Dzieci Boga [Children of God - pl]
- Автор: Расселл Мэри Дория
- Год: 2000
- Язык: польский
- Год: Zysk i S-ka
- ISBN: 83-7150-596-5
- Переводчик: Andrzej Polkowski
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Dzieci Boga [Children of God - pl]». Краткое содержание книги:
— A Suukmel wciąż żyje? — zapytał Emilio, wiedząc, że będzie to pierwsze pytanie Rukueiego.
— Tak — odrzekł Patras. — A przynajmniej żyła cztery lata temu.
— A muzyka? Na Rakhacie?
— Trwają dyskusje na temat dołączenia do niej słów. Sądzę, że to było nieuniknione.
— Czy ktoś pytał Izaaka, co o tym myśli?
— Tak. Odpowiedział: „To problem Rukueiego”. Izaak studiuje teraz zasoby biblioteki zawierające dane o południowoamerykańskich nicieniach — powiedział sucho Patras. — Nikt nie ma pojęcia dlaczego.
Sandoz zadał mu jeszcze wiele pytań, otrzymał wyczerpujące odpowiedzi i uznał, że wszystko jest pod należytą kontrolą.
— Dziękuję — powiedział Patras, kiedy Sandoz wyraził mu swoje uznanie. Prawdę mówiąc, doprowadzenie tych wszystkich raportów i wiadomości do porządku kosztowało go wiele nie przespanych nocy. — A teraz pokażę pokoje przygotowane dla pana Kitheriego. — Poprowadził go pierścieniowatym korytarzem w dół. — Kiedy pan trochę odpocznie, matka generał pragnie z panem pomówić…
— Słucham? — zapytał Sandoz, zatrzymując się raptownie. — Matka generał? — Parsknął śmiechem. — Czy to dowcip?
Patras, już parę kroków niżej, odwrócił się i uniósł pytająco brwi. Sandoz wytrzeszczył na niego oczy, całkowicie zbity z tropu.
— No cóż, prawdę mówiąc, to rzeczywiście żart — powiedział Patras, uradowany, kiedy Sandoz wybuchnął śmiechem.
— To nieładnie robić sobie żarty ze starych ludzi — złajał go Emilio, udając powagę, kiedy ruszyli dalej. — Jak długo ojciec czekał, żeby wypowiedzieć to zdanie?
— Piętnaście lat. Zrobiłem doktorat na Uniwersytecie Ganesha Mana Singha… z historii misji, ze szczególnym uwzględnieniem Rakhatu.
Przez następne kilka godzin skupili się na procesie wprowadzenia Rukueiego w nowe otoczenie i zapoznania go z nowymi towarzyszami. W natłoku bieżących obowiązków Sandoz odłożył na bok sprawy osobiste, ale pod koniec tego pierwszego długiego dnia powiedział do Patrasa Yalambera Tamanga:
— Była pewna kobieta…
Zabrano się do przeszukiwania baz danych. Najwidoczniej wyszła powtórnie za mąż, zmieniła nazwisko i unikała rozgłosu, wiodąc życie, na jakie pozwala bogactwo i do jakiego zmusza poczucie winy. Odnalezienie aktualnych danych o niej okazało się niemożliwe.
— Bardzo mi przykro — powiedział mu Patras kilka tygodni później. — Ta kobieta zmarła w ubiegłym roku.
Ariana Fiore lubiła Święto Zmarłych. Lubiła ten cmentarz, uporządkowany i prosty, jego żwirowane ścieżki między rzędami ścian kryjących nisze pogrzebowe — wyspa spokoju i piękna pośród zgiełku Neapolu. Same krypty, po sześć jedna nad drugą, były zawsze pierwszego listopada wyczyszczone, złote w jesiennym słońcu lub połyskujące w srebrzystym deszczu. Ariana była archeologiem przyzwyczajonym do obecności zmarłych i delektowała się tym porządkiem, wdychając z przyjemnością woń chryzantem zmieszaną z piżmem opadłych liści.
Niektóre z nisz były bardzo proste: polerowana mosiężna plakietka z nazwiskiem i datami, z małym światełkiem, które płonęło przez jakiś czas po pogrzebie. Dumni i bogaci często dodawali mały ekran, który można było aktywizować dotknięciem. Ariana miała wielką ochotę chodzić od krypty do krypty, poznając ich mieszkańców i wysłuchując opowieści o ich życiu, ale oparła się impulsowi.
Wokół niej rozlegały się ciche głosy i chrzęst kroków po żwirowanych ścieżkach. Poveretto, słyszała raz po raz, kiedy odwiedzający wzdychali i wkładali kwiaty do małych kamiennych waz. W ciszy rozpamiętywano dawne sentymenty, urazy, zobowiązania, a potem zapominano o nich na jeszcze jeden rok. Dorośli plotkowali, dzieci były trochę wystraszone. Była w tym atmosfera jakiegoś okazjonalnego formalizmu, która fascynowała Arianę; cmentarz nie był sceną aktywnego żalu.
Chyba dlatego zwróciła uwagę na mężczyznę siedzącego na ławeczce przed kryptą Giny. Na dłoniach, złożonych na podołku, miał rękawiczki. Samotny pośród tłumu odwiedzających groby w ten zimny i słoneczny dzień, mężczyzna płakał: łzy spływały mu po nieruchomej twarzy.
Idąc na cmentarz, nie miała zamiaru narzucać się temu obcemu człowiekowi, nie wiedziała nawet, czy go dziś tutaj spotka. Pierwsze miesiące po kwarantannie były prawdziwym cyrkiem: wpadł w wir publicznego zainteresowania i prywatnych przyjęć. Ariana czekała długo, ale była cierpliwa z natury. I oto był.
— Padre? — zagadnęła cichym, ale pewnym głosem.
Samotny w swoim smutku, ledwo na nią spojrzał.
— Nie jestem księdzem, madame — powiedział na tyle sucho, na ile zdołał, płacząc — i nie jestem niczyim ojcem.
— A więc proszę spojrzeć jeszcze raz.
Zrobił to i zobaczył ciemnowłosą kobietę z wózkiem dziecinnym; jej synek był jeszcze taki mały, że spał z podkurczonymi nogami jak w łonie matki. Emilio w milczeniu przyglądał się jej twarzy — amalgamat Starego i Nowego Świata, żywego i umarłego. Roześmiał się, zaszlochał i ponownie roześmiał, zdumiony.
— Masz uśmiech swojej matki — powiedział w końcu, a ona uśmiechnęła się jeszcze szerzej. — I mój nos, niestety. Przykro mi z tego powodu.
— Lubię swój nos! — krzyknęła z oburzeniem… — I mam też twoje oczy. Mama zawsze mi mówiła, kiedy się złościłam: Masz oczy swojego ojca!
Znowu się roześmiał, nie bardzo wiedząc, co o tym myśleć.
— Często się złościłaś?
— Nie. Chyba nie. Ale miewam złe nastroje. — Wyprostowała się i oznajmiła: — Jestem Ariana Fiore. Mam przyjemność z panem Emiliem Sandozem, prawda?
Teraz śmiał się już szczerze, zapomniawszy o łzach.
— Nie mogę uwierzyć! — powiedział, kręcąc głową. — Nie mogę w to uwierzyć! — Rozejrzał się, kompletnie zbity z tropu, a potem przesunął się na ławce i powiedział: — Usiądź, proszę. Często tu przychodzisz? Wiesz co? To brzmi tak, jakbym cię podrywał w jakimś barze! Czy nadal są bary?
Rozmawiali i rozmawiali, a popołudniowe słońce złociło im twarze. Ariana opowiedziała mu pokrótce, co wydarzyło się podczas jego nieobecności.
— Celestina jest teraz głównym scenografem w Teatro San Carlo. Miała już czterech mężów…
— Czterech? O mój Boże! — zawołał, wytrzeszczając oczy. — Nigdy jej nie przyszło do głowy, że nie trzeba od razu kupować, można wypożyczyć?
— Dokładnie to samo jej powiedziałam! — krzyknęła Ariana, czując się tak, jakby znała go od urodzenia. — Mówiąc szczerze, to myślę, że…
— Rzuca ich, zanim oni porzucają — dokończył za nią.
Skrzywiła się, ale po chwili wyznała:
— Szczerze mówiąc… ona po prostu uwielbia odgrywać główną rolę! Założę się, że wciąż wychodzi za mąż, bo lubi śluby. Powinieneś zobaczyć te przyjęcia weselne! I chyba wkrótce zobaczysz, bo jest teraz na tournće, a to zwykle oznacza złe wiadomości dla jej obecnego męża. Kiedy ja wychodziłam za Giampola, na ślubie było tylko pięcioro przyjaciół i urzędnik magistratu… ale za to urządziliśmy sobie ekstraprzyjęcie na dziesiątą rocznicę ślubu w zeszłym roku!