Każde martwe marzenie
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #5
- Год: 2018
- Язык: польский
- Год: Powergraph
- ISBN: 9788364384868
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Każde martwe marzenie». Краткое содержание книги:
Chrząknęła, żeby przyciągnąć uwagę wartownika.
— Czekam na Kossego Oluwera, Uviego, Umneresa i twojego dowódcę. Jak się zjawią, nie wpuszczaj ich od razu, tylko najpierw mnie zawiadom.
— Wykonam, pani!
Przed godziną przyszły kolejne wieści, tym razem nie ze stolicy, lecz z Pomwe i dlatego zwołała wieczorną naradę, chociaż, do licha, najchętniej walnęłaby się do łóżka i zasnęła.
Wróciła do namiotu, który wielkością dorównywał budynkom w jej rodzinnej afraagrze. Był nawet, tak jak one, okrągły. Podzielono go na kilkanaście pomieszczeń, wśród których znajdowały się wielki pokój narad, jadalnia, sypialnia Płomienia Agara i sypialnie jej służących, a nawet osobna kuchnia i garderoba. To Varala była odpowiedzialna za zapewnienie jej odpowiednich do pozycji warunków podróży, ale dopiero na pierwszym postoju Deana zorientowała się, co była nałożnica rozumie przez pojęcie „odpowiednie”. Jakkolwiek jednak patrzeć, namiot ten świetnie sprawdzał się jako miejsce spotkań wszystkich dowódców konowerskiej armii, do których – oprócz af’gemidów piechoty i jazdy – zaliczono także Brimgorna Uviego, dowodzącego słoniami bojowymi, oraz Umneresa z Luwi, ponoć najpotężniejszego, a przynajmniej cieszącego się największym autorytetem, maga ognia w Konoweryn.
Pierwszy był milczkiem, co chyba wynikało z tego, że wolał towarzystwo swoich szarych olbrzymów niż ludzi, ale od trzydziestu lat brał udział w wojnach i potyczkach na grzbiecie słonia i jego doświadczenie uważano za bezcenne. Drugi też wiele nie mówił, choć raczej z powodu wyniosłości i dumy niż nieśmiałości. Lecz, jak Deana zdążyła się już przekonać, jeśli któryś z nich otwierał usta, zawsze odzywał się z sensem, a ich rady warte były przemyślenia.
Pomieszczenie, gdzie zazwyczaj trwały narady, miało prawie osiem jardów średnicy. Zazwyczaj ustawiano w nim lekki stół, zawalony mapami i meldunkami, jednak dzisiejsze wieści nadeszły tak niespodziewanie i były tak ważne, że Deana zwołała pośpieszne zebranie bez żadnych przygotowań, w celu omówienia dalszych działań. A raczej w celu oznajmienia wszystkim swojej decyzji, która mogła zaważyć na politycznej i wojskowej przyszłości tej części księstwa.
— Pani, przyszedł Brimgorn Uvie oraz mistrz Umneres.
— Niech wejdą.
Pół tuzina oliwnych lamp dawało dość światła, by mogła od razu zauważyć, że Brimgorn, bladoskóry i niski, musiał dostać jej pilne wezwanie w trakcie wieczornego golenia głowy, bo wciąż miał resztki mydła za uszami. Za to czaszka błyszczała mu imponująco, poza niedogolonym plackiem na czubku.
— Wasza dostojność. — Skłonił się nisko.
Nigdy nie nazywał jej Płomieniem Agara ani żadnym z innych napuszonych tytułów, za co była mu wdzięczna. On sam piastował stanowisko Pierwszego Kornaka Wielkiego i Niezwyciężonego Białego Konoweryn i wyraźnie dał jej do zrozumienia, że jeśli kiedyś spróbuje zwrócić się do niego w ten sposób, nigdy więcej nie pojawi się na żadnej naradzie.
— Witaj, Brimgorn. Wybacz, że przerywam ci zasłużony odpoczynek.
Machnął ręką, że nie warto przepraszać, skoro wzywała, to znaczyło, że ma ku temu ważny powód.
— Mistrzu Umneresie, znasz już, jak sądzę, wieści z Pomwe.
Czarodziej skinął głową. W końcu to jeden z jego asystentów zajmował się rozszyfrowywaniem wieści, które przychodziły z oblężonego miasta. Deana nie protestowała, bo nie miała ochoty na wdawanie się w wojenkę o taki drobiazg z naczelnym magiem swojej armii. Poza tym ten wysoki, dystyngowany mężczyzna z nienagannie utrzymaną siwą brodą, roztaczający na dodatek wokół aurę pewności siebie tak wyraźną, że można ją było kroić, drażnił ją coraz bardziej, wolała więc unikać sytuacji, które mogłyby zamienić to rozdrażnienie w otwartą niechęć. Potrzebowała Umneresa z Luwi, jego doświadczenia oraz mocy, którą posiadał.
— Mamy mało czasu i musimy jeszcze dziś podjąć ważną decyzję — oznajmiła. — A ja pragnę zasięgnąć waszej rady.
Niestety, Pomwe nie było aż tak ważne, by tamtejsza filia Biblioteki miała magiczną łączność z Białym Konoweryn. Nie było tam też żadnego czarodzieja uzdolnionego w aspektach pozwalających nawiązywać łączność na duże odległości. Stulecia dominacji czarów wywodzących się z aspektów Ścieżki Ognia upośledziły konowerskich magów.
Z tego, co Deana wiedziała, Pomwe wysyłało raporty do Nowego Nurota gołębiami pocztowymi. Na szczęście armia Krwawego Kahelle nie miała dostatecznej liczby łuczników, sokolników czy czarodziejów, więc nie potrafiła przechwytywać tych ptaków. Nowy Nurot przekazywał wieści do jej wojsk normalnie, konnymi posłańcami, a odszyfrowywano je na miejscu. Rozkazy do Pomwe odsyłano bezpośrednio z obozu. Mieli jeszcze ponad pięćdziesiąt gołębi, które mogły dotrzeć do oblężonego miasta.
Czarodziej chrząknął.
— Na kogo czekamy, pani?
Prawie się żachnęła na jego ton. Wprawdzie nie było w nim nic poza nienaganną uprzejmością, ale… Takim tonem starannie tresowany w uprzejmości arystokrata zwraca się swojego sługi. I nieważne, czy chwali go, czy każe zachłostać na śmierć. Ze wszystkich sposobów, by okazać ludziom swoją wyższość, ten był chyba najbardziej irytujący. No bo jak można strzelić w twarz kogoś, kto tylko zadaje grzeczne pytanie?
— Na naszych af’gemidów — odpowiedziała.
— Kosse Oluwer i Wuar Sampore, pani — zameldował wartownik.
— No proszę, cóż za wyczucie czasu. Wprowadź ich.
Obaj dowódcy byli w pikowanych przeszywanicach zakładanych pod pancerze, ale poza sztyletami nie mieli żadnej innej broni. Najwyraźniej oderwała ich od szykowania się do snu.
— Pani.
— Pani.
Dwa identyczne ukłony, dwa identyczne powitania. Spojrzenie dowódcy Słowików omiotło jej postać nieco dłużej, niż wypadało, ale nic poza tym. Wiedzieli, że jeśli wezwała ich na pilną naradę, musiała mieć ku temu ważne powody.
— Przyszły najnowsze wieści z Pomwe — zaczęła. — Najnowsze, to znaczy z dzisiejszego przedpołudnia. W związku z tym mam do was kilka pytań. I potrzebuję rady.