Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне

Электронная книга - «Rozmowa w „Katedrze”». Краткое содержание книги:

Rozmowa w Katedrze to niezwykła historia ludzi żyjących w Peru, w latach 50., w czasie dyktatury wojskowej, której przywódcą był generał Manuel Apolinario Odría.Akcja książki rozgrywa się na kilku płaszczyznach ujawniających kulisy i mechanizmy władzy dyktatora jak i jej wpływ na życie zwykłych ludzi. W popularnym barze o znaczącej nazwie Katedraa spotykają się Santiago Zavala, który wyrwał się spod władzy lojalnego wobec rządu ojca, Ambrosio człowiek ze społecznych nizin, znajomy Cayo Bemudeza bliskiego współpracownika prezydenta. Rozmowa, uznawana jest za najważniejsze dzieło Vargasa Llosy. Sam Autor mówi o niej w ten sposób: żadna inna powieść nie przysporzyła mi tak wiele trudu. Dlatego gdybym musiał kiedyś uratować coś z pożaru, wyniósłbym właśnie tę książkę.
1 ... 135 136 137 138 139 140 141 142 143 ... 163
Перейти на страницу:

– Spałeś z tą wariatką Hortensją? – powiedziała Queta i zobaczyła gwałtowny błysk przerażenia w oczach czarnucha.

– Skąd, co pani – wymamrotał oszołomiony. – Niech pani tak nigdy nie mówi, nawet żartem.

– No więc czemu chcesz spać ze mną, jak śmiesz, co? – powiedziała Queta szukając wzrokiem jego oczu.

– Bo pani… – mamrotał Ambrosio i głos mu uwiązł w gardle; zmieszany zwiesił głowę. – Może jeszcze wermutu?

– Ileś ty musiał wypić, żeby się zebrać na odwagę, co? – powiedziała rozbawiona Queta.

– Dużo, już straciłem rachunek – Queta usłyszała śmiech w jego głosie, mówił teraz bardziej poufałym tonem. – I nie tylko piwo, było i parę setek. Wczoraj wieczorem też byłem, ale nie wchodziłem. A dzisiaj tak, bo miałem takie polecenie.

– No dobra – powiedziała Queta. – Zamów mi jeszcze jeden wermut i zmiataj. I już więcej nie przychodź.

Ambrosio zwrócił oczy na Robertita: jeszcze jeden wermut, don. Queta zobaczyła, że Robertito powstrzymuje śmiech, a z daleka zamajaczyły wpatrzone w nią, zaintrygowane twarze Ivonne i Malviny.

– Czarni dobrze tańczą, mam nadzieję, że ty też, nie? – powiedziała Queta. – Niech ci będzie, raz w życiu miej tę przyjemność, zatańczę z tobą.

Pomógł jej wstać. Patrzył jej teraz w oczy z psią, niemal płaczliwą wdzięcznością. Objął ją ledwo, ledwo i nie próbował przytulać. Nie, nie umiał tańczyć albo nie mógł, ledwo się ruszał, nie chwytał rytmu. Queta czuła na swoich plecach jego doświadczone palce, jego ramię podtrzymywało ją z bojaźliwą troskliwością.

– Coś ty taki przylepny – zażartowała rozbawiona. – Lepiej tańcz tak jak inni.

Ale on nie zrozumiał i zamiast objąć ją trochę mocniej, odsunął się jeszcze o kilka milimetrów i mruknął coś pod nosem. Kiedy ona się obracała, podśpiewywała, poruszała ramionami i zmieniała krok, on kołysał się bez wdzięku stojąc w jednym miejscu i wyglądał przy tym tak zabawnie, podobny był do tych karnawałowych masek, które Robertito zawiesił pod sufitem. Wrócili do baru i Queta zamówiła następny wermut.

– Głupio zrobiłeś, żeś tu przyszedł – powiedziała życzliwie. – Ivonne, Robertito albo ktokolwiek może powiedzieć Śmierdzielowi i dostaniesz wycisk.

– Pani myśli, że tak? – szepnął rozglądając się dokoła z głupią miną. Idiota, wszystko przewidział, tylko nie to, pomyślała Queta, cała noc zmarnowana.

– Jasne – powiedziała. – Nie wiesz, że wszyscy przed nim się trzęsą tak samo jak ty? I teraz jest pewnie wspólnikiem Ivonne? Taki jesteś głupi, że ci to nawet nie przyszło do głowy?

– Chciałbym pójść z panią na górę – wybąkał: płonęły na jego ołowianoszarej twarzy, nad szerokim nosem o rozdętych chrapach, nad rozchylonymi wargami, w których lśniły bieluteńkie zęby; w jego głosie brzmiał przestrach. – Czy można? – I jeszcze bardziej przestraszony: – Ile by to kosztowało?

– Żeby się raz położyć ze mną, musiałbyś pracować całe miesiące – uśmiechnęła się Queta i popatrzyła na niego ze współczuciem.

– No a gdybym tyle miał – nalegał. – Chociaż na jeden raz. To jak, można by?

– Można, za pięćset solów – powiedziała Queta oglądając go badawczo, aż spuścił oczy, i uśmiechając się. – Plus pięćdziesiąt za pokój. Sam widzisz, nie na twoją kieszeń.

Białe kule jego oczu zadrgały, wargi zacisnęły się w wyrazie przygnębienia. Ale podniósł ogromne łapsko i żałosnym gestem wskazał na Robertita: tamten mu mówił, że taryfa wynosi dwieście.

– Tak, dla innych, ale ja mam swoją taryfę – powiedziała Queta. – Ale jeżeli masz dwieście, możesz sobie wziąć każdą z nich. Oprócz Marty, tej w żółtym. Ona nie lubi Murzynów. No dobra, zapłać i już cię nie ma.

Patrzyła, jak wyciąga z portfelu pieniądze, jak płaci Robertitowi i odbiera resztę, ze zmarszczoną twarzą, zamyślony.

– Powiedz tej wariatce, że do niej zadzwonię – rzekła Queta przyjaźnie. – A teraz rusz się, weź sobie którąś z tych dziewczynek, biorą po dwieście. Możesz być spokojny, porozmawiam z Ivonne i nic nie powiedzą Śmierdzielowi.

– Nie chcę spać z żadną z nich – mruknął. – Lepiej sobie pójdę.

Odprowadziła go do ogródka przy wejściu i tam nagle przystanął, odwrócił się i w czerwonym świetle latarni Queta zobaczyła, że się waha, że podnosi wzrok, opuszcza i podnosi, że walczy z sobą, aż wreszcie zdołał wyjąkać: jeszcze mu zostało dwieście solów.

– Jeżeli się będziesz upierał, to się rozgniewam – powiedziała Queta. – No wynoś się wreszcie.

– Za jeden pocałunek? – wykrztusił zbity z tropu. – Można?

Wyciągnął długie ramiona, jakby miał zamiar uczepić się gałęzi drzewa, włożył dłoń do kieszeni, zrobił szybki kolisty ruch i Queta zobaczyła banknoty. Patrzyła, jak zbliżają się do jej ręki, i nie wiadomo kiedy, zgniecione i zmięte, znalazły się między jej własnymi palcami. Murzyn rzucił okiem do wnętrza lokalu, pochylił ku niej ciężką głowę i poczuła, że do jej szyi przylgnęło coś jakby mydlana bańka. Uścisnął ją z pasją, ale ledwie poczuł opór, zaraz się odsunął.

– W porządku, warto było – powiedział, uśmiechnięty i pełen wdzięczności, a dwa białe węgle tańczyły w oczodołach. – Któregoś dnia przyniosę i te pięćset.

Otworzył furtkę i wyszedł, a Queta stała przez chwilę i w oszołomieniu patrzyła na dwa błękitne papierki, szeleszczące w jej dłoni.

Zabazgrane stroniczki rzucone do kosza, myśli, tygodnie i miesiące zabazgrane i wyrzucone. Tak wtedy było, Zavalita: zastój w redakcji, ciągle te same plotki i dowcipy, powtarzające się rozmowy z Carlitosem w „Negro-Negro”, wysiadywanie przy barach nocnych spelunek. Ile razy Garlitos z Chinką zdążyli się przez ten czas pogodzić, pokłócić i znowu pogodzić? Kiedy to pijaństwa Carlitosa przerodziły się w jedno permanentne zamroczenie? W tej galarecie dni, w tej magmie miesięcy, w tym strumieniu przepływających lat tylko jedna wątła niteczka, której można się uchwycić. Myśli: Anna. Spotkali się w tydzień po jego wyjściu z „La Maison de Santé” i poszli do kina „San Martín” na film z Columba Domínguez i Pedro Armendárizem, i jedli kiełbaski w pewnej niemieckiej restauracji przy Colmena; w następny czwartej chili z mięsem w „Cream Rica” na Jirón de la Unión i jakieś pikantne danie w „Excelsior”. Potem wszystko się rozpraszało i mieszało, Zavalita, herbata w pobliżu Pałacu Sprawiedliwości, spacery po Parque de la Exposición i wreszcie, nagle, podczas zimy zasnutej mżawką i upartą mgłą, ten kojący tryb życia złożony z tanich dań w restauracjach i z meksykańskich melodramatów, i z przekomarzania się, nabrał pewnej niesprecyzowanej stabilności. „Neptun”, Zavalita: ciemne wnętrze, senne rytmy, przypadkowe pary tańczące w mroku, fosforyzujące gwiazdki na ścianach, woń alkoholu i zmysłowych uciech. Trochę się martwiłeś, jak to będzie z rachunkiem, chytrze przeciągałeś picie wciąż tej samej szklanki, obliczałeś. Wtedy pierwszy raz się pocałowali, pod wrażeniem tego półmroku, tej muzyki i widoku postaci ściskających się w ciemnościach: zakochałem się w tobie, Anita. I wtedy także twoje zdumienie, kiedy poczułeś jej bezwolne ciało tuż przy sobie, ja też się zakochałam, Santiago, i wtedy młodzieńcza zachłanność jej ust i pożądanie, które cię unicestwiło. Tańczyli całując się, a potem całowali się siedząc przy stoliku, a kiedy odwoził ją taksówką do domu, Anna bez słowa protestu pozwoliła, żeby pieścił jej piersi. Przez cały wieczór ani razu nie zażartowała, myśli. Ten romans dokonywał się wbrew twoim chęciom i na pół po kryjomu, Zavalita. Anna koniecznie chciała cię zaprosić na obiad do domu, a ty nigdy nie mogłeś, to miałeś reportaż, to znów były jakieś inne przeszkody, więc w przyszłym tygodniu, więc kiedy indziej. Któregoś wieczora w „Haití” na Placu Broni natknął się na nich Garlitos, był zdumiony widząc, że trzymają się za ręce i Anna tuli się do ramienia Santiago. Wtedy pierwszy raz się pokłócili, Zavalita. Dlaczego jej nie przedstawiłeś swojej rodzinie, dlaczego nie chcesz poznać mojej rodziny, dlaczego nawet najbliższemu przyjacielowi nic nie powiedziałeś, wstydzisz się mnie? Stali pod bramą „La Maison de Samé”, było zimno i ty już miałeś dosyć: teraz wiem, Anita, czemu tak lubisz te meksykańskie melodramaty. Odwróciła się od niego i weszła do kliniki, nawet się nie żegnając.

1 ... 135 136 137 138 139 140 141 142 143 ... 163
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)