Rozmowa w „Katedrze”
- Автор: Варгас Льоса Марио
- Язык: польский
- Жанр: Современная русская и зарубежная проза
Электронная книга - «Rozmowa w „Katedrze”». Краткое содержание книги:
Don Hilario pił powoli i przyglądał mu się uważnie. Postawił szklankę na stole, podrapał się w pofałdowany, tłusty kark, splunął pod nogi i patrzył, jak spragniona wilgoci ziemia wchłania ślinę.
– Hm, tak – powiedział z wolna, kiwając głową i tak jakby mówił w stronę chmary brzęczących much. – Ale jak się chce robić interesy, to trzeba mieć kapitalik, mój przyjacielu.
– Ba, pewnie, don – powiedział Ambrosio. – Ja właśnie zebrałem trochę grosza. Chciałbym wiedzieć, czy pan mi pomoże dobrze ulokować te pieniądze. Ludo vico mówił mój wujek Hilario, o, ten to ma głowę do interesów.
– I wtedy go zagiąłeś drugi raz – powiedziała ze śmiechem Amalia.
– Zaraz się zmienił, nie ten człowiek – powiedział Ambrosio. – I wreszcie zaczął do mnie gadać po ludzku.
– Ach ten Ludovico – zachrypiał don Hilario z nieoczekiwanie dobroduszną miną. – Czystą prawdę panu powiedział. Jeden się rodzi na lotnika, inny na śpiewaka. A ja się urodziłem do interesów.
Popatrzył na Ambrosia z przebiegłym uśmiechem: dobrze, że się zgłosił do niego, on mu wskaże drogę. Znajdą coś takiego, żeby się dało na tym zarobić parę groszy. I nagle: chodźmy na obiad, jeść się chce, nie? Jak do rany przyłóż, no widzisz, Amalio, jacy są ludzie?
– Mieszkał we wszystkich trzech domach naraz, musiał ciągle biegać od jednego do drugiego – mówi Ambrosio. – A potem odkryłem, że w Tingo Maria też miał kobietę i dzieciaki, no niech pan powie, paniczu.
– Ale jeszcze mi nie mówiłeś, ileś uskładał – ośmieliła się zapytać Amalia.
– Dwadzieścia tysięcy solów – powiedział don Fermín. Tak, to dla ciebie, to twoje. Żeby ci było lżej zaczynać od nowa, no i żebyś mógł zniknąć, ty biedny głupcze. Nie ma co płakać, Ambrosio. No idź już. Niech cię Bóg błogosławi, Ambrosio.
– Wziął mnie na obiad i do tego wypiliśmy jeszcze pół tuzina piw – powiedział Ambrosio. – I za wszystko on zapłacił, Amalio.
– W interesach przede wszystkim trzeba wiedzieć, na co można liczyć – powiedział don Hilario. – Jak na wojnie. Trzeba wiedzieć, z jakimi siłami możemy ruszyć do ataku.
– Moje siły to na razie pięć tysięcy – powiedział Ambrosio. – Mam jeszcze trochę forsy w Limie i jak sprawy się dobrze ułożą i będzie mi to odpowiadało, to mogę później ściągnąć resztę.
– Za dużo to nie jest – zauważył don Hilario, z furią pakując dwa palce do ust.- Ale coś z tym można zrobić.
– Ba, to już mnie nie dziwi, że był z niego drań. Z taką rodzinką… – mówi Santiago.
Ambrosio najbardziej by chciał, żeby to było coś związanego z firmą przewozową „Morales”, don, bo on był kiedyś szoferem, to jego podwórko. Don Hilario się uśmiechnął, Amalio, zaczął go zachęcać. Wyjaśnił mu, że firma powstała pięć lat temu i na początku były dwie furgonetki, a teraz ma już dwie ciężarówki i trzy furgonetki, na towary i dla pasażerów, i że kursują na trasie Tingo María-Pucallpa. Ciężka praca, Ambrosio: droga jak śmietnisko, osie i silniki pękają w kawałki. No ale, jak sam widzi, postawił na nogi całe przedsiębiorstwo.
– Myślałem, żeby kupić jaką starą ciężarówkę – powiedział Ambrosio. – Mam trochę forsy na pierwszy wkład. Resztę bym spłacił pracą.
– Odpada, robiłby mi pan konkurencję – zaśmiał się don Hilario z przyjaznym poskrzekiwaniem.
– Jeszcześmy nie ustalili – powiedział Ambrosio. – Mówi, że nawiązaliśmy kontakt. Jutro znów porozmawiamy.
Widzieli się następnego dnia i jeszcze następnego, i znowu następnego, i za każdym razem Ambrosio wracał do domu podpity, zalatywało od niego piwem i opowiadał: ten don Hilario to moczy morda! W ciągu tygodnia doszli do porozumienia, Amalio: Ambrosio będzie prowadził furgonetkę z firmy przewozowej „Morales”, z pensją pięćset solów plus dziesięć procent od przejazdu, a prócz tego będzie wspólnikiem don Hilaria w jednym takim murowanym interesie. I Amalia, widząc, że się zawahał: w jakim interesie?
– Zakład pogrzebowy „Trumny dla niewinnych duszyczek” – powiedział Ambrosio przełknąwszy ślinę. – Kupujemy go za trzydzieści tysięcy, don Hilario mówi, że to półdarmo. Ja nawet nie będę widział tych zmarłych, on będzie zarządzał i co pół roku wypłaci mi moją część zysków. Dlaczego masz taką minę, co w tym złego?
– Nie, nic złego, ale tak mi jakoś dziwnie – powiedziała Amalia. – Najbardziej dlatego, że to dla tych dzieciątek, co poumierają.
– Dla starych też będziemy robić trumny – powiedział Ambrosio. – Don Hilario mówi, że to najpewniejszy interes, bo ludzie zawsze umierają. Będziemy dzielić zyski po połowie. On bierze na siebie zarządzanie i nic za to nie chce. Czego nam więcej trzeba, nie?
– To teraz pewno będziesz ciągle jeździł do Tingo María – powiedziała Amalia.
– Tak, i nie będę mógł pilnować interesu – odparł Ambrosio. – Musisz mieć oczy otwarte i liczyć wszystkie trumny, które będą wynosić. Więc dobrze, że to tak blisko. Możesz patrzeć nie wychodząc z domu.
– No dobrze – powiedziała Amalia. – Tylko mi tak dziwnie.
– Jednym słowem, przez całe miesiące nic nie robiłem, tylko zapalałem, hamowałem, wrzucałem biegi – mówi Ambrosio. – Jeździłem okropnie starym gratem, paniczu. Nazywał się „Górska Błyskawica”.
III
– Więc pan się pierwszy ożenił, paniczu – mówi Ambrosio. – Dał pan przykład rodzeństwu.
Prosto z „La Maison de Santé” pojechał do pensjonatu w Barranco, żeby się ogolić i zmienić ubranie, potem do Miraflores. Była dopiero trzecia po południu, ale zobaczył, że samochód don Fermina stoi przed domem. Szef służby przyjął go z poważną miną: państwo bardzo się martwili, że pan nie przyszedł w niedzielę na obiad, paniczu. Teté i Chispasa nie było w domu. Panią Zoile zastał przed telewizorem w małym pokoiku za schodami, który teraz służył do czwartkowej gry w kanastę.
– Najwyższy czas – mruknęła zwracając w jego stronę nachmurzoną twarz. – Przyszedłeś zobaczyć, czy jeszcze żyjemy?
Starał się rozładować napięcie, żartował – byłeś w dobrym humorze, Zavalita, wypuszczony z kliniki jak z klatki – ale ona rzucając od czasu do czasu mimowolne spojrzenie na ekran telewizora, nie przestawała mu robić wymówek: w niedzielę przygotowali dla ciebie nakrycie, Teté, Popeye, Chispas i Cary czekali na ciebie aż do trzeciej, powinieneś jednak pamiętać o tym, że twój ojciec jest chory. Wiedząc, że liczy dni do twoich odwiedzin, myśli, wiedząc, jak go to boli, że nie przychodzisz. Myśli: posłuchał lekarzy, nie chodził do biura, odpoczywał, myślałeś, że już wydobrzał. Ale tego dnia przekonałeś się, że jednak nie, Zavalita. Siedział, zupełnie sam w swoim fotelu w gabinecie, z kocem na kolanach. Przeglądał jakieś pismo i widząc syna uśmiechnął się do niego z pełnym czułości wyrzutem. Skóra, jeszcze ze śladami letniej opalenizny, była skórą starego człowieka, a na twarzy pojawił się dziwny grymas; don Fermín wyglądał tak jakby schudł co najmniej o dziesięć kilo. Był bez krawata, w rozpiętej kurtce, a spoza rozchylonego kołnierzyka koszuli wyzierały siwe włosy. Santiago usiadł obok niego.
– Świetnie wyglądasz, tato – powiedział całując go. Jak się czujesz?
– Lepiej, ale twoja matka i Chispas zmuszają mnie do próżniactwa, czuję się niepotrzebny – poskarżył się don Fermín. – Tylko na chwilę pozwalają mi zajrzeć do biura i każą mi przesypiać sjestę i całe godziny przesiadywać tutaj, jakbym się już do niczego nie nadawał.
– To tylko na razie, dopóki zupełnie nie przyjdziesz do siebie – powiedział Santiago. – Potem sobie wszystko powetujesz, tato.