Rozmowa w „Katedrze”
- Автор: Варгас Льоса Марио
- Язык: польский
- Жанр: Современная русская и зарубежная проза
Электронная книга - «Rozmowa w „Katedrze”». Краткое содержание книги:
– Kazała mi spać na dywanie – powiedział Santiago. – Całe ciało mnie boli, i to nie po wypadku, tylko od tego spania na twojej twardej podłodze.
Garlitos i Chinka byli u niego z godzinę i ledwie wyszli, wkroczyła pielęgniarka. Na jej ustach błąkał się złośliwy uśmieszek, w oczach diaboliczne iskierki.
– No proszę, jakie to mamy przyjaciółki – powiedziała poprawiając mu poduszki. – Ta Maria Antonina Pons to chyba jedna z zespołu Bimbambom?
– Już mi pani nie powie, że pani oglądała występy Bimbambom – powiedział Santiago.
– Widziałam fotografie – powiedziała, i ze żmijowatym uśmiechem: – Ada Rosa to też jedna z nich?
– Aha, pani nas podsłuchiwała – roześmiał się Santiago. – Bardzo rzucaliśmy mięsem?
– Okropnie, zwłaszcza Maria Antonina Pons, musiałam zatykać uszy – powiedziała pielęgniarka. – A ta pańska laleczka, co to kazała panu spać na dywanie, też ma taką gębę jak ulicznik?
– Jeszcze gorszą – powiedział Santiago. – I wcale nie jest moja, mam jej dosyć.
– Jaki świętoszek, i kto by pomyślał, że mimo tej niewinnej buzi taki z pana bandyta – powiedziała wybuchając śmiechem.
– Wypiszą mnie jutro? – powiedział Santiago. – Nie mam ochoty zostawać tutaj na sobotę i niedzielę.
– Moje towarzystwo panu nie odpowiada? – powiedziała. – Przecież ja będę z panem, czego pan jeszcze chce. Mam dyżur przez te dwa dni. Tylko że ja już przestałam panu ufać, pan ma takie znajomości w różnych kabaretach, wśród tancerek.
– A co pani ma przeciw tancerkom kabaretowym – powiedział Santiago. – Czy to nie takie same kobiety jak wszystkie inne?
– Takie same? – powiedziała z roziskrzonymi oczyma. – No to jakie one są, co robią? Niech mi pan opowie, pan je przecież tak dobrze zna.
Tak się zaczęło i tak było przez cały czas, Zavalita: żarciki, przekomarzania. Myślałeś jaka kokietka, szczęście, że się tutaj znalazła, z nią to przynajmniej jakoś ten czas leci, myślałeś szkoda, że nie jest ładniejsza. Dlaczego z nią, Zavalita? Coraz to przybiegała do pokoju, przynosiła posiłki i paplała, póki nie zjawiła się siostra oddziałowa albo jakaś zakonnica, wtedy zabierała się do poprawiania pościeli albo z komiczną zawodową powagą pakowała ci termometr w usta. Śmiała się i bez przerwy z ciebie podkpiwała, Zavalita. Trudno było się zorientować, czy jej straszliwa, wszystko ogarniająca ciekawość – co się robi, żeby zostać dziennikarzem, jak to jest, jak się pisze artykuły – jest szczera, czy też podyktowana względami taktycznymi; czy jej kokieteria jest bezinteresowna i ma w sobie coś ze sportu, czy też wycelowana jest właśnie w twoją osobę; a może, podobnie jak ty, traktowała to jako jeden ze sposobów zabijania czasu. Urodziła się w Ica, mieszkała niedaleko placu Bolognesi, kilka miesięcy temu skończyła szkołę pielęgniarską i właśnie odbywała roczną praktykę w „La Maison de Santé”. Była rozmowna i uczynna, przynosiła po kryjomu papierosy i pożyczała mu czasopisma. W piątek doktor powiedział, że wyniki badań nie są zadowalające i że musi go obejrzeć specjalista. Specjalista nazywał się Mascaró i rzuciwszy apatyczne spojrzenie na zdjęcia powiedział do niczego, zróbcie jeszcze raz. W sobotę wieczór pojawił się Garlitos, trzeźwy i bardzo smutny, z paczuszką pod pachą: tak, pokłócili się, tym razem to już na zawsze. Przyniósł trochę chińskiego jedzenia, Zavalita, chyba go nie wyrzucą, co? Pielęgniarka zdobyła dla nich talerze i nakrycia, porozmawiała z nimi i nawet spróbowała ryżu. Kiedy minęła pora wizyt, pozwoliła Carlitosowi zostać dłużej i obiecała, że go potem wyprowadzi, tak żeby nikt nie widział. Garlitos przyniósł także i likier, małą butelkę bez etykiety, i przy drugim kieliszku zaczął przeklinać „Kronikę”, Chinkę, Limę i cały świat i Anna patrzyła na niego zgorszona. O dziesiątej wieczorem kazała mu iść. Ale potem jeszcze wróciła, żeby zabrać talerze i nakrycia, a wychodząc mrugnęła na niego od drzwi: śpij i śnij o mnie. Uciekła i Santiago słyszał jej śmiech na korytarzu. W poniedziałek specjalista obejrzał nowe zdjęcia i powiedział rozczarowanym głosem pan jest zdrowszy ode mnie. Anna miała wolne tego dnia. Zostawiłeś jej w pokoju karteczkę. Zavalita. Ślicznie dziękuję za wszystko, myśli, zadzwonię do ciebie za kilka dni.
– Ale kto to był ten don Hilario? – mówi Santiago. – Oczywiście oprócz tego, że był skończonym łobuzem.
Z pierwszej rozmowy z don Hilario Moralesem Ambrosio wrócił wstawiony. Na początku facet strasznie się nadymał, opowiadał potem Amalii, zobaczył, że jestem czarny, i pomyślał, że nie mam grosza. Nie przyszło mu do głowy, że Ambrosio może mu zaproponować interes, jak równy z równym, wyobrażał sobie, że zacznie żebrać o najnędzniejszą robotę. A może tylko ten pan wrócił zmęczony z Tingo María, Ambrosio, może dlatego nie przyjął cię dobrze. Może i tak, Amalio: jak tylko zobaczył Ambrosia, to zaraz, dysząc jak ropucha i cholerując, zaczął mu opowiadać, że wóz, którym jechał z Tingo Maria, osiem razy wpadał w wyboje, bo ulewa zniszczyła szosę, i że podróż, psiakrew, trwała trzydzieści pięć godzin. Kto inny sam by o tym pomyślał i powiedziałby chodźmy, zapraszam pana na piwko, ale don Hilario nie, Amalio; no, zresztą co do tego to Ambrosio go potem zagiął. A może ten pan nie lubi piwa, pocieszyła go Amalia.
– Taki facet pod pięćdziesiątkę, paniczu – mówi Ambrosio. – Przez cały czas dłubał w zębach.
Don Hilario przyjął go w swoim walącym się ze starości, upstrzonym przez muchy biurze przy Placu Broni i nawet nie powiedział niech pan siada. Trzymał go tak na stojąco, a sam czytał list od Ludovica, który mu wręczył Ambrosio, i dopiero jak skończył, wskazał mu krzesło, bez cienia sympatii, z rezygnacją. Obejrzał go od stóp do głów i w końcu raczył otworzyć usta: no jak tam idzie temu biednemu Ludovicowi?
– Teraz bardzo dobrze, don – powiedział na to Ambrosio. – Przez tyle lat marzył o etacie i wreszcie go dostał. Awansował i teraz jest zastępcą szefa Wydziału Zabójstw.
Ale don Hilario bynajmniej nie wydawał się zachwycony tą dobrą wiadomością, Amalio. Wzruszył ramionami, poskrobał sobie sczerniały ząb okropnie długim paznokciem małego palca, splunął i mruknął kto go tam wie. Bo Ludo vico, chociaż to jego siostrzeniec, zawsze był głupi i zawsze miał pecha, już taki się urodził.
– A jaki z niego był ogier, paniczu – mówi Ambrosio. – W Pucallpa miał trzy domy, a w każdym żonę i gromadę dzieciaków.
– No dobrze, gadaj pan, o co chodzi-burknął wreszcie don Hilario. – Po coś pan się zapchał aż do Pucallpa?
– Szukam pracy, Ludovico właśnie o tym pisał w swoim liście – powiedział na to Ambrosio.
Don Hilario zaśmiał się skrzekliwie jak papuga i cały się przy tym trząsł.
– Wariat – powiedział, wściekle dłubiąc w zębie. – To jest najgorsza dziura na świecie, gdzie pan tu znajdziesz robotę. Nie widziałeś tych facetów, co się kręcą po ulicach z łapami w kieszeniach? Tutaj się tak pęta osiemdziesiąt procent łudzi, tu nie ma pracy. Chyba że pan pójdziesz z kilofem na jaką farmę albo do budowy dróg. Ale to nic przyjemnego, a płaca głodowa. Tu nie ma żadnej przyszłości. Wracaj pan do Limy, i to zaraz.
Ambrosio miał ochotę posłać go do wszystkich diabłów,
Amalio, ale się powstrzymał, uśmiechnął się grzecznie i właśnie wtedy go zagiął: czy można pana zaprosić na małe piwko, don? Taki upał, czy nie lepiej się trochę odświeżyć i pogadać przy piwie, don? Tym zaproszeniem kompletnie go zaskoczył, Amalio, facet zdał sobie sprawę, że Ambrosio to nie taki obdartus, jak on myślał. Poszli na ulicę Comercio, usiedli przy stoliku w „Złotym Kogucie”, zamówili dwa piwa z lodu.
– Nie przyszedłem pana prosić o pracę, don – powiedział Ambrosio, kiedy już spróbowali piwa. – Tylko zaproponować interes.