Dzieci Boga [Children of God - pl]
- Автор: Расселл Мэри Дория
- Год: 2000
- Язык: польский
- Год: Zysk i S-ka
- ISBN: 83-7150-596-5
- Переводчик: Andrzej Polkowski
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Dzieci Boga [Children of God - pl]». Краткое содержание книги:
— Nie na Rakhacie. Tylko w jednej małej osadzie Jana’atów ledwo utrzymujących się przy życiu. Sofio, czy zdajesz sobie sprawę z tego, że Jana’atowie są bliscy wymarcia jako gatunek?
— Przecież nie chcesz…
— Tak ci powiedzieli? — zapytała i prychnęła z pogardą. — A ty im uwierzyłeś.
— Do cholery, Sofio, przestań mnie traktować jak dziecko!
— Potrafię poznać, kiedy ktoś głoduje, jak go zobaczę…
— No i co z tego, że głodują? Mam żałować kanibala, który głoduje?
— Och, na miłość boską, Sofio, oni nie są kanibalami!
— Tak? A jak ich nazwiesz? Jedli Runów…
— Sofio, wysłuchaj mnie…
— Nie, to ty wysłuchaj mnie, Sandoz — syknęła. — Przez blisko trzydzieści lat my-ale-nie-ty walczyliśmy z wrogiem, którego cywilizacja była najczystszym wyrazem najbardziej charakterystycznej postaci zła: chęci odarcia innych z człowieczeństwa i zamiany ich na towar pierwszej potrzeby. Za życia Runowie byli potrzebni Jana’atom jako ich niewolnicy, asystenci, zabawki do zaspokajania żądzy seksualnej. Po śmierci stawali się użytecznym surowcem, mięsem, skórą, kośćmi. Najpierw praca, potem mięso rzeźne! Ale Runowie są czymś więcej niż mięsem, Sandoz. Są ludem, który zdobył wolność i wywalczył ją od tych, którzy go więzili, pokolenie za pokoleniem. Bóg chciał ich wolności. Pomogłam im ją uzyskać i niczego nie żałuję. Wymierzyliśmy Jana’atom sprawiedliwość. Zebrali to, co sami zasiali.
— Więc Bóg pragnie, by wymarli? — zawołał Emilio. — Bóg pragnie, by Runowie zamienili tę planetę w sklep z warzywami? Bóg pragnie, żeby nikt już nie śpiewał, żeby wszyscy byli do siebie podobni? Sofio, to już jest coś więcej niż zasada oko za oko…
Rozległ się dźwięk, który przypominał wystrzał, płaski i głuchy, i poczuł, jak na jego twarzy powstaje piekący zarys jej dłoni.
— Jak śmiesz — wyszeptała. — Jak śmiałeś zostawić mnie tutaj, a teraz wrócić… po tak długim czasie… żeby mnie osądzać!
Stał nieruchomo, z odwróconą twarzą, czekając, aż to minie, wytrzeszczając oczy, aby powstrzymać łzy. Próbował sobie wyobrazić czterdzieści lat całkowitej samotności, bez Johna czy Giny, bez Vincenza Giulianiego czy Edwarda Behra, bez nikogo z tych, którzy mu pomogli…
— Przepraszam cię — powiedział w końcu. — Przepraszam!
— Nie wiem, co tu się dzieje i nie twierdzę, że rozumiem to, co musiałaś tu przeżyć…
— Dziękuję. Miło mi to słyszeć…
— Ale, Sofio, ja wiem, co to znaczy być towarem codziennego użytku — powiedział, przerywając jej w połowie zdania. — Wiem, co to znaczy być odartym z człowieczeństwa. Wiem też, co znaczy być fałszywie oskarżonym i… niech Bóg się nade mną zmiłuje… wiem, co to znaczy być winnym… — Urwał i spojrzał w bok, ale po chwili znowu napotkał jej oczy i rzekł: — Sofio, jadłem mięso Runów z tego samego powodu, dla którego jedli je djanada: ponieważ byłem głodny i chciałem żyć. I zabiłem… zabiłem Askamę, Sofio. Nie myślałem, że to będzie właśnie ona, ale chciałem zabić, pragnąłem czyjejś śmierci, bo chciałem być wolny i było mi zupełnie obojętnie w jaki sposób. Więc sama widzisz — dodał z łagodnym wyrzutem — że jestem ostatnią osobą, która mogłaby kogokolwiek osądzać! I wierzę ci, że Jana’ atowie dostali to, na co zasłużyli! Ale, Sofio… nie możesz pozwolić, aby Runowie ich wymordowali! Oni już zapłacili za swoje grzechy i…
— Zapłacili za swoje grzechy! — Wstała i przeszła krok lub dwa, pochylona, chwiejąca się pod ciężarem garbu. — Spowiadałeś ich, ojcze? Rozgrzeszyłeś ich, po prostu dlatego, że o to prosili? — zapytała, z twarzą wykrzywioną pogardą. — Ale są winy, których nie można rozgrzeszyć! Są grzechy, których nie można wybaczyć…
Myślisz, że o tym nie wiem? — krzyknął, czując, jak narasta w nim gniew. — Nikogo już nie spowiadam! Nie jestem już księdzem, Sofio. Nie przybyłem tu, aby cię osądzać. Nie powróciłem nawet po to, żeby cię uratować! Jestem tu, ponieważ zostałem zbity do utraty przytomności i porwany przez Carla Giulianiego. Przez dużą część podróży z Ziemi byłem oszołomiony narkotykami i pragnę tylko jednego: wrócić do domu i przekonać się, czy kobieta, którą prawie poślubiłem siedemnaście lat temu, jeszcze żyje…
Wpatrywała się w niego, ale tym razem nie spuścił wzroku.
— Powiedziałaś, że wiesz, co się ze mną stało w Pałacu Galatna, Sofio, ale nie wiesz najgorszego: porzuciłem kapłaństwo, ponieważ nie potrafiłem wybaczyć tego, co mi zrobili. Nie mogę wybaczyć Supaariemu, który mi to zrobił — powiedział, podnosząc ręce. — I nie mogę wybaczyć Hlavinowi Kitheriemu, i wątpię, czy kiedykolwiek mu wybaczę. Nauczyli mnie nienawidzić, Sofio. Ironia losu, prawda? Usłyszeliśmy pieśni Kitheriego i zaryzykowaliśmy wszystko, aby tu przybyć, gotowi pokochać każdego, kogo tu spotkamy, gotowi uczyć się od nich! A kiedy Hlavin Kitheri spotkał jednego z nas… Spojrzał na mnie i pomyślał tylko o…
Zamilkł i odwrócił się od niej, z trudem łapiąc powietrze, ale przemógł się i znowu spojrzał jej w twarz, mówiąc głosem nabrzmiałym odrazą:
— Spojrzał na mnie i pomyślał: Jakie to miłe. Coś nowego do wyjebania.
— Już po wszystkim — warknęła z pobladłą twarzą. Ale on wiedział, że to nieprawda, nawet dla niej, nawet po tylu latach. — Pracujesz. Skupiasz się na zadaniu, jakie masz wykonać…
— Tak — zgodził się chętnie i szybko. — A ty uczyniłaś cnotę z samotności. Nazywasz to poleganiem na sobie samej, tak?
— Mówisz sobie, że niczego nie potrzebujesz, że już nie chcesz, by ktokolwiek pojawił się w twoim życiu…
— Odgrodź się murem!
— Myślisz, że nie próbowałem? — krzyknął. — Sofio, wciąż zwalam kamienie na kupę, ale już nic ich razem nie trzyma!
— Nawet gniew. Nawet nienawiść. Mam już dość nienawiści, Sofio.
Jestem nią zmęczony. Jestem nią znudzony! — Burza była już blisko, błyskawice tylko na krótko wyprzedzały grzmoty, ale nie dbał o to. — Znienawidziłem Supaariego VaGayjura i Hlavina Kitheriego, i szesnastu jego przyjaciół, ale… Chyba wciąż nie potrafię nienawidzić zbiorowości — szepnął i ręce mu opadły. — Pozostała mi jeszcze ta jedna mała wysepka prawości. Sofio. Znienawidziłem ojców, ale nie potrafię nienawidzić dzieci. I ty też nie powinnaś, Sofio. Nie zaprowadzisz porządku, zabijając niewinnych.
— Nie — powiedziała, wsłuchując się we własne serce. — Nie ma niewinnych.
— Jeśli znajdę ci dziesięciu, oszczędzisz resztę?
— Nie baw się ze mną w ten sposób — warknęła i skinęła na tragarzy.
On stanął między nią a lektyką.
— Kilka dni temu pomagałem przy porodzie maleńkiego Jana’aty — powiedział zdawkowo, zagradzając jej drogę. — Cesarskie cięcie. Zrobiłem, co mogłem. Okazało się, że to za mało. Matka umarła. Chcę, żeby to dziecko żyło, Sofio. Cholernie mało jest rzeczy, których jestem pewny, ale to jedno wiem z całą pewnością: chcę, żeby to dziecko żyło.