Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне

Электронная книга - «Rozmowa w „Katedrze”». Краткое содержание книги:

Rozmowa w Katedrze to niezwykła historia ludzi żyjących w Peru, w latach 50., w czasie dyktatury wojskowej, której przywódcą był generał Manuel Apolinario Odría.Akcja książki rozgrywa się na kilku płaszczyznach ujawniających kulisy i mechanizmy władzy dyktatora jak i jej wpływ na życie zwykłych ludzi. W popularnym barze o znaczącej nazwie Katedraa spotykają się Santiago Zavala, który wyrwał się spod władzy lojalnego wobec rządu ojca, Ambrosio człowiek ze społecznych nizin, znajomy Cayo Bemudeza bliskiego współpracownika prezydenta. Rozmowa, uznawana jest za najważniejsze dzieło Vargasa Llosy. Sam Autor mówi o niej w ten sposób: żadna inna powieść nie przysporzyła mi tak wiele trudu. Dlatego gdybym musiał kiedyś uratować coś z pożaru, wyniósłbym właśnie tę książkę.
1 ... 132 133 134 135 136 137 138 139 140 ... 163
Перейти на страницу:

Don Hilario pił powoli i przyglądał mu się uważnie. Postawił szklankę na stole, podrapał się w pofałdowany, tłusty kark, splunął pod nogi i patrzył, jak spragniona wilgoci ziemia wchłania ślinę.

– Hm, tak – powiedział z wolna, kiwając głową i tak jakby mówił w stronę chmary brzęczących much. – Ale jak się chce robić interesy, to trzeba mieć kapitalik, mój przyjacielu.

– Ba, pewnie, don – powiedział Ambrosio. – Ja właśnie zebrałem trochę grosza. Chciałbym wiedzieć, czy pan mi pomoże dobrze ulokować te pieniądze. Ludo vico mówił mój wujek Hilario, o, ten to ma głowę do interesów.

– I wtedy go zagiąłeś drugi raz – powiedziała ze śmiechem Amalia.

– Zaraz się zmienił, nie ten człowiek – powiedział Ambrosio. – I wreszcie zaczął do mnie gadać po ludzku.

– Ach ten Ludovico – zachrypiał don Hilario z nieoczekiwanie dobroduszną miną. – Czystą prawdę panu powiedział. Jeden się rodzi na lotnika, inny na śpiewaka. A ja się urodziłem do interesów.

Popatrzył na Ambrosia z przebiegłym uśmiechem: dobrze, że się zgłosił do niego, on mu wskaże drogę. Znajdą coś takiego, żeby się dało na tym zarobić parę groszy. I nagle: chodźmy na obiad, jeść się chce, nie? Jak do rany przyłóż, no widzisz, Amalio, jacy są ludzie?

– Mieszkał we wszystkich trzech domach naraz, musiał ciągle biegać od jednego do drugiego – mówi Ambrosio. – A potem odkryłem, że w Tingo Maria też miał kobietę i dzieciaki, no niech pan powie, paniczu.

– Ale jeszcze mi nie mówiłeś, ileś uskładał – ośmieliła się zapytać Amalia.

– Dwadzieścia tysięcy solów – powiedział don Fermín. Tak, to dla ciebie, to twoje. Żeby ci było lżej zaczynać od nowa, no i żebyś mógł zniknąć, ty biedny głupcze. Nie ma co płakać, Ambrosio. No idź już. Niech cię Bóg błogosławi, Ambrosio.

– Wziął mnie na obiad i do tego wypiliśmy jeszcze pół tuzina piw – powiedział Ambrosio. – I za wszystko on zapłacił, Amalio.

– W interesach przede wszystkim trzeba wiedzieć, na co można liczyć – powiedział don Hilario. – Jak na wojnie. Trzeba wiedzieć, z jakimi siłami możemy ruszyć do ataku.

– Moje siły to na razie pięć tysięcy – powiedział Ambrosio. – Mam jeszcze trochę forsy w Limie i jak sprawy się dobrze ułożą i będzie mi to odpowiadało, to mogę później ściągnąć resztę.

– Za dużo to nie jest – zauważył don Hilario, z furią pakując dwa palce do ust.- Ale coś z tym można zrobić.

– Ba, to już mnie nie dziwi, że był z niego drań. Z taką rodzinką… – mówi Santiago.

Ambrosio najbardziej by chciał, żeby to było coś związanego z firmą przewozową „Morales”, don, bo on był kiedyś szoferem, to jego podwórko. Don Hilario się uśmiechnął, Amalio, zaczął go zachęcać. Wyjaśnił mu, że firma powstała pięć lat temu i na początku były dwie furgonetki, a teraz ma już dwie ciężarówki i trzy furgonetki, na towary i dla pasażerów, i że kursują na trasie Tingo María-Pucallpa. Ciężka praca, Ambrosio: droga jak śmietnisko, osie i silniki pękają w kawałki. No ale, jak sam widzi, postawił na nogi całe przedsiębiorstwo.

– Myślałem, żeby kupić jaką starą ciężarówkę – powiedział Ambrosio. – Mam trochę forsy na pierwszy wkład. Resztę bym spłacił pracą.

– Odpada, robiłby mi pan konkurencję – zaśmiał się don Hilario z przyjaznym poskrzekiwaniem.

– Jeszcześmy nie ustalili – powiedział Ambrosio. – Mówi, że nawiązaliśmy kontakt. Jutro znów porozmawiamy.

Widzieli się następnego dnia i jeszcze następnego, i znowu następnego, i za każdym razem Ambrosio wracał do domu podpity, zalatywało od niego piwem i opowiadał: ten don Hilario to moczy morda! W ciągu tygodnia doszli do porozumienia, Amalio: Ambrosio będzie prowadził furgonetkę z firmy przewozowej „Morales”, z pensją pięćset solów plus dziesięć procent od przejazdu, a prócz tego będzie wspólnikiem don Hilaria w jednym takim murowanym interesie. I Amalia, widząc, że się zawahał: w jakim interesie?

– Zakład pogrzebowy „Trumny dla niewinnych duszyczek” – powiedział Ambrosio przełknąwszy ślinę. – Kupujemy go za trzydzieści tysięcy, don Hilario mówi, że to półdarmo. Ja nawet nie będę widział tych zmarłych, on będzie zarządzał i co pół roku wypłaci mi moją część zysków. Dlaczego masz taką minę, co w tym złego?

– Nie, nic złego, ale tak mi jakoś dziwnie – powiedziała Amalia. – Najbardziej dlatego, że to dla tych dzieciątek, co poumierają.

– Dla starych też będziemy robić trumny – powiedział Ambrosio. – Don Hilario mówi, że to najpewniejszy interes, bo ludzie zawsze umierają. Będziemy dzielić zyski po połowie. On bierze na siebie zarządzanie i nic za to nie chce. Czego nam więcej trzeba, nie?

– To teraz pewno będziesz ciągle jeździł do Tingo María – powiedziała Amalia.

– Tak, i nie będę mógł pilnować interesu – odparł Ambrosio. – Musisz mieć oczy otwarte i liczyć wszystkie trumny, które będą wynosić. Więc dobrze, że to tak blisko. Możesz patrzeć nie wychodząc z domu.

– No dobrze – powiedziała Amalia. – Tylko mi tak dziwnie.

– Jednym słowem, przez całe miesiące nic nie robiłem, tylko zapalałem, hamowałem, wrzucałem biegi – mówi Ambrosio. – Jeździłem okropnie starym gratem, paniczu. Nazywał się „Górska Błyskawica”.

III

– Więc pan się pierwszy ożenił, paniczu – mówi Ambrosio. – Dał pan przykład rodzeństwu.

Prosto z „La Maison de Santé” pojechał do pensjonatu w Barranco, żeby się ogolić i zmienić ubranie, potem do Miraflores. Była dopiero trzecia po południu, ale zobaczył, że samochód don Fermina stoi przed domem. Szef służby przyjął go z poważną miną: państwo bardzo się martwili, że pan nie przyszedł w niedzielę na obiad, paniczu. Teté i Chispasa nie było w domu. Panią Zoile zastał przed telewizorem w małym pokoiku za schodami, który teraz służył do czwartkowej gry w kanastę.

– Najwyższy czas – mruknęła zwracając w jego stronę nachmurzoną twarz. – Przyszedłeś zobaczyć, czy jeszcze żyjemy?

Starał się rozładować napięcie, żartował – byłeś w dobrym humorze, Zavalita, wypuszczony z kliniki jak z klatki – ale ona rzucając od czasu do czasu mimowolne spojrzenie na ekran telewizora, nie przestawała mu robić wymówek: w niedzielę przygotowali dla ciebie nakrycie, Teté, Popeye, Chispas i Cary czekali na ciebie aż do trzeciej, powinieneś jednak pamiętać o tym, że twój ojciec jest chory. Wiedząc, że liczy dni do twoich odwiedzin, myśli, wiedząc, jak go to boli, że nie przychodzisz. Myśli: posłuchał lekarzy, nie chodził do biura, odpoczywał, myślałeś, że już wydobrzał. Ale tego dnia przekonałeś się, że jednak nie, Zavalita. Siedział, zupełnie sam w swoim fotelu w gabinecie, z kocem na kolanach. Przeglądał jakieś pismo i widząc syna uśmiechnął się do niego z pełnym czułości wyrzutem. Skóra, jeszcze ze śladami letniej opalenizny, była skórą starego człowieka, a na twarzy pojawił się dziwny grymas; don Fermín wyglądał tak jakby schudł co najmniej o dziesięć kilo. Był bez krawata, w rozpiętej kurtce, a spoza rozchylonego kołnierzyka koszuli wyzierały siwe włosy. Santiago usiadł obok niego.

– Świetnie wyglądasz, tato – powiedział całując go. Jak się czujesz?

– Lepiej, ale twoja matka i Chispas zmuszają mnie do próżniactwa, czuję się niepotrzebny – poskarżył się don Fermín. – Tylko na chwilę pozwalają mi zajrzeć do biura i każą mi przesypiać sjestę i całe godziny przesiadywać tutaj, jakbym się już do niczego nie nadawał.

– To tylko na razie, dopóki zupełnie nie przyjdziesz do siebie – powiedział Santiago. – Potem sobie wszystko powetujesz, tato.

1 ... 132 133 134 135 136 137 138 139 140 ... 163
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)