Dzieci Boga [Children of God - pl]
- Автор: Расселл Мэри Дория
- Год: 2000
- Язык: польский
- Год: Zysk i S-ka
- ISBN: 83-7150-596-5
- Переводчик: Andrzej Polkowski
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Dzieci Boga [Children of God - pl]». Краткое содержание книги:
— Widzę to jako terytorium politycznie niezależne — powiedział Danny. — Jana’atowie już są tutaj odizolowani… wystarczy, by rząd z południa sformalizował tę sytuację! Suukmel uważa, że byłoby to całkiem dobre rozwiązanie. Przekonała Shetriego, a teraz poszły przekonywać Athaansiego.
Kim, do cholery, jest ten Athaansi?, zastanawiał się mętnie Sandoz. Zdawał sobie sprawę, że wygląda okropnie, ale w końcu zawsze wyglądał okropnie, więc nikt już nie przywiązuje do tego wagi.
— Rozmawialiście o tym z Sofią?
— Oczywiście! — odpowiedział John, z którego wciąż tryskała radość. — Rozmawialiśmy z nią parę dni temu. Chyba nie myślisz, że siedzieliśmy tu bezczynnie, ssąc sobie kciuki, kiedy ciebie nie było…
— Powiedziała, że nagłośni ten pomysł — powiedział Danny — ale decyzję i tak podejmie parlament Runów w Gayjurze. To zajmie trochę czasu, ale…
— Teraz mamy inny problem — przerwał mu Joseba. — VaN’Jarri muszą się jakoś dowiedzieć, że wojsko się wycofuje i że mogą tu bezpiecznie wrócić. Trzeba było ustalić jakiś sygnał umowny, ale nikt o tym nie pomyślał.
Pojawił się Nico z dwoma talerzami jedzenia z wahadłowca.
— Don Emilio — powiedział cicho — myślę, że powinieneś usiąść. Jesteś głodny?
Sandoz potrząsnął głową, ale usiadł na stołku.
—…chcemy odbudować ich liczebność, to musimy zapewnić im żywność — mówił Joseba — i to dużo, ale te równiny są fabryką mięsa, a być może Runowie będą chcieli dostarczać dziczyznę w zamian za kawę lub coś innego. Możemy też znaleźć jakieś zwierzęta nadające się do udomowienia. — Nawet nie zauważył, że zaczął używać formy „my”. — Jana’towie uważają, że można wyhodować kha’ani, które będą składać jajka przez cały rok…
— A zanim to się stanie — wpadł mu w słowo John — możemy polować i przynosić coś większego…
— Mogę pomóc w polowaniach — powiedział Nico, nie bardzo rozumiejąc, o czym się dyskutuje, ale zadowolony, że teraz, kiedy Carlo ich porzucił, może służyć don Emiliowi i księżom.
— Ach, jestem tego pewny, Nico — powiedział Sean — ale ty i Sandoz wracacie na Ziemię.
Nico otworzył usta i czekał na wyjaśnienia. Sandoz spojrzał ostro na Seana, a potem wstał i odszedł kilka kroków. Kiedy się odwrócił, miał twarz, z której nic nie można było wyczytać.
— Do Neapolu jest kawał drogi, Sean.
— No cóż, chyba masz rację, mistrzu, ale już ci zabukowaliśmy przelot do domu z Carlem — powiedział Danny. — Uległ naszej perswazji i zgodził się trochę poczekać, zanim wyruszy z powrotem. Wsadzimy was na prom z ostatnim ładunkiem towarów z Rakhatu.
John szczerzył zęby w uśmiechu.
— Namówiliśmy Fransa, żeby spróbował tego szamponu z yasapy, Carlo nagle postanowił zrewidować swoje umowy. To było naprawdę zdumiewające, Emilio. Danny załatwił VaN’Jarrim wspaniałe warunki…
Sandoz pokręcił głową; jego wytrzymałość miała jednak granice, do których niebezpiecznie się zbliżał.
— Nie — powiedział bezbarwnym tonem. — Nico może wrócić, aleja dałem słowo. Powiedziałem Sofii, że będę poręczycielem Jana’atów…
Chryste, przecież nam o tym powiedziała — odezwał się Sean. — To jest kobieta, która w Belfaście czułaby się jak w domu! Twarda suka, ale można się z nią dogadać, jeśli dostanie to, czego chce. Ja będę kozłem ofiarnym, Sandoz. Ty wracasz do domu i szukasz tej słodkiej Giny i jej Celestyny. Milczenie przerwał Danny.
— Odwaliłeś już swoją robotę, mistrzu. Damy sobie radę.
— To nie wszystko — dodał podekscytowany John. — Rukuei chce z tobą lecieć na Ziemię…
— Próbowałem mu to wybić z głowy — powiedział Joseba. — Tutaj jest potrzebna każda para do rozrodu, ale okazało się, że jest wytrzebiony, więc…
Sandoz zmarszczył brwi, teraz czując już prawdziwy zamęt w głowie.
— Ale dlaczego on chce?…
— A dlaczego nie? — Sean wzruszył ramionami, wcale nie zdziwiony jeszcze jednym przykładem kapryśnych zachcianek przedstawiciela gatunku rozumnego. — Mówi, że musi zobaczyć Ziemię własnymi oczami.
Tego już było za wiele.
— No puedo pensar — mruknął Emilio. Wytrzeszczył oczy i pokręcił głową. — Muszę się przespać.
Czekając na Sandoza w chacie cudzoziemców, Rukuei Kitheri krążyłponiej bez wytchnienia, zadręczając się swojąbezsilnością i płonąc nadzieją jak ciężarna kobieta, która nie wie, co nosi w swym łonie.
— Wróć z nimi — powiedział mu Izaak, a Rukuei usłyszał w tych słowach echo własnego pragnienia.
Bał się, że Sandoz się nie zgodzi. Wszyscy cudzoziemcy byli temu przeciwni, a Sandoz miał najwięcej powodów, by nienawidzić Jana’atów. Ale teraz wszystko już było inne i Rukuei od dawna zastanawiał się, jak poprosić o to człowieka, którego prawie nie znał i którego ledwo spodziewał się zrozumieć.
Powie cudzoziemcowi: Nauczyłem się, że poezja wymaga pewnej pustki, tak jak dźwięk dzwonka wymaga, by dzwonek był wydrążony. Pustka wczesnego życia mojego ojca stwarzała rezonans dla jego pieśni. Poczułem w swym sercu jego niepokój i czającą się ambicję. Poczułem w swym ciele gwałtowną obfitość, prawie seksualne uniesienie tworzenia.
Powie cudzoziemcowi: Nauczyłem się, że pustka duszy może stać się miejscem, w którym zamieszka Prawda — nawet jeśli nikt jej tam nie zapraszał, nawet jeśli będzie obrzucana obelgami i zwalczana, wypierana przez zwątpienie i niezrozumiana.
Powie cudzoziemcowi: W moim opustoszałym sercu zagościł inny ból, ale wierzę, że jest coś więcej — jakaś większa Prawda, której wszyscy jesteśmy dziedzicami, i chcę być nią napełniony!
Usłyszał kroki i zobaczył Sandoza wychodzącego zza rogu chaty; za nim szli inni, rozmawiając ze sobą. Obrócił się szybko w miejscu, pozostawiając na ziemi wachlarzowaty ślad, i zagrodził wejście do chaty.
— Słuchaj mnie, Sandoz — zaczął, odrzucając głowę do tyłu w geście wyzwania. — Chcę lecieć z tobą na H’earth. Chcę nauczyć się waszej poezji i może nauczyć was naszej…
Urwał, widząc, jak twarz Sandoza blednie.
— Don Emilio potrzebuje odpoczynku — powiedział stanowczo Nico. — Możesz z nim porozmawiać jutro.
— Czuję się świetnie — rzekł Sandoz, choć nikt o to nie pytał. — Czuję się świetnie — powtórzył.
A potem ugięły się pod nim kolana.
— Czy to normalne? — zapytała Kajpin, nadchodząc z misą pełną pędów.
Cudzoziemcy po prostu stali, gapiąc się bezmyślnie, więc usiadła obok, żeby coś zjeść. Po chwili powiedziała im:
— Bo my zwykle najpierw się kładziemy, a dopiero później zasypiamy.
Co obudziło wszystkich prócz Sandoza.
Omdlenie przeszło niepostrzeżenie w sen, który był bliski śpiączki. Zaczął płacić za tygodnie spędzone w drodze, za miesiące życia w napięciu, za lata oszołomienia i bólu. Spał przez cały dzieli i nie obudził się, gdy zapadł wieczór, a kiedy wreszcie otworzył oczy, była gwieździsta noc.
Jakie to dziwne, pomyślał, nigdy przedtem nie śniła mi się muzyka. A potem zrozumiał, że to, co słyszy, nie jest snem i że nigdy czegoś takiego nie słyszał ani na Rakhacie, ani na Ziemi.
Wstał po cichu i znalazł drogę do wyjścia, przekraczając lub obchodząc uśpione ciała księży i Nica. Na chwilę przystanął w progu, a potem ruszył dalej pomiędzy kamiennymi murami jaśniejącymi księżycowym blaskiem i migotaniem Drogi Mlecznej. Zmierzając ku źródłu owego niesamowitego dźwięku, doszedł na sam skraj wioski, gdzie zobaczył postrzępiony namiot.