Dzieci Boga [Children of God - pl]
- Автор: Расселл Мэри Дория
- Год: 2000
- Язык: польский
- Год: Zysk i S-ka
- ISBN: 83-7150-596-5
- Переводчик: Andrzej Polkowski
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Dzieci Boga [Children of God - pl]». Краткое содержание книги:
W środku siedział Izaak, prawie zgięty w pół nad staroświeckim laptopem, pogrążony w ekstazie, przemieniony przez niewysłowioną harmonię, delikatną jak płatki śniegu i precyzyjną jak matematyka, ale o zdumiewającej mocy — wstrząsającą i zarazem wysublimowaną. Jakby „gwiazdy poranne dźwięczały unisono”, pomyślał Sandoz, a kiedy muzyka ucichła, pragnął już tylko jednego: żeby usłyszeć ją znowu…
— Nie przerywaj. To jest zasada — powiedział nagle Izaak. W ciszy nocy jego głos był równie twardy, płaski i monotonny jak miękka, barwna i melodyjna była ta muzyka. — Runowie doprowadzają mnie do szału.
— Tak — zgodził się Emilio, kiedy Izaak zamilkł. — Mnie też czasami doprowadzają do szału.
Izaaka to nie obchodziło.
— Każdy autystyczny jest eksperymentem — oznajmił niespodziewanie swoim martwym, wrzaskliwym głosem. — Nigdzie nie istnieje ktoś taki jak ja.
Przez chwilę przyglądał się swoim palcom, a potem rzucił krótkie spojrzenie na Sandoza. Ten, nie wiedząc, co jeszcze powiedzieć, zapytał:
— Jesteś samotny, Izaaku?
— Nie. Jestem, kim jestem. — Odpowiedź była stanowcza i pozbawiona emocji. — Nie mogę być samotny, tak jak nie mogę mieć ogona. — Zaczął bębnić palcami po gładkiej skórze nad brodą. — Wiem, dlaczego ludzie tu przybyli. Z powodu muzyki.
Palce poruszały się coraz wolniej, aż znieruchomiały.
— Tak, to prawda — przyznał Emilio, wpadając w styl Izaaka: jedno trzysekundowe zdanie, milczenie przez trzydzieści sekund, nowe zdanie. Dłuższa pauza oznaczała: twoja kolej. — Przybyliśmy tu z powodu pieśni Hlavina Kitheriego.
— Nie tamte pieśni. — Palce znowu się poruszyły. — Mogę zapamiętać całą sekwencję DNA jako muzykę. Rozumiesz?
Nie, pomyślał Emilio, czując się bardzo głupio.
— A więc jesteś uczonym — spróbował, starając się go zrozumieć.
Izaak sięgnął ręką wyżej i zaczął sobie prostować skręcony kosmyk włosów, a potem znowu nawijać go na palec, tam i z powrotem.
— Muzyka jest tym, co myślę — powiedział w końcu.
— A więc ta muzyka jest jedną z twoich kompozycji? Jest…
— Emilio zwahał się — jest wspaniała, Izaaku.
— Nie skomponowałem jej. Odkryłem. — Izaak odwrócił się i z widocznym trudem patrzył w oczy Emilia przez całą sekundę, zanim przerwał kontakt. — Adenina, cytozyna, guanina, tymina: cztery podstawy. — Pauza. — Każdej podstawie przydzieliłem trzy tony, po jednym na każdy gatunek. Dwanaście tonów.
Zapanowało dłuższe milczenie i Emilio zrozumiał, że teraz jego kolej na jakiś wniosek.
— Więc ta muzyka mówi, jak myślisz o DNA?
Tym razem szybki potok słów.
— To jest DNA ludzi, Jana’atów i Runów. Grane razem. — Izaak zamilkł, zbierając się w sobie. — Wiele z tego to dysonansy.
— Pauza. — Zapamiętałem części, które harmonizują. — Pauza.
— Nie rozumiesz? — zapytał, biorąc milczenie Emilia za tępotę.
— To muzyka Boga. Przybyliście tu, żebym ją odnalazł. — Powiedział to bez zakłopotania, dumy czy zdziwienia. Dla niego było to proste stwierdzenie faktu. — Myślałem, że Bóg to tylko ulubiona bajka Ha’anali. Ale ta muzyka na mnie czekała.
Kosmyk prostował się i zwijał.
— Trzeba mieć wszystkie trzy sekwencje. — Znowu krótkie spojrzenie. Oczy niebieskie, jak Jimmy’ego. — Nikt inny nie mógł tego znaleźć. Tylko ja. — Głos był stanowczy, nalegający. — Teraz rozumiesz?
A więc Bóg tu był, pomyślał Emilio, oszołomiony, a ja… ja o tym nie wiedziałem.
— Tak — powiedział po chwili. — Myślę, że teraz rozumiem. Dziękuję ci.
Poczuł coś w rodzaju odrętwienia. Nie uniesienia, nie oceanicznej pogody ducha, którą kiedyś znał, dawno temu, całe życie wcześniej. Po prostu odrętwienie. Kiedy odzyskał mowę, zapytał:
— Czy inni mogliby posłuchać tej muzyki, Izaaku?
— Oczywiście. O to chodzi. — Ziewnął i wręczył laptop Emiliowi. — Obchodź się z tym ostrożnie.
Wyszedłszy z namiotu Izaaka, stał przez chwilę wpatrzony w niebo. Pogoda na Rakhacie wciąż się zmieniała i teraz Mleczna Droga szybko oddawała chmurom władzę nad nocą, ale wiedział, że kiedy niebo jest czyste, można spojrzeć w górę i bez wysiłku rozpoznać znajome wzory. Orion, Wielka Niedźwiedzica, Mała Niedźwiedzica, Plejady: arbitralne kształty narzucone przypadkowym punktom świetlnym.
— Gwiazdy wyglądają tak samo! — zawołał wiele lat temu, widząc po raz pierwszy nocne niebo Rakhatu. — Te same konstelacje! Jak to się dzieje?
— To wielka galaktyka w wielkim wszechświecie — odpowiedział mu ojciec Izaaka, śmiejąc się z niewiedzy lingwisty. — Cztery i trzy dziesiąte lat świetlnych to za mało, żeby była jakaś różnica w wyglądzie gwiazd tu i na Ziemi. Musiałbyś polecieć o wiele dalej, żeby zmienić swoją perspektywę.
Nie, Jimmy, pomyślał teraz Emilio Sandoz, patrząc w niebo, nie musiałem.
Jaki ojciec, taki syn, pomyślał później, zrozumiawszy, że Jimmy Quinn też, jak jego niezwykłe dziecko, odkrył nieziemską muzykę, która zmieniła czyjąś perspektywę. Był mu za to głęboko wdzięczny.
Emilio zbudził najpierw Johna i wyprowadził go z wioski, do miejsca, gdzie mogli słuchać muzyki zupełnie sami, gdzie mogli porozmawiać na osobności, gdzie Emilio mógł przyglądać się twarzy przyjaciela, kiedy słuchał, i dostrzec w niej odzwierciedlenie własnego zdumienia i oszołomienia.
— Mój Boże — szepnął John, kiedy ucichły ostatnie nuty. — Więc to dlatego…
— Może — odpowiedział Emilio. — Nie wiem. Tak. Chyba tak.
Ex corde volo, pomyślał. Pragnę tego z całego serca…
Jeszcze raz posłuchali muzyki, a potem przez jakiś czas wsłuchiwali się w nocne odgłosy Rakhatu, tak podobne do ziemskich: wiatr w zaroślach, poćwierkiwania i chroboty w pobliskich zielskach, odległe pohukiwania, miękki łopot skrzydeł nad głowami.
— Dawno temu, tuż po tym, jak Jimmy Quinn odebrał pierwszy fragment muzyki z Rakhatu — rzekł Emilio — znalazłem pewien wiersz.”Ani gwiazdy na niebie w zaciemnionych chmurach. Chociaż może coś błyska w wyblakłych lazurach Na podobieństwo światła, gdzieś bardzo daleko, Coś co zaledwie marzę jako nikłe echo Muzyki sfer niebiańskich pod palcem anioła”.
— Tak — powiedział cicho John. — Doskonałe. Kto to napisał?
— Edward Arlington Robinson — odrzekł Emilio, a potem dodał: — Credo.
— Credo: wierzę — powtórzył John z uśmiechem. Odchylił się do tyłu, obejmując kolana rękami, czując bezbrzeżny spokój i radość. — Powiedz mi, doktorze Sandoz, czy to tytuł wiersza, czy wyznanie wiary?
Emilio spojrzał w dół; posrebrzone włosy przykryły mu oczy, kiedy zaśmiał się i pokręcił głową.
— Boże, dopomóż — powiedział w końcu. — Obawiam się… myślę… że chyba jedno i drugie.
— To dobrze. Cieszę się.
Milczeli przez jakiś czas, sam na sam ze swoimi myślami, ale potem John usiadł prosto, uderzony jakąś myślą.
— Jest taki ustęp w Księdze Wyjścia… Bóg mówi Mojżeszowi: „Żaden człowiek nie może oglądać mojego oblicza i pozostać przy życiu… Ale położę moją rękę na tobie, aż przejdę. A gdy cofnę rękę, ujrzysz Mnie z tyłu, lecz oblicza mojego tobie nie ukażę”. Pamiętasz to?