Dzieci Boga [Children of God - pl]
- Автор: Расселл Мэри Дория
- Год: 2000
- Язык: польский
- Год: Zysk i S-ka
- ISBN: 83-7150-596-5
- Переводчик: Andrzej Polkowski
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Dzieci Boga [Children of God - pl]». Краткое содержание книги:
Wygrałeś, ty stary lisie, pomyślał Danny i zdawało mu się, że usłyszał śmiech duszy, kiedy wciągnął się na półkę i stanął na niej jak posąg nad doliną. Najpierw Suukmel, pomyślał. Potem Sofia Mendes. Jeśli się zgodzi, to Carlo. A potem już inni.
Ironia tego, co zamierzał zaproponować, aż kłuła w oczy, a wiedział, że nie dożyje skutków. Ale można przynajmniej zyskać na czasie. A liczył się tylko czas.
John Candotti siedział na pniu otoczony częściami zepsutej pompy, którą próbował naprawić, kiedy Danny wszedł junackim krokiem do wioski. Zbliżał się wieczór.
— Gdzie ty, do diabła, byłeś? — zawołał John na jego widok. — Sean i Joseba poszli cię szukać… Co z twoimi kolanami?
— Nic. Pośliznąłem się. Która godzina jest na „Brunie”?
John otworzył usta, zaskoczony tym pytaniem i energią, jaka tryskała z Danny’ego.
— Nie wiem. Od dawna nie patrzyłem na zegarek. — Spojrzał na słońca. — Chyba około ósmej.
Więc na pokładzie jest już po kolacji? To dobrze. Mam dla ciebie robotę — powiedział Danny, wskazując głową miejsce, gdzie spoczywał wahadłowiec. — Chcę, żebyś wywołał Fransa. Powiedz mu, żeby spróbował brandy z yasapy. — John nie ruszył się z miejsca, a jego twarz wyraźnie mówiła, że nie zamierza tego zrobić. — Mógłbym poprosić cię, żebyś mi zaufał — powiedział Danny — ale mogę też po prostu kazać ci to zrobić.
John wypuścił powietrze z płuc i odłożył uszczelkę, którą wycinał.
— Nie do nas należy dociekanie powodu — mruknął i poszedł za Żelaznym Koniem na skraj doliny, gdzie stał wahadłowiec. — Nie sądzę, żebyś zechciał mi wyjaśnić? — zapytał, kiedy weszli do środka.
— Johnny — odpowiedział Danny — mógłbym to zrobić sam, ale obiecuję ci, że będzie śmieszniej, jak ty mi pomożesz. Po prostu zasugeruj Fransowi, że po posiłku dobrze by było coś wypić, zgoda?
John zmarszczył brwi.
— Ale on powie Carlowi…
Danny wyszczerzył zęby w uśmiechu. John zacisnął usta i potrząsnął głową, ale usiadł przed konsolą i wywołał „Giordana Bruna”.
— Johnny! — krzyknął Frans parę chwil później, odrobinę za serdecznie. — Co tam u was?
— Dostaliśmy… hm… twoją wiadomość, Frans — powiedział John, niepewny, czy Carlo monitoruje transmisję. — Sandoz o to zadba. — Odkaszlnął i spojrzał na Danny’ego, a ten przynaglił go gestem. — Słuchaj, Frans, czy już próbowałeś tej brandy zyasapy?
— Skąd na to wpadłeś? — zapytał podejrzliwie Frans.
— Przypadkowe trafienie. Próbowałeś już?
— Nie.
— Bo Danny Żelazny Koń uważa, że może najwyższy czas tego spróbować. A potem powiedz szefowi, co o niej myślisz.
— Cudownie — powiedział Danny, kiedy John się rozłączył. — Teraz poczekamy z dziesięć minut.
Wystarczyło pięć.
— Miło cię słyszeć, Gianni — zaczął uprzejmie Carlo. — Chciałbym mówić z Żelaznym Koniem, jeśli łaska. — John wstał i wskazał Danny’ emu krzesło przed konsolą ze spojrzeniem, które mówiło: Radź sobie sam.
— Dobry wieczór, Carlo — przywitał go Danny przyjaznym tonem i czekał.
— Biznes to biznes — powiedział Carlo tytułem krótkiego usprawiedliwienia. — Nie masz do mnie urazy?
— Ależ skąd. To wszystko zaczyna mi się podobać — wyznał Danny poufnym tonem. — Pytanie tylko, czy chcesz teraz dyskutować o warunkach ze mną? Może wolisz znowu spróbować szczęścia z Sofią Mendes? Aha, odbyłem z nią małą pogawędkę i wygląda na to, że kilka spraw przedstawiłeś jej fałszywie, kiedy dobijałeś z nią targu. Ona tak to odczuwa. Chyba uważa, że wpuściłeś ją w kanał. — Na wskaźniku przeskakiwały sekundy, a twarz Johna Candottiego zaczęło rozjaśniać zrozumienie. — A może wrócisz na Rakhat i pohandlujesz bezpośrednio z Runami? — zapytał Danny z troską w głosie, kiedy Carlo nie odpowiadał. — Tylko pamiętaj, żeby mieć pod ręką zestaw anafilaktyczny. Oczywiście, musisz mieć nadzieję, że zdołasz wytłumaczyć jakiemuś Runao, jak go użyć, bo nas nie będzie w pobliżu, żeby ci pomóc. Twoja kolej, mistrzu.
Milczenie nie trwało długo.
— A jakie są twoje warunki? — zapytał Carlo z zadziwiającą godnością, biorąc pod uwagę fakt, że prawdopodobnie słyszał odgłosy, jakie wydawał z siebie John.
— Wyładujesz cały towar tutaj, w dolinie N’Jarr — zaczął Danny — i nie próbuj mi wciskać kitu, bo czytałem manifesty. Zatrzymujemy załogowy wahadłowiec z pełnym zapasem paliwa…
— Kosztował fortunę! — zaprotestował Carlo.
Zgadza się, ale zanim wrócisz na Ziemię, będzie starszy od większości drugich żon — oznajmił spokojnie Danny, a John zaczął odgrywać coś w rodzaju tarka zwycięstwa, którego istotnym elementem były typowo włoskie gesty wymierzone w niebo, gdzieś w kierunku trzydziestej drugiej deklinacji. — Jeszcze nie skończyłem — ciągnął Danny. — Nasz udział w handlu kawą będzie wynosił sto procent, ale jeśli chodzi o resztę, możemy być twoimi pośrednikami…
— Jaką mam gwarancję, że nie zatrzymacie bezzałogowca, kiedy wyślę wam ostatni transport? — zapytał Carlo podejrzli wie. — Możecie mnie zostawić z pustą do połowy ładownią.
— Na co dokładnie zasługujesz, ty żałosny skurwysynie — zaśpiewał John radośnie, ocierając łzy z oczu.
— Wydaje mi się, że musisz mi zaufać, mistrzu — rzekł Danny, wyciągając wygodnie swoje długie nogi, żeby się przygotować do bardzo pracowitego dnia. — Ale jeśli uważasz, że możesz uzyskać lepsze warunki gdzie indziej…
Carlo nie uważał i rozpoczęły się zażarte negocjacje.
— Mówisz poważnie? — zawołał Sandoz parę dni później, kiedy Tiyat i Kajpin wyszły z Nikiem, żeby znaleźć coś do: zjedzenia. — Danny, rezerwaty okazały się zgubą dla Indian…
— Sandoz, to nie są Stany Zjednoczone — odrzekł Kanadyjczyk stanowczym tonem — a my nie jesteśmy białymi anglosaskimi protestantami. No i mamy to za sobą, więc wiemy, jakich błędów unikać…
— I rezerwaty są lepsze od wyginięcia — zauważył Joseba z chłodną precyzją. — Według mojej oceny, wystarczy dziesięć zgonów rocznie więcej niż teraz, a za parę pokoleń cała populacja Jana’atów po prostu wymrze. Jeśli trzeba wybierać między apartheidem a zagładą…
— No i Danny dobrze zna najgorsze strony rezerwatów — wtrącił John — więc może…
— Rozpaczliwe środki w rozpaczliwej sytuacji — powiedział Sean. — Nie muszę was chyba przekonywać, że nienawidzę wszelkich segregacji, ale to jedyny sposób, by położyć kres zabijaniu. To im pozwoli zapomnieć o dawnych urazach, a przynajmniej powstrzyma gromadzenie się nowych…
Zaraz, zaraz, nie tak szybko! — zawołał Emilio, mając w głowie taki zamęt ze zmęczenia, że zapragnął, by mówili po hiszpańsku, a to już była jawna oznaka skrajnego wyczerpania. Niezliczone godziny spędzone na mechanicznej bieżni przygotowały go w jakiejś mierze do miesięcznej wędrówki przez pustkowia, ale spotkanie z Sofią zbyt wiele go kosztowało i nie spodziewał się, że natychmiast po powrocie tłum podnieconych mężczyzn otoczy go, zasypie nowinami i będzie żądał aprobaty dla jakiegoś dzikiego pomysłu. — No dobrze — powiedział w końcu, uznawszy, że wytrzyma jeszcze kilka minut. — Powiedzcie mi jeszcze raz…