Trzej muszkieterowie
- Автор: Дюма Александр
- Год: 1993
- Язык: польский
- Год: Wydawnictwo “Krąg”
- ISBN: 83-85208-13-5
- Переводчик: Joanna Guze
- Жанр: Исторические приключения
Электронная книга - «Trzej muszkieterowie». Краткое содержание книги:
Milady śpiewała:
Ta zwrotka, w którą straszliwa czarodziejka włożyła całą duszę, dokończyła dzieła zniszczenia w sercu młodego oficera; otworzył gwałtownie drzwi i Milady ujrzała go bladego jak zwykle, ale z płonącymi i nieprzytomnymi niemal oczami.
— Dlaczego pani tak śpiewa i takim głosem? — rzekł.
— Przepraszam — powiedziała Milady ze słodyczą — zapomniałam, że mój śpiew jest niestosowny w tym domu. Być może, zraniłam pańskie uczucia religijne; ale nie chciałam tego, przysięgam, zechciej mi więc przebaczyć winę, wielką może, lecz nie zamierzoną.
Milady była tak piękna w tej chwili, ekstaza religijna, w której zdawała się być pogrążona, nadawała taki wyraz jej twarzy, że olśniony Felton uwierzył, iż widzi przed sobą anioła, którego przed chwilą jedynie słyszał.
— Tak, tak — odpowiedział — tak; siejesz pani niepokój i zamęt wśród ludzi mieszkających w tym zamku.
Biedny szaleniec nie zdawał sobie nawet sprawy z bezsensowności swych słów. Milady zatopiła bystre spojrzenie w głębi jego serca.
— Nie będę już śpiewać — rzekła najsłodszym tonem, opuszczając oczy z wyrazem całkowitej rezygnacji.
— Nie, nie, pani — odpowiedział Felton — śpiewaj, tylko nie tak głośno, zwłaszcza nocą.
Po tych słowach, czując, że nie potrafi zachować długo surowości wobec uwięzionej, wyszedł z pokoju.
— Dobrze pan zrobił, panie poruczniku — rzekł żołnierz stojący na warcie — jej śpiewy zakłócają spokój duszy, a przecież człowiek się przyzwyczaja: ma taki piękny głos!
Rozdział XXIV
TRZECI DZIEŃ NIEWOLI
Felton przyszedł, ale trzeba teraz zrobić jeszcze jeden krok: trzeba go zatrzymać lub sprawić, by sam został; Milady nie wiedziała jeszcze na razie, jak ma to zrobić.
Co więcej, trzeba go skłonić do mówienia, mówić do niego; Milady wiedziała bowiem dobrze, że jej największym czarem był głos o tak świetnej skali, że obejmował ogromną gamę tonów, od mowy ludzkiej do dźwięków anielskich.
A jednak, mimo tych wszystkich ponęt, Milady mogła ponieść porażkę. Feston był bowiem uprzedzony, i to przeciw wszystkim możliwym przypadkom. Toteż zaczęła zwracać baczną uwagę na wszystko, co czyni, na każde jego słowo, na każde spojrzenie, nawet na oddech, który można było wziąć za westchnienie. Przestudiowała wszystko jak świetny aktor, któremu dano nową rolę w obcym dla niego rodzaju.
Sprawa z lordem Winterem była łatwiejsza; postanowiła zachowywać się tak, jak dnia poprzedniego, być w jego obecności milcząca i godna, od czasu do czasu drażnić go przesadną pogardą, obraźliwym słowem, popychać do gróźb i gwałtów kontrastujących z jej własną rezygnacją. Felton to zobaczy; może nic nie powie; ale zobaczy.
Z rana Felton przyszedł jak zwykle; przy przygotowaniach do posiłku Milady nie powiedziała jednak ani słowa. Ale w chwili gdy miał odejść, poczuła iskrę nadziei; zdawało jej się, że przemówi, wargi jego poruszyły się, ale żaden dźwięk nie wyszedł z ust; czyniąc wysiłek nad sobą, zamknął w sercu słowa, które miały być wypowiedziane, i wyszedł.
Około południa zjawił się lord Winter.
Był piękny dzień zimowy, promień bladego angielskiego słońca, które świeci, ale nie grzeje, przenikał przez kraty więzienia.
Milady spoglądała przez okno i udała, że nie słyszy otwierania drzwi.
— Ho, ho — rzekł lord Winter — po komedii i tragedii próbujemy melancholii.
Uwięziona nie odpowiadała.
— Tak, tak — ciągnął lord Winter — rozumiem; chciałabyś teraz być wolna na tym wybrzeżu; chciałabyś wsiąść na statek prujący fale zielonego jak szmaragd morza; chciałabyś, na lądzie czy na morzu, zastawić na mnie chytrą pułapkę, jedną z tych, które obmyślasz tak udatnie. Cierpliwości! Cierpliwości! Za cztery dni zejdziesz na wybrzeże i znajdziesz się na otwartym morzu, bardziej otwartym nawet, niżbyś pragnęła, albowiem za cztery dni Anglia będzie od ciebie wolna.
Milady złożyła ręce i podnosząc piękne oczy ku niebu rzekła z anielską łagodnością w geście i tonie:
— Boże, Boże, wybacz temu człowiekowi, jako i ja mu wybaczam.
— Tak, módl się, przeklęta — zawołał baron — twoja modlitwa jest tym bardziej wielkoduszna, że znalazłaś się we władzy człowieka, który ci nie wybaczy, przysięgam.
I wyszedł.
W chwili gdy wychodził, przez półuchylone drzwi dostrzegła przenikliwe spojrzenie Feltona, który usunął się, by nie być widzianym.
Wówczas rzuciła się na kolana i zaczęła się modlić.
— Mój Boże, mój Boże! — rzekła — wiesz, dla jak świętej sprawy cierpię, daj mi siły, bym zniosła moje cierpienie.
Drzwi otworzyły się lekko. Piękna pobożnisia udała, że tego nie słyszy, i głosem pełnym łez mówiła dalej:
— Boże zemsty! Miłosierny Boże! Czy pozwolisz, by wypełniły się straszliwe zamysły tego człowieka!
Wówczas dopiero udała, że słyszy odgłos kroków Feltona, zerwała się szybka niby myśl i twarz jej okrył rumieniec, jakby zawstydziła się, że zastano ją na kolanach.
— Nie lubię przeszkadzać w modlitwie, pani — rzekł poważnie Felton — zechciej więc nie zwracać na mnie uwagi, proszę.
— Skąd pan wie, że się modliłam? — rzekła Milady głosem zduszonym od łkań — mylisz się, nie modliłam się.
— Czy myślisz, pani — odparł Felton z tą samą powagą, choć bardziej łagodnie — że mniemam, jakobym miał prawo przeszkadzać człowiekowi paść na twarz przed swym Stwórcą? Niechże Bóg uchowa! Zresztą winowajcy przystoi skrucha; jakąkolwiek popełnił zbrodnię, jest dla mnie święty u stóp Boga.
— Ja winna? — rzekła Milady z uśmiechem, który rozbroiłby anioła na Sądzie Ostatecznym. — Winna! Mój Boże, ty wiesz, czy jestem winna! Powiedz, że jestem skazana, panie, i owszem; ale wiesz przecie, Bóg kocha męczenników i pozwala skazywać czasem niewinnych.
— Czy jesteś skazana, czy męczennica — odparł Felton — jeszcze jeden powód, by się modlić, i ja sam będę się modlił za panią.
— Och, pan jest sprawiedliwy — zawołała Milady padając mu do nóg — nie mogę już dłużej, obawiam się, że stracę siły w chwili, kiedy trzeba mi będzie podjąć walkę i wyznać swą wiarę; wysłuchaj tedy błagania zrozpaczonej kobiety. Oszukują cię, panie, ale nie o to chodzi, proszę cię o jedną tylko łaskę i jeśli mi jej udzielisz, będę cię błogosławić na tym i na tamtym świecie.
— Zwróć się, pani, do milorda — rzekł Felton — na szczęście nie moją rzeczą jest wybaczać i karać, tę odpowiedzialność Bóg złożył w ręce kogoś, kto jest nade mną.
— Nie, do ciebie, tylko do ciebie. Wysłuchaj mnie zamiast wziąć udział w mej zgubie, zamiast przyczynić się do mej hańby.
— Jeśli zasłużyłaś na ten wstyd, na hańbę, pani, trzeba się poddać i ofiarować ją Bogu.
— Co powiadasz? Och, pan mnie nie rozumie! Myślisz, że mówiąc o hańbie, mówię o karze, o więzieniu lub śmierci? Boże wielki, cóż znaczy dla mnie więzienie lub śmierć!
— Teraz cię nie rozumiem, pani.
— Lub udajesz, że mnie nie rozumiesz, panie — odparła uwięziona z uśmiechem powątpiewania.
— Nie, na honor żołnierza, na mą chrześcijańską wiarę!