Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне

Электронная книга - «Rozmowa w „Katedrze”». Краткое содержание книги:

Rozmowa w Katedrze to niezwykła historia ludzi żyjących w Peru, w latach 50., w czasie dyktatury wojskowej, której przywódcą był generał Manuel Apolinario Odría.Akcja książki rozgrywa się na kilku płaszczyznach ujawniających kulisy i mechanizmy władzy dyktatora jak i jej wpływ na życie zwykłych ludzi. W popularnym barze o znaczącej nazwie Katedraa spotykają się Santiago Zavala, który wyrwał się spod władzy lojalnego wobec rządu ojca, Ambrosio człowiek ze społecznych nizin, znajomy Cayo Bemudeza bliskiego współpracownika prezydenta. Rozmowa, uznawana jest za najważniejsze dzieło Vargasa Llosy. Sam Autor mówi o niej w ten sposób: żadna inna powieść nie przysporzyła mi tak wiele trudu. Dlatego gdybym musiał kiedyś uratować coś z pożaru, wyniósłbym właśnie tę książkę.
1 ... 130 131 132 133 134 135 136 137 138 ... 163
Перейти на страницу:

– Lepiej sobie pójdę – usłyszała własny głos, zająkliwy, cichy, osłupiały. – Pani na pewno chce, żebym poszła, prawda?

– Coś ci powiem – nie puszczała jej ręki, przysunęła się do niej, głos jej stał się słabszy i Queta czuła jej oddech. – Byłam w rozpaczy, bo myślałam, że jesteś stara, brzydka, że będziesz brudna.

– Pani chce, żebym wyszła? – wybełkotała Queta głupio, dysząc ciężko, pamiętając o tych lustrach. – Więc przysłano po mnie po to, żeby?

– Ale nie jesteś – szepnęła Hortensja i przysunęła twarz jeszcze bliżej, a Queta zobaczyła przeogromną radość w jej oczach i ruch warg, które zdawały się parować z gorąca. – Jesteś śliczna i młoda. I czyściutka.

Wyciągnęła drugą rękę i ujęła drugie ramię Quety. Patrzyła na nią bezwstydnie, kpiąco, przegięła się i usiadła, mruczała musisz mnie nauczyć, upadła na plecy i patrzyła na nią z dołu szeroko rozwartymi, radosnymi oczami, uśmiechała się i paplała mówże mi wreszcie po imieniu, przecież jak będą ze sobą spały, to nie będzie jej mówiła proszę pani, no nie? nie wypuszczała jej ramienia, delikatnie ciągnęła ją ku sobie, aż Queta pochyliła się i upadła obok niej. Nauczyć cię? myślała Queta, ja mam ciebie uczyć? z coraz mniejszymi oporami, już bez zażenowania, już ze śmiechem.

– No proszę – odezwał się za jej plecami rozkazujący głos, który z wolna zaczynał nabierać życia. – Wygląda na to, żeście się zaprzyjaźniły.

Obudził go dojmujący głód; głowa już nie bolała, ale czuł kłucie w plecach i skurcz mięśni. Pokój był mały, zimny i goły, okna wychodziły na podcienia z kolumnami, przechodziły tamtędy zakonnice i pielęgniarki. Przyniesiono mu śniadanie i rzucił się na jedzenie.

– Żeby tylko panu nie zaszkodziło – powiedziała pielęgniarka. – Może jeszcze chleba?

– I kawy z mlekiem, jeżeli można – powiedział Santiago. – Nie miałem nic w ustach od wczoraj.

Pielęgniarka przyniosła mu jeszcze jedno całe śniadanie i została w pokoju, przyglądając się, jak je. To właśnie ona tam była, Zavalita: taka ciemna, schludna i młoda w swoim nieposzlakowanym białym stroju, w białych pończochach, w nakrochmalonym czepku na krótkiej chłopięcej czuprynie, szczuplutka jak niteczka, smukłonoga, gdy tak stała przy jego łóżku i uśmiechała się do niego żarłocznymi ząbkami.

– Więc pan jest dziennikarzem? – oczy miała żywe i bezczelne, a przy tym układny kpiący głosik. – Jak to się stało, żeście się wyłożyli?

– Anna – mówi Santiago. – Tak, bardzo młoda. O pięć lat młodsza ode mnie.

– Po takim wstrząsie człowiek może na całe życie zostać idiotą, nawet jeżeli nic sobie nie złamał – roześmiała się pielęgniarka. – Dlatego wzięli pana na obserwację.

– Niech mnie pani nie straszy – powiedział Santiago. – Raczej powinna mnie pani podnosić na duchu.

– Pan się wzdryga na samą myśl o ojcostwie? dlaczego? – mówi Ambrosio. – Gdyby tak wszyscy myśleli, w Peru niedługo nie byłoby ludzi, paniczu.

– Więc pan pracuje w „Kronice”? – powtórzyła; stała z jedną ręką na klamce, jakby już miała wyjść, ale od pięciu minut nie ruszała się z miejsca. – Dziennikarstwo to musi być okropnie ciekawa praca, nie?

– Chociaż, muszę się panu przyznać, ja też byłem zgnębiony, jak się dowiedziałem, że będę ojcem – mówi Ambrosio. – Ale potem człowiek się przyzwyczaja, paniczu.

– Owszem, ciekawa, tylko że ma swoje ciemne strony, w każdej chwili można sobie rozwalić łeb – powiedział Santiago. – Mam do pani prośbę. Czy nie udałoby się kogoś posłać po papierosy?

– Chorym nie wolno palić, zabronione – powiedziała. – Musi pan jakoś wytrzymać. Tym lepiej dla pana, nie zatruwa pan organizmu.

– Umieram z tęsknoty za papierosem – powiedział Santiago. – Niech pani nie będzie taka niedobra. Proszę mi zdobyć chociaż jednego.

– A pana małżonka co o tym myśli? – mówi Ambrosio. – Bo ona na pewno chce mieć dziecko, na pewno. Kobiety zawsze chcą być mamusiami.

– A co za to dostanę? – powiedziała. – Umieści pan w gazecie moje zdjęcie?

– Chyba tak – mówi Santiago. – Ale Anna to dobra dziewczyna, zgadza się ze mną.

– Jak doktor zobaczy, to mnie zabije – powiedziała pielęgniarka z miną spiskowca. – Niech pan to wypali po kryjomu, a niedopałek wyrzuci do basenu.

– Okropność, „country” – powiedział Santiago zanosząc się kaszlem. – Pani pali takie świństwo?

– Macie go, jaki wymagający – powiedziała ze śmiechem. – Ja w ogóle nie palę. Ukradłam dla pana, żeby pan mógł dalej trwać w nałogu.

– Następnym razem niech pani ukradnie „nacional presidente”, a przysięgam, że umieszczę pani zdjęcie – powiedział Santiago.

– Ukradłam go doktorowi Franco – powiedziała z pocieszną minką. – Niech Bóg pana przed nim ustrzeże. To najbardziej niesympatyczny ze wszystkich lekarzy, a poza tym brutal. Wszystkim chorym zapisuje czopki.

– Co pani zrobił ten biedny doktor Franco – powiedział Santiago. – Może się pani w nim kochała?

– Też pomysł, staruszek już ledwo dyszy – na jej policzkach pokazały się dwa dołeczki, jej śmiech był żywy i ostry, nie krygowała się. – On ma sto lat.

Przez cały ranek przewozili go z jednej sali na drugą, prześwietlali i robili analizy; lekarz, którego jak przez mgłę widział poprzedniego wieczora, poddał go niemal policyjnemu przesłuchaniu. Nie ma żadnych złamań, tak przynajmniej wygląda, ale to kłucie w plecach mu się nie podoba, młody człowieku, zobaczymy, co wykażą zdjęcia. W południe przyszedł Arispe i żartował z niego: jak się dowiedział o wypadku, to zatkał uszy i nie chciał słuchać, Zavalita, możesz sobie wyobrazić, jak cię skląłem. Pozdrowienia od dyrektora, niech Santiago zostanie w klinice tak długo, jak będzie trzeba, dziennik poniesie dodatkowe koszty, tylko niech nie urządza bankietów w hotelu Bolívar. Więc naprawdę nie chcesz, żebyśmy zawiadomili twoją rodzinę, Zavalita? Nie, stary się przestraszy, a zresztą nie warto, nic mi nie jest. Po południu przyszli Periquito i Darío; mieli tylko siniaki i byli bardzo zadowoleni. Dwa dni sobie odpoczywali, a teraz, jeszcze tego samego wieczora, mieli gdzieś razem wyskoczyć. Niedługo potem przyszli Solórzano, Millón i Norwin, a kiedy się pożegnali, zjawili się Garlitos i Chinka, jak dwoje rozbitków, trupiobladzi i słodko wpatrzeni w siebie.

– Ale macie miny – powiedział Santiago. – Jakbyście jeszcze nie wytrzeźwieli po tamtej hulance.

– Bo jeszcze ciągle jesteśmy pijani – powiedziała Chinka ziewając ostentacyjnie; usiadła w nogach łóżka i zdjęła pantofle. – Ja już nawet nie wiem, jaki to dzień dzisiaj ani która godzina.

– Od dwu dni nie pokazuję się w „Kronice” – powiedział Garlitos; miał żółtą cerę, czerwony nos, oczy szczęśliwe i galaretowate. – Zadzwoniłem do Arispego, już miałem mu zbujać, że mam atak, kiedy mi powiedział o wypadku. Nie byłem wcześniej, bo nie chciałem spotkać kogoś z redakcji.

– Pozdrowienia od Ady Rosy – zarechotała Chinka. – Nie odwiedzała cię?

– Nie mów mi o niej – powiedział Santiago. – To nie kobieta, to pantera.

Ale Chinka mu przerwała zanosząc się od śmiechu: wiemy, wiemy, ona sama im opowiadała, jak było. Ada Rosa już taka jest, najpierw prowokuje, a potem wysiada, taka narwana, taka wariatka. Chinka trzęsła się ze śmiechu, otrząsała się jak foka. Miała usta umalowane w serduszko, wysoką barokową fryzurę, która nadawała jej twarzy wyraz dumnej agresywności, i wszystko w jej wyglądzie rzucało się w oczy bardziej niż zwykle: gesty, okrągłości, pieprzyła. I Garlitos cieszył się i cierpiał przez taką dziewczynę, myśli, od takich spraw zależały jego niepokoje albo pogoda ducha.

1 ... 130 131 132 133 134 135 136 137 138 ... 163
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)