Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Научная фантастика » Dzieci Boga [Children of God - pl]
Dzieci Boga [Children of God - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Dzieci Boga [Children of God - pl]

Электронная книга - «Dzieci Boga [Children of God - pl]». Краткое содержание книги:

Debiutancka powieść Mary Dorii Russell „Wróbel” zdobyła dla autorki powszechne uznanie. Oto kontynuacja owej jednej z najwspanialszych powieści fantastycznych ostatnich lat. Zaledwie ojciec Emilio Sanchez, jedyny członek pierwszej wyprawy, który powrócił na Ziemię, zdołał odzyskać zdrowie i równowagę psychiczną po straszliwych przejściach na planecie Rakhat, Towarzystwo Jezusowe prosi go (a właściwie zmusza), by zechciał wziąć udział w kolejnej misji. Sancheza dręczą wspomnienia i lęki, ale nie może uciec od swojej przeszłości. Rozpoczyna się druga batalia o rozum i duszę tak ciężko doświadczonego przez los kapłana.
1 ... 127 128 129 130 131 132 133 134 135 ... 137
Перейти на страницу:

— Jest chudy, ale oni tu wszyscy są tacy. Była jedna pani, która umarła, rodząc dziecko, zanim wyruszyliśmy w drogę. Joseba uważa, że ona była za chuda i dlatego umarła… bo nie miała dość siły. Przynieśliśmy im jedzenie, ale oni byli tak głodni, że wszystko zwymiotowali, bo jedli za szybko. — Zobaczył, że signora skrzywiła się, ale nie wiedział, co to oznacza. Obracając wciąż rondo kapelusza, przeniósł ciężar potężnego ciała z jednej nogi na drugą i zerknął na nią nieśmiało. — Co powinniśmy teraz zrobić? — zapytał po chwili.

Nie odpowiedziała od razu.

— Nie jestem pewna — wyznała szczerze. — Potrzebuję trochę czasu, żeby się zastanowić.

Kilka godzin później, w pierwszych chwilach odzyskiwania świadomości w wygodnym łóżku, Emilio Sandoz pomyślał, że jest w Neapolu. Chciał już powiedzieć: „W porządku, Ed, nie musisz już wyczekiwać”. Potem przebudził się całkowicie i zobaczył, że to nie brat Edward Behr, ale Sofia Mendes całą noc obserwowała jego twarz we śnie.

— Rozmawiałam z twoimi kolegami, którzy są w dolinie N’Jarr — powiedziała mu bez emocji — i z kobietą, która nazywa się Suukmel. — Zamilkła na chwilę, ale twarz miała nadal obojętną. — Nie rządzę tutaj, Emilio, choć może twoi jana’atańscy przyjaciele mówili ci co innego. Ale mam pewne wpływy. Zrobię, co w mojej mocy, żeby delegacja VaN’Jarrich mogła bezpiecznie dotrzeć na rozmowy z Parlamentem Starszych. Zajmie to trochę czasu i nie będzie łatwe. Nie wiem nawet, czy uda mi się załatwić ci przesłuchanie. Starsi pamiętają, jak przedtem było. Jest pewna kobieta, Djalao VaKashan; ją będzie trudno przekonać. Ale powiem im, że ty i inni kapłani jesteście dobrymi ludźmi i macie dobre serca. Nie mogę obiecać więcej.

Usiadł i jęknął, bo cały był obolały, ale powiedział:

— Dziękuję ci. — Deszcz już ustał, przez zasłonę sączyło się słońce. — A ty, Sofio, co zrobisz?

— Zrobię? — zapytała i spojrzała w dal, żeby pomyśleć, zanim odpowie, o tętniących życiem miastach, o żywej polityce i pączkującym handlu, o beztroskich świętowaniach i zabawach, o radosnym docenianiu wszystkiego co nowe i nie wypróbowane. Myślała o rozkwicie teatru i eksplozji technologii, o żywiołowym rozwoju sztuki, odkąd djanada przestali rządzić życiem Runów. Myślała o Starszych, którzy teraz żyli dostatecznie długo, by wesprzeć doświadczenie młodych swoją prawdziwą mądrością, i o dzieciach obciążonych wadami, którym pozwolono żyć i które obdarzyły swój lud nieoczekiwanymi dobrodziejstwami.

To prawda, że trzeba było za to zapłacić. Byli tacy, którzy rozkwitali w nowym świecie — wyzwoleni w każdym sensie — i tacy, którzy nie potrafili się przystosować. Choroby, niedorozwój umysłowy, błędy, nie kończące się spory, nędza, wykorzenienie, oszołomienie — wszystko to stało się teraz częścią życia Runów. Ale to, czego już dokonali, było naprawdę wspaniałe, a któż wie, do czego jeszcze są zdolni? Tylko czas może udzielić odpowiedzi.

A na drugiej szali są te ostre, półksiężycowate szpony i ametystowe oczy mrugające w słońcu…

Czytała Yeatsa, wygrzebanego z katalogu Jimmy’ego, i teraz pomyślała o słowach Emeryta: Pluję w twarz czasowi, który mnie przemienił…

— Co zrobię? — powtórzyła. — Sandoz, ja jestem stara. Spędziłam życie wśród Runów i wśród nich pozostanę. — Odwróciła głowę bokiem, pod światło, ślepym okiem w jego stronę, i długo milczała. — Niczego nie żałuję — powiedziała w końcu — ale swoją rolę już odegrałam.

39. DOLINA N’JARR: grudzień 2078 czasu ziemskiego

Po miesiącach uwięzienia na pokładzie „Giordana Bruna” góry otaczające dolinę N’Jarr wydały się Danielowi Żelaznemu Koniowi tak kuszące, że zaczął się z nadzieją uważnie przyglądać wysokiej półce skalnej na wschód od osady. Nie miał ekwipunku, a jego buty w ogóle nie nadawały się do wspinaczki, przeszło mu też przez głowę, że upadek z takiej wysokości z pewnością skończy się bardzo malowniczą śmiercią. Ale chciał być sam, marzył, że tylko Bóg wie, gdzie on jest, więc wyruszył o świcie, nie mówiąc nikomu o swoich planach.

Od chwili, gdy Emilio Sandoz opuścił dolinę, by spotkać się z Mendes na drodze do Inbrokaru, Danny czuł się tak, jakby zrzucił kilkanaście kilogramów. Kiedy zaczął wspinać się po skalnym licu góry, pomyślał, że w ciągu całego ostatniego roku nie czuł się tak szczęśliwy jak teraz. Ogarnął go spokój, uwagę pochłonęło mozolne poszukiwanie punktów oparcia. Wczepiając palce w skalne szczeliny, miał przed oczami mocne kości nadgarstków dziadka Lundberga, grube jak kołki w płocie, czuł w pierI siach serce babci Beauvais, silne i pracujące miarowo nawet po dziewięćdziesiątce. To zabawne, pomyślał, jak ci dziadkowie I zawsze starali się rozebrać go na czynniki pierwsze. Chętnie by I podzielili moje DNA, zaśmiał się w duchu, przypominając sobie, I jak rodzina jego ojca ostrzegała go złowieszczo, że ma „wątrobę I Lakotów”. Teraz znalazł się w końcu w takim miejscu, gdzie to i wszystko nie miało żadnego znaczenia, gdzie był po prostu Zie? mianinem. Dopiero tutaj zrozumiał, że nie był żadnym spornym terytorium, o które toczą boje jego dziadkowie, ale ogrodem, w którym każdy z jego żyjących przodków chciał dostrzec coś z siebie, coś, co się w nim zakorzeniło i wyrosło. Przez pewien czas zatracił się w czystym radowaniu się siłą; i zręcznością, ale wysokość zrobiła w końcu swoje. Czując, że brak mu tchu, poddał się kilkaset metrów od półki, która była jego celem, a znalazł za to wypełniony piargiem żleb, do którego wiatry nawiały dość drobin ziemi i roślin, by powstała miękka warstwa humusu. Usiadł tam, żeby odpocząć, przyglądając się rozplanowaniu rozłożonej w dole, opustoszałej osady — wyczulony na wszelkie oznaki mówiące o strukturze społecznej — i pomodlił się o pomyślność uchodźców, którzy opuścili ją dwa tygodnie wcześniej. Zdał sobie sprawę, że już wiele czasu minęło, odkąd czuł się socjologiem czy kapłanem.

Nieco zmartwiony faktem, że aż tyle czasu musiało upłynąć, by odzyskał normalny rytm oddechu, musiał w końcu przyznać się przed samym sobą, że pokonała go nie tylko wysokość. Przypomniał sobie słowa Vincenza Giulianiego: „Jesteś młody, ojcze Żelazny Koniu”. Już nie taki młody, pomyślał Danny, napełniając płuca górskim powietrzem i wspominając tamten wieczór w neapolitańskim ogrodzie. „Jesteś młody i masz wady młodego człowieka. Krótkowzroczność. Pogardę dla pragmatyzmu…” Tutaj, tak wysoko nad doliną, jedynym dźwiękiem, jaki słyi szał, był ryk wodospadu spadającego gdzieś blisko, bo od czasu do czasu czuł na twarzy wodny pył. Wreszcie samotny, z własnymi myślami, Danny zmusił się, by wyobrazić sobie szachownicę, ocenić ustawienie figur, przewidzieć wiele następnych ruchów. Nieświadomie zadał sobie to samo pytanie, które uformowało większą część kariery Vincenza Giulianiego: Więc z kim mi tutaj przyszło pracować?

Trudno było o jasne wnioski. Biorąc pod uwagę wydarzenia pierwszej misji, katastrofa czaiła się za najmniejszym błędem; wszystko wskazywało na to, że w najlepszym razie mogą mieć nadzieję na zagmatwany impas. Jakbym słyszał Sandoza, pomyślał nagle Danny. Ale to jest polityka. Musimy po prostu znaleźć jakiś sposób na to, by wszyscy gracze dostali przynajmniej to, czego potrzebują.

Prawie nie zdając sobie z tego sprawy, wstał i znowu zaczął się wspinać ku półce, która była jego celem, a kiedy do niej dotarł, rozwiązanie przyszło jak objawienie nad potokiem Cardoner i wydało mu się tak oczywiste, że zadał sobie pytanie, czy Vincenzo Giuliani mógł przewidzieć taką sytuację. To niemożliwe, a jednak…

1 ... 127 128 129 130 131 132 133 134 135 ... 137
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)