko za­da­je grzecz­ne py­ta­nie?

— Na na­szych af’ge­mi­dów — od­po­wie­dzia­ła.

— Kos­se Olu­wer i Wuar Sam­po­re, pani — za­mel­do­wał war­tow­nik.

— No pro­szę, cóż za wy­czu­cie cza­su. Wpro­wadź ich.

Obaj do­wód­cy byli w pi­ko­wa­nych prze­szy­wa­ni­cach za­kła­da­nych pod pan­ce­rze, ale poza szty­le­ta­mi nie mie­li żad­nej in­nej bro­ni. Naj­wy­raź­niej ode­rwa­ła ich od szy­ko­wa­nia się do snu.

— Pani.

— Pani.

Dwa iden­tycz­ne ukło­ny, dwa iden­tycz­ne po­wi­ta­nia. Spoj­rze­nie do­wód­cy Sło­wi­ków omio­tło jej po­stać nie­co dłu­żej, niż wy­pa­da­ło, ale nic poza tym. Wie­dzie­li, że je­śli we­zwa­ła ich na pil­ną na­ra­dę, mu­sia­ła mieć ku temu waż­ne po­wo­dy.

— Przy­szły naj­now­sze wie­ści z Po­mwe — za­czę­ła. — Naj­now­sze, to zna­czy z dzi­siej­sze­go przed­po­łu­dnia. W związ­ku z tym mam do was kil­ka py­tań. I po­trze­bu­ję rady.

1 ... 130 131 132 133 134 135 136 137 138 ... 210
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)