Trzej muszkieterowie
- Автор: Дюма Александр
- Год: 1993
- Язык: польский
- Год: Wydawnictwo “Krąg”
- ISBN: 83-85208-13-5
- Переводчик: Joanna Guze
- Жанр: Исторические приключения
Электронная книга - «Trzej muszkieterowie». Краткое содержание книги:
Doznała nagłego natchnienia, jakie jest udziałem ludzi genialnych w chwilach wielkich i rozstrzygających o ich losie lub życiu.
Te dwa słowa: wasza msza i rzut ona na Feltona pozwoliły Milady zrozumieć, jak wielkie znaczenie będzie miała odpowiedź.
Jej umysł pracował ze zwykłą szybkością i odpowiedź sama przyszła na usta:
— Ja! — rzekła z akcentem pogardy, który harmonizował znakomicie z tonem młodego oficera — ja, panie, moja msza! Lord Winter, zepsuty katolik, wie dobrze, że nie wyznaję tej religii co on, to tylko pułapka, którą chce na mnie zastawić.
— A jaką religię wyznajesz zatem, pani? — zapytał Felton ze zdziwieniem, którego nie potrafił całkowicie ukryć, choć tak umiał panować nad sobą.
— Powiem to wówczas — rzekła Milady z udaną egzaltacją — kiedy wycierpię dość dla mej wiary.
Spojrzenie Feltona dowiodło Milady, jak wiele zyskała dzięki tym słowom.
Jednakże oficer stał w milczeniu, nieruchomy; tylko jego spojrzenie mówiło.
— Jestem w rękach mych wrogów — ciągnęła z entuzjazmem, tak częstym u purytanów — niech zatem mój Bóg mnie wybawi albo niechaj zginę dla mego Boga! Oto moja odpowiedź, którą zechciej pan powtórzyć lordowi Winter. Jeśli zaś idzie o tę książkę — dodała wskazując modlitewnik końcem palca, nie dotykając go wszakże, jakby nie chciała się skalać tym dotknięciem — możesz ją pan zabrać i sam się nim posługiwać, niewątpliwie bowiem jesteś wspólnikiem lorda Wintera, wspólnikiem w prześladowaniu i wspólnikiem w herezji.
Felton nic nie odpowiedział, wziął książkę z tym samym obrzydzeniem z jakim ją przyniósł i wyszedł zamyślony.
Lord Winter zjawił się około piątej po południu; Milady miała dość czasu przez cały dzień, by ułożyć sobie plan działania: przyjęła go jak kobieta, która znów odzyskała swe wszystkie przewagi.
— Zdaje się — rzekł baron siadając na fotelu naprzeciw Milady i niedbale wyciągając nogi przed kominkiem — zdaje się, że popełniliśmy małą apostazję?
— Co chcesz pan powiedzieć?
— Powiadam, że od naszego ostatniego spotkania zmieniliśmy religię; czyżbyś przypadkiem wyszła po raz trzeci za mąż za protestanta?
— Zechciej mówić jaśniej, milordzie — rzekła uwięziona z godnością. — Oświadczam ci bowiem, że słyszę twe słowa, ale ich nie rozumiem.
— W takim razie nie masz żadnej religii, ale to lepiej — ciągnął kpiąco lord Winter.
— Oczywiście, to odpowiadałoby twym zasadom — odparła chłodno Milady.
— Wyznam, że jest mi to doskonale obojętne.
— O, wierzę, że religia nic cię nie obchodzi, milordzie, dowodem twoja rozpusta i grzechy.
— Co, ty mówisz o rozpuście, ty, Mesalina, ty, lady Makbet! Albo źle usłyszałem, albo jesteś nader bezczelna.
— Mówisz tak dlatego, panie, ponieważ wiesz, że nas słuchają — powiedziała zimno Milady — i chcesz, by twoi strażnicy i kaci byli przeciwko mnie.
— Moi strażnicy! Moi kaci! No, no, zaczynasz z poetycznego tonu, wczorajsza komedia zamienia się dziś w tragedię. Zresztą za osiem dni będziesz tam, gdzie powinnaś być, i moje zadanie będzie skończone.
— Zadanie bezecne; zadanie bezbożne! — rzekła Milady z egzaltacją ofiary, która wyzywa sędziego.
— Na honor — rzekł lord Winter wstając — zdaje się, że ta łajdaczka oszalała. Nuże, uspokój się, pani purytanko, albo wtrącę cię do lochu. Moje wino hiszpańskie uderza ci do głowy, hę? Ale bądź spokojna, to zamroczenie nie jest niebezpieczne i nie będzie miało następstw.
I lord Winter wyszedł klnąc, co w tych czasach było u szlachty w zwyczaju.
Felton istotnie stał pod drzwiami i nie uronił słowa z tej rozmowy.
Milady poszła właściwą drogą.
— Tak, tak! — rzekła za odchodzącym bratem — następstwa się zbliżają, ale ty, głupcze, zobaczysz je dopiero wówczas, kiedy będzie już za późno, by im zapobiec.
Zapadła cisza, dwie godziny minęły; przyniesiono wieczerzę, gdy Milady była pogrążona w głośnej modlitwie (modlitwy tej nauczyła się od starego sługi swego drugiego męża, surowego purytanina). Zdawało się, że jest w ekstazie i nie zwraca uwagi, co się dzieje dokoła niej. Felton dał znak, by jej nie przeszkadzać, i kiedy wszystko było zrobione, wyszedł bez hałasu wraz z żołnierzem.
Milady wiedziała, że mogą ją śledzić, zmówiła więc modlitwę do końca; zdawało jej się, że żołnierz stojący na warcie przy drzwiach nie chodzi już, lecz słucha.
Na razie nie mogła pragnąć więcej; wstała, siadła do stołu, ale jadła mało i piła tylko wodę.
W godzinę potem zabrano stół, ale Milady zauważyła, że tym razem Felton nie towarzyszył żołnierzom.
Obawiał się więc widywać ją zbyt często.
Odwróciła się do ściany, by skryć uśmiech, w uśmiechu tym bowiem było tyle triumfu, że to jedno mogłoby ją zdradzić.
Poczekała jeszcze pół godziny, a kiedy w starym zamku zapanowała zupełna cisza i słychać było tylko wieczny szum fal, ten potężny oddech oceanu, głosem czystym, melodyjnym i wibrującym zaczęła pierwszą strofę ulubionego psalmu purytanów:
Nie były to najświetniejsze wiersze, przeciwnie, wiele im do tego brakowało, ale jak wiadomo, purytanie nie mieli wielkich ambicji poetyckich.
Milady nasłuchiwała śpiewając: żołnierz stojący na warcie przy jej drzwiach zatrzymał się, jakby wrósł w ziemię. Milady mogła ocenić wrażenie, jakie wywarła.
Śpiewała więc dalej z żarem i wielkim uczuciem; wydawało jej się, że dźwięki biegną daleko pod sklepieniami i niby czar działają na serca strażników. Jednakże żołnierz stojący na warcie, zapewne gorliwy katolik, otrząsnął się i powiedział przez drzwi:
— Niech pani umilknie wreszcie, pani śpiew jest smutny jak De profundis; tego już nadto, by pełniąc służbę tutaj słuchać podobnych pieśni.
— Spokój! — rzekł poważny głos i Milady poznała głos Feltona — nie wtrącaj się do nie swoich spraw, nicponiu! Czy zakazano tej kobiecie śpiewać? Kazano ci jej pilnować, strzelać, gdyby próbowała ucieczki. Pilnuj jej zatem; zabij, jeśli będzie uciekać, zabij, ale nie zmieniaj rozkazów.
Wyraz niewypowiedzianej radości pojawił się na twarzy Milady, ale ten wyraz znikł szybko niby odblask błyskawicy; zaczęła śpiewać znowu, jak gdyby nie słyszała dialogu, z którego nie straciła przecie ani słowa, nadając swemu głosowi cały urok, głębię i uwodzicielski czar, jakim obdarzył ją szatan:
Ten głos, szeroko płynący, namiętny i pełen patosu, dodawał surowej i prostej poezji tych psalmów czaru i wyrazu, które najbardziej egzaltowani purytanie rzadko odnajdywali w strofach swych braci, toteż musieli uciekać się do pomocy własnej wyobraźni. Feltonowi zdawało się, że słyszy anioła pocieszającego trzech Hebrajczyków w piekle.