Dzieci Boga [Children of God - pl]
- Автор: Расселл Мэри Дория
- Год: 2000
- Язык: польский
- Год: Zysk i S-ka
- ISBN: 83-7150-596-5
- Переводчик: Andrzej Polkowski
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Dzieci Boga [Children of God - pl]». Краткое содержание книги:
— Zejdź mi z drogi — szepnęła — albo zawołam straż.
Nie ruszył się.
— Mam ci powiedzieć, jak nazywa się starsza siostra tego dziecka? — zapytał lekkim tonem. — Sofi’ala. Ładne imię, prawda? — Obserwował jej reakcję, to drgnięcie głowy, jakby cofnęła się przed uderzeniem, i natarł znowu, bez litości. — Matka tego dziecka miała na imię Ha’anala. A jej ostatnie słowa były o tobie. Powiedziała: „Oddajcie dzieci mojej matce”. Chciała, żebyśmy je zaprowadzili do Gayjuru! Coś w rodzaju krucjaty dziecięcej. Nie zrobiłem tego. Nie spełniłem jej ostatniego życzenia, bo już nigdy więcej nie chcę być odpowiedzialny za życie jakichkolwiek dzieci, Sofio. Ale ona miała rację. Te dzieci nigdy nikogo nie zabiły ani nie zniewoliły. Są tak samo niewinne jak dzieci YaKashanich, które wymordowano na naszych oczach.
Zaczęło padać. Krople były ciepłe jak łzy, a wiatr załopotał tkaniną osłony, prawie zagłuszając jego słowa.
— Będę poręczycielem tych dzieci i ich rodziców, Sofio. Proszę. Pozwól im żyć, a wszystko co dobre… muzyka, poezja, wszystko, do czego są tak uzdolnieni… będzie twoją zasługą — powiedział, teraz już zrozpaczony, bo jej milczenie uznał za odmowę. — Jeśli znowu zabiją, ja będę kozłem ofiarnym. Ich grzechy na moją głowę, dobrze? Zostanę tutaj, a jeśli znowu zabiją, uśmiercisz mnie, a im dasz jeszcze jedną szansę.
— Ha’anala nie żyje?
Kiwnął głową, powstrzymując szloch, bo to Sofia powinna ją opłakiwać.
— Dobrze ją wychowałaś, Sofio — powiedział łamiącym się głosem. — To była naprawdę wyjątkowa kobieta. Założyła tam w górach coś w rodzaju utopijnej wspólnoty. Prawdopodobnie z góry była skazana na zagładę… jak wszystkie utopie. Ale próbowała! Tam żyją razem wszystkie tfzy gatunki, Sofio. Runowie, Jana’atowie, nawet Izaak. Nauczyła ich, że każda dusza jest maleńkim odbiciem Boga i że zabijanie jest niegodziwością, bo kiedy odbiera się komuś życie, tracimy to niepowtarzalne objawienie Boskiej natury.
Znowu zamilkł na chwilę, bo z coraz większym trudem wypowiadał słowa.
— Sofio, jeden z księży, z którymi przybyłem… uważa, że twoja przybrana córka była kimś w rodzaju Mojżesza dla swojego ludu! Trzeba było czterdziestu lat, żeby wypalić w Izraelitach niewolnictwo. Może trzeba czterdziestu lat, żeby wypalić w Jana’atach skłonność do panowania!
Wzruszył bezsilnie ramionami, widząc jej zdumione spojrzenie.
— Nie wiem, Sofio. Prawdopodobnie Sean jest naładowany jakimiś gównianymi teoriami. Może Abraham był psychotykiem, a schizofrenia była w jego rodzinie dziedziczna. Może Jezus był po prostu jeszcze jednym zwariowanym Żydem, który słyszał głosy. Albo może Bóg istnieje, ale jest zły albo głupi i właśnie dlatego na świecie jest tyle absurdu i niesprawiedliwości! To nie ma znaczenia! — zawołał, żeby przekrzyczeć ryk deszczu. — To naprawdę nie ma znaczenia. Mnie już Bóg nie obchodzi, Sofio. Tylko jedno wiem na pewno: chcę, żeby dziecko Ha’anali żyło…
Wyszła na deszcz, który pochłaniał teraz wszystkie inne dźwięki. Przez długi czas po prostu stała w ulewie, wsłuchując się w jej bezlitosny szum, czując jej chłostę na wykoślawionych ramionach, pozwalając, by przemoczyła jej włosy i obmyła zniszczoną twarz.
Kiedy powróciła ze swoich wspomnień, czekał na nią Emilio. Przemoczona i zziębnięta, wsparła się na jego ramieniu i powoli podeszła do lektyki, siadając ciężko na krześle.
Pierwsza fala nawałnicy minęła; deszcz bębnił teraz jednostajnie i przez pewien czas po prostu patrzyli na tonącą w nim równinę. Dotknęła jego ramienia, a on odwrócił się do niej. Podniosła rękę i delikatnie przyłożyła do jego policzka, gdzie tak niedawno pozostawiła swój ślad, a potem odgarnęła mu pasmo włosów opadające na czoło.
— Posiwiałeś, staruszku — powiedziała. — Wyglądasz gorzej ode mnie, aja wyglądam okropnie.
Odpowiedział suchym tonem, ale w otoczonych czerwonymi obwódkami oczach błysnęło rozbawienie.
— Próżność nie należy do moich wielu wad, madame, ale niech mnie szlag trafi, jeśli pozwolę się obrażać.
— Kiedyś cię kochałam.
— Wiem. Ja też ciebie kochałem. Nie zmieniaj tematu.
— Ożeniłeś się?
— Prawie. Porzuciłem kapłaństwo, Sofio. Skończyłem z Bogiem.
— Ale On nie skończył z tobą.
Najwidoczniej — odpowiedział zmęczonym głosem. — Albo to, albo jakiś cholerny ciąg wyjątkowego braku szczęścia. — Podszedł do krawędzi osłony. — Nawet teraz myślę sobie, że to wszystko jest jakimś bardzo kiepskim dowcipem. To dziecko, na którym mi tak zależy? Może wyrosnąć na takiego skurwysyna, że każdy będzie żałował, że nie umarło w łonie swojej matki, aja zapiszę się w dziejach historii Rakhatu jako Sandoz Idiota, który uratował mu życie! — Uzbrojone w protezy ręce zwisały mu bezwładnie po bokach; prychnął, zawstydzony swoją absurdalną pretensjonalnością. — Prawdopodobnie będzie jeszcze jednym żałosnym błaznem, starającym się, żeby wszystko wyszło jak najlepiej i żeby w dodatku było słuszne i zbawienne.
Nagle zmienił pozę. Zrobił się jakiś wyższy, postawniejszy, a Sofia Mendes usłyszała znowu tak jej kiedyś drogi teksański żargon D.W. Yarbrough, dawno zmarłego księdza, który i ją, i jego tak wiele nauczył.
— Panienko Mendes — wycedził Emilio, przegrany, ale nie pozbawiony humoru — myślę, że to całe cholerstwo wypruwa ze mnie flaki.
Zmęczony mówieniem, Emilio usiadł na ziemi obok niej i razem patrzyli, jak deszcz zamienia świat w błoto. Wkrótce zdała sobie sprawę, że usnął, oparty o wsporniki jej krzesła; kalekie ręce spoczywały bezwładnie na podołku. Czując pustkę, słuchała jego cichego pochrapywania i sama by zasnęła, gdyby jej w tym nie przeszkodził wielki, przemoczony mężczyzna, który zajrzał pod baldachim, miętosząc w rękach płócienny kapelusz.
— Signora? Czy już wszystko będzie dobrze? — zapytał z niepokojem.
— A kim ty jesteś? — zapytała cicho, spoglądając znacząco na Emilia.
— Nazywam się Niccolo d’Angeli. „D’Angeli” znaczy „od aniołów” — wyszeptał wielkolud. — Od nich przyszedłem, zanim trafiłem do domu. Aniołowie mnie podrzucili. — Uśmiechnęła się, a on wziął to za dobry znak. — Więc wszystko będzie dobrze? — zapytał ponownie, wchodząc pod osłonę. — Jana mogą tu żyć, jeśli nie będą nikogo krzywdzić, tak? — Nie odpowiedziała, więc mówił dalej: — To by było bardzo sprawiedliwe. Czy don Emilio dobrze się czuje? Dlaczego tak siedzi?
— Śpi. Musiał być bardzo zmęczony.
— On ma nocne koszmary. Boi się spać.
— Jesteś jego przyjacielem?
— Jestem jego ochroniarzem. Myślę, że wszyscy jego przyr jaciele nie żyją. — Zastanawiał się nad tym z ponurą miną, ale po chwili twarz mu się rozjaśniła, jakby mu coś nagle przyszło d© głowy. — Signora jest jego przyjacielem, a żyje.
— Jeszcze żyję — potwierdziła Sofia.
Nico podszedł do skraju namiotu i popatrzył na niebo nieustannie przecinane błyskawicami.
— Podobają mi się tutaj burze — powiedział. — Przypominają mi ostatni akt Rigoletta. — On jest opóźniony w rozwoju, pomyślała. — Znaleźliśmy pani syna, signora. Chce, żeby go pani odwiedziła, ale myślę, że przedtem powinien coś na siebie włożyć. Powiedziałem coś złego?
Otarła oko.
— Nie. — Uśmiechnęła się i wyznała: — Izaak nigdy nie lubił się ubierać.
— Lubi pieśni.
— Tak. Tak, bardzo lubi. Izaak zawsze uwielbiał muzykę. — Wyprostowała się na tyle, na ile jej pozwalało wykoślawione ciało. — Signor d’Angeli, czy mój syn dobrze wygląda?