Dzieci Boga [Children of God - pl]
- Автор: Расселл Мэри Дория
- Год: 2000
- Язык: польский
- Год: Zysk i S-ka
- ISBN: 83-7150-596-5
- Переводчик: Andrzej Polkowski
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Dzieci Boga [Children of God - pl]». Краткое содержание книги:
— Nie wrócę — powtórzył. — Ona może tu przyjść. — Pauza. — To wszystko — dodał i zniknął za występem skały.
— Ona już idzie — mruknęła Kajpin.
— Prom jest zbyt hałaśliwy i za bardzo śmierdzi — zauważyła Tiyat, wracając do rozmowy, którą prowadzili, zanim ukazał się Izaak. — Najgorszą część drogi będziemy mieć za sobą jutro, przed trzecim zachodem słońca — obiecała.
Kiedy już przebyli łańcuch Garnu, wyszli na pofałdowaną sawannę, wznoszącą się i opadającą zaledwie na wysokość dorosłego Runao. W oddali ciemniały do barwy indygo szafirowe wzgórza, a bliżej płonęły w słońcu karmazynowe kwiaty i Emilio zaczął się cieszyć, że jednak poszli pieszo. Powtarzające się, rytmiczne ruchy zawsze go uspokajały, pozwalając skupić się na bólu mięśni i twardości gruntu pod nogami. Nie próbował przewidywać argumentów Sofii czy swoich własnych. Będzie dobrze, powtarzał sobie w myślach, stawiając jedną nogę przed drugą jak pielgrzym idący do Jeruzalem. Wciąż i wciąż: będzie dobrze. Nie wierzył w to; słowa Ha’anali po prostu pasowały do rytmu jego kroków.
Co jakiś czas zatrzymywali się, żeby coś zjeść; obozowali na równinie, nie dbając, że ich ktoś zobaczy.
— Jeśli nas zatrzymają i tak zaprowadzą do armii — stwierdziła obojętnie Kajpin. — Co za różnica?
Za dnia Emilio prawie podzielał ten fatalizm, ale noce były ciężkie, spędzane na wędrówkach we śnie po wypalonych, opustoszałych miastach albo na chodzeniu tam i z powrotem w przesyconej odgłosami ciemności. W końcu budzili się inni i razem zjadali to, co pozostało po wieczornym posiłku. Raz lub dwa Nicowi udało się upolować jakieś małe stworzenia, ale większość mięsa się zmarnowała. Emilio jadł bardzo mało — była to jego zwykła reakcja na napięcie. Krążył niestrudzenie, czekając, aż inni będą gotowi do drogi, powtarzając w myślach swoją mantrę: Będzie dobrze.
Ósmego dnia wędrówki na południe zobaczyli błyski metalu na horyzoncie. Późnym popołudniem, kiedy weszli na kolejną niską fałdę, ujrzeli już ciemną masę wojska u podstawy rozległej chmury pyłu.
— Będą tu jutro — powiedziała Tiyat, a potem spojrzała na zachód i dodała: — Jeśli wcześniej nie spadnie deszcz.
Tej nocy wszyscy źle spali i obudzili się, oddychając z trudem w mglistym i parnym powietrzu. Emilio, czekając, aż reszta zje śniadanie, wszedł na niskie wzniesienie, aby popatrzeć na dalekie obozowisko. Pierwsze słońce dopiero zaczynało się wspinać ponad widnokrąg, ale już teraz równina drgała i połyskiwała od upału, i czuł pot spływający mu po plecach. Pieprzę to, pomyślał, i zawołał do towarzyszy:
— Poczekamy tutaj!
— Dobry pomysł — powiedziała Kajpin, stając obok niego. — Niech oni do nas przyjdą!
Przedpołudnie spędzili, siedząc na tym wzniesieniu. Nico i Runki pojadali coś, gawędząc, jakby czekali na paradę wojskową. W miarę jak wojsko przybliżało się i zobaczyli, ilu ich jest, Tiyat i Kajpin też zamilkły jak Sandoz, strzygąc uszami, by złowić pierwsze dźwięki. Trudno było powiedzieć, czy naprawdę słyszą, czy tylko sobie wyobrażają dudnienie stóp, szczęk metalu, zawodzenie komend i pogwar maszerujących oddziałów; burzowe chmury spowiły horyzont na zachodzie czarnymi festonami deszczu, a wiatr porywał wszystko prócz najbliższych odgłosów.
— Zanosi się na ostrą burzę — powiedziała Tiyat z niepokojem, opierając się mocno na ogonie, bo wiatr był już naprawdę silny. Na zachodzie błyskawice nieustannie oświetlały spód czarnych chmur.
Kajpin też wstała.
— Deszcz pada na wszystkich — powiedziała obojętnym tonem, ale zaraz dodała bardziej złowieszcze zakończenie przysłowia: — Pioruny uderzają tylko w niektórych. — Zeszła ze wzgórza i usiadła w małym zagłębieniu, z pochyloną głową kontemplując widok maszerujących żołnierzy, by po chwili stwierdzić wesoło: — Cieszę się, te nie mam na sobie zbroi.
— Jak myślisz, kiedy zacznie się burza? — zapytał Nico.
Emilio spojrzał na zachód i wzruszył ramionami.
— Za godzinę. Może mniej.
— Chcesz, żebym tam poszedł i zapytał o signorę Sofię?
— Nie, Nico. Dziękuję. Poczekaj tu. — Podszedł do Tiyat i Kajpin i powtórzył: — Poczekajcie tu.
A potem, nie oglądając się za siebie, zszedł powoli na drogę i ruszył nią w kierunku maszerującej armii, póki nie pokonał połowy dystansu. Wówczas stanął: mała, wyprostowana figurka z grzywą srebrnych i czarnych włosów rozwiewanych przez wiatr.
W tym czasie czoło wojska również się zatrzymało i po chwili szeregi rozstąpiły się, by zrobić miejsce dla krytej lektyki niesionej przez czterech Runów.
Emilio próbował się przygotować na widok Sofii, na dźwięk jej głosu, ale szybko zrezygnował i po prostu patrzył, jak tragarze ostrożnie stawiają lektykę na drodze. Sprawnie rozwinęli wokół niej parawan o barwie nogietków, który zapłonął pod szarym niebem w ukośnych promieniach słońca wiszącego jeszcze nad wschodnim horyzontem. Potem z wozu zaopatrzenia wyjęto misternie rzeźbione składane krzesło i ustawiono przed lektyką. W końcu przystawiono do niej małe schodki i ujrzał drobną rękę, która rozchyliła zasłonę i chwyciła podaną jej dłoń, by się na niej wesprzeć.
Spodziewał się, że jest stara, ale nadal piękna — i nie zawiódł się. Ukośne blizny i pusty oczodół wywołał w nim wstrząs, ale słońca Rakhatu tak porzeźbiły jej twarz, że wyglądała, jakby była z gazy; blizny były teraz tylko trzema liniami pośród wielu innych, a jej jedno oko, żywe i bystre, zdawało się omiatać nieustannie otoczenie, jakby sobie tym kompensowała zmniejszenie o połowę pola widzenia. Nawet łuk jej pleców wydał mu się pełen wdzięku: jakby się pochyliła, by przyjrzeć się czemuś, co wzbudziło jej ciekawość. Usiadła na krześle i spojrzała w górę, przekrzywiając głowę. Czekała na niego. Delikatna jak ptaszek, z rękami złożonymi na podołku, miała w sobie jakąś czystość szkieletu: wytworną, bezcielesną i martwą.
„Piękna jesteś”, pomyślał, „wdzięczna jak Jeruzalem, groźna jak zbrojne zastępy…”
— Sofio — powiedział i wyciągnął do niej ręce.
— Dużo czasu minęło — zauważyła chłodno, kiedy podszedł bliżej. — Mogłeś najpierw spotkać się ze mną. — Wpatrywała się w niego tym jednym okiem, póki nie opuścił wzroku. — Widziałeś Izaaka? — zapytała, kiedy zdołał znowu na nią spojrzeć.
— Tak — odpowiedział. Zesztywniała lekko i zaczerpnęła powietrza, a Emilio zrozumiał, iż sądziła, że jej syn dawno umarł, a tylko jego imię wykorzystują okrutnie, by zwabić więcej zakładników do jana’atańskiej warowni. — Izaak jest zdrowy… — zaczął.
— Zdrowy! — Parsknęła śmiechem. — Nienormalny, ale przynajmniej zdrowy. Jest z tobą?
— Nie…
— Więc nadal jest ich zakładnikiem.
— Nie, Sofio, wcale nie! Jest osobą, którą darzą wielką czcią…
— Więc dlaczego nie ma go tutaj z tobą?
Zawahał się, nie chcąc jej zranić.
— On… Izaak woli zostać tam, gdzie jest. Prosił, żebyś go tam odwiedziła. — Umilkł, spoglądając ponad nią na oddziały widoczne za złotym parawanem. — Możemy cię do niego zaprowadzić, ale to ty musisz pójść do niego.
— Czy to łowy? — zapytała, uśmiechając się chłodno. — Izaak jest przynętą, na którą chcą mnie złapać…
— Sofio, błagam! Jana’ atowie nie są… Sofio, ty to wszystko źle pojmujesz!
Ja to źle pojmuję — powtórzyła cicho. — Ja to źle pojmuję. Sandoz, byłeś tutaj… ile? Parę tygodni? — zapytała, unosząc brwi; jedna była wykrzywiona przez bliznę. — A teraz przychodzisz i mówisz mi, że ja to wszystko źle pojmuję. Zaraz! Jest na to angielskie słowo… niech pomyślę… — Spojrzała mu prosto w oczy, nie mrugając powieką. — Arogancja. Tak. To jest właściwe słowo. Prawie je zapomniałam. Wracasz tu po czterdziestu latach, przez trzy tygodnie zapoznajesz się z sytuacją i w końcu przychodzisz do mnie, żeby mi wyjaśnić, co się dzieje na Rakhacie. Nie dał się onieśmielić.