Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне

Электронная книга - «Rozmowa w „Katedrze”». Краткое содержание книги:

Rozmowa w Katedrze to niezwykła historia ludzi żyjących w Peru, w latach 50., w czasie dyktatury wojskowej, której przywódcą był generał Manuel Apolinario Odría.Akcja książki rozgrywa się na kilku płaszczyznach ujawniających kulisy i mechanizmy władzy dyktatora jak i jej wpływ na życie zwykłych ludzi. W popularnym barze o znaczącej nazwie Katedraa spotykają się Santiago Zavala, który wyrwał się spod władzy lojalnego wobec rządu ojca, Ambrosio człowiek ze społecznych nizin, znajomy Cayo Bemudeza bliskiego współpracownika prezydenta. Rozmowa, uznawana jest za najważniejsze dzieło Vargasa Llosy. Sam Autor mówi o niej w ten sposób: żadna inna powieść nie przysporzyła mi tak wiele trudu. Dlatego gdybym musiał kiedyś uratować coś z pożaru, wyniósłbym właśnie tę książkę.
1 ... 131 132 133 134 135 136 137 138 139 ... 163
Перейти на страницу:

– Kazała mi spać na dywanie – powiedział Santiago. – Całe ciało mnie boli, i to nie po wypadku, tylko od tego spania na twojej twardej podłodze.

Garlitos i Chinka byli u niego z godzinę i ledwie wyszli, wkroczyła pielęgniarka. Na jej ustach błąkał się złośliwy uśmieszek, w oczach diaboliczne iskierki.

– No proszę, jakie to mamy przyjaciółki – powiedziała poprawiając mu poduszki. – Ta Maria Antonina Pons to chyba jedna z zespołu Bimbambom?

– Już mi pani nie powie, że pani oglądała występy Bimbambom – powiedział Santiago.

– Widziałam fotografie – powiedziała, i ze żmijowatym uśmiechem: – Ada Rosa to też jedna z nich?

– Aha, pani nas podsłuchiwała – roześmiał się Santiago. – Bardzo rzucaliśmy mięsem?

– Okropnie, zwłaszcza Maria Antonina Pons, musiałam zatykać uszy – powiedziała pielęgniarka. – A ta pańska laleczka, co to kazała panu spać na dywanie, też ma taką gębę jak ulicznik?

– Jeszcze gorszą – powiedział Santiago. – I wcale nie jest moja, mam jej dosyć.

– Jaki świętoszek, i kto by pomyślał, że mimo tej niewinnej buzi taki z pana bandyta – powiedziała wybuchając śmiechem.

– Wypiszą mnie jutro? – powiedział Santiago. – Nie mam ochoty zostawać tutaj na sobotę i niedzielę.

– Moje towarzystwo panu nie odpowiada? – powiedziała. – Przecież ja będę z panem, czego pan jeszcze chce. Mam dyżur przez te dwa dni. Tylko że ja już przestałam panu ufać, pan ma takie znajomości w różnych kabaretach, wśród tancerek.

– A co pani ma przeciw tancerkom kabaretowym – powiedział Santiago. – Czy to nie takie same kobiety jak wszystkie inne?

– Takie same? – powiedziała z roziskrzonymi oczyma. – No to jakie one są, co robią? Niech mi pan opowie, pan je przecież tak dobrze zna.

Tak się zaczęło i tak było przez cały czas, Zavalita: żarciki, przekomarzania. Myślałeś jaka kokietka, szczęście, że się tutaj znalazła, z nią to przynajmniej jakoś ten czas leci, myślałeś szkoda, że nie jest ładniejsza. Dlaczego z nią, Zavalita? Coraz to przybiegała do pokoju, przynosiła posiłki i paplała, póki nie zjawiła się siostra oddziałowa albo jakaś zakonnica, wtedy zabierała się do poprawiania pościeli albo z komiczną zawodową powagą pakowała ci termometr w usta. Śmiała się i bez przerwy z ciebie podkpiwała, Zavalita. Trudno było się zorientować, czy jej straszliwa, wszystko ogarniająca ciekawość – co się robi, żeby zostać dziennikarzem, jak to jest, jak się pisze artykuły – jest szczera, czy też podyktowana względami taktycznymi; czy jej kokieteria jest bezinteresowna i ma w sobie coś ze sportu, czy też wycelowana jest właśnie w twoją osobę; a może, podobnie jak ty, traktowała to jako jeden ze sposobów zabijania czasu. Urodziła się w Ica, mieszkała niedaleko placu Bolognesi, kilka miesięcy temu skończyła szkołę pielęgniarską i właśnie odbywała roczną praktykę w „La Maison de Santé”. Była rozmowna i uczynna, przynosiła po kryjomu papierosy i pożyczała mu czasopisma. W piątek doktor powiedział, że wyniki badań nie są zadowalające i że musi go obejrzeć specjalista. Specjalista nazywał się Mascaró i rzuciwszy apatyczne spojrzenie na zdjęcia powiedział do niczego, zróbcie jeszcze raz. W sobotę wieczór pojawił się Garlitos, trzeźwy i bardzo smutny, z paczuszką pod pachą: tak, pokłócili się, tym razem to już na zawsze. Przyniósł trochę chińskiego jedzenia, Zavalita, chyba go nie wyrzucą, co? Pielęgniarka zdobyła dla nich talerze i nakrycia, porozmawiała z nimi i nawet spróbowała ryżu. Kiedy minęła pora wizyt, pozwoliła Carlitosowi zostać dłużej i obiecała, że go potem wyprowadzi, tak żeby nikt nie widział. Garlitos przyniósł także i likier, małą butelkę bez etykiety, i przy drugim kieliszku zaczął przeklinać „Kronikę”, Chinkę, Limę i cały świat i Anna patrzyła na niego zgorszona. O dziesiątej wieczorem kazała mu iść. Ale potem jeszcze wróciła, żeby zabrać talerze i nakrycia, a wychodząc mrugnęła na niego od drzwi: śpij i śnij o mnie. Uciekła i Santiago słyszał jej śmiech na korytarzu. W poniedziałek specjalista obejrzał nowe zdjęcia i powiedział rozczarowanym głosem pan jest zdrowszy ode mnie. Anna miała wolne tego dnia. Zostawiłeś jej w pokoju karteczkę. Zavalita. Ślicznie dziękuję za wszystko, myśli, zadzwonię do ciebie za kilka dni.

– Ale kto to był ten don Hilario? – mówi Santiago. – Oczywiście oprócz tego, że był skończonym łobuzem.

Z pierwszej rozmowy z don Hilario Moralesem Ambrosio wrócił wstawiony. Na początku facet strasznie się nadymał, opowiadał potem Amalii, zobaczył, że jestem czarny, i pomyślał, że nie mam grosza. Nie przyszło mu do głowy, że Ambrosio może mu zaproponować interes, jak równy z równym, wyobrażał sobie, że zacznie żebrać o najnędzniejszą robotę. A może tylko ten pan wrócił zmęczony z Tingo María, Ambrosio, może dlatego nie przyjął cię dobrze. Może i tak, Amalio: jak tylko zobaczył Ambrosia, to zaraz, dysząc jak ropucha i cholerując, zaczął mu opowiadać, że wóz, którym jechał z Tingo Maria, osiem razy wpadał w wyboje, bo ulewa zniszczyła szosę, i że podróż, psiakrew, trwała trzydzieści pięć godzin. Kto inny sam by o tym pomyślał i powiedziałby chodźmy, zapraszam pana na piwko, ale don Hilario nie, Amalio; no, zresztą co do tego to Ambrosio go potem zagiął. A może ten pan nie lubi piwa, pocieszyła go Amalia.

– Taki facet pod pięćdziesiątkę, paniczu – mówi Ambrosio. – Przez cały czas dłubał w zębach.

Don Hilario przyjął go w swoim walącym się ze starości, upstrzonym przez muchy biurze przy Placu Broni i nawet nie powiedział niech pan siada. Trzymał go tak na stojąco, a sam czytał list od Ludovica, który mu wręczył Ambrosio, i dopiero jak skończył, wskazał mu krzesło, bez cienia sympatii, z rezygnacją. Obejrzał go od stóp do głów i w końcu raczył otworzyć usta: no jak tam idzie temu biednemu Ludovicowi?

– Teraz bardzo dobrze, don – powiedział na to Ambrosio. – Przez tyle lat marzył o etacie i wreszcie go dostał. Awansował i teraz jest zastępcą szefa Wydziału Zabójstw.

Ale don Hilario bynajmniej nie wydawał się zachwycony tą dobrą wiadomością, Amalio. Wzruszył ramionami, poskrobał sobie sczerniały ząb okropnie długim paznokciem małego palca, splunął i mruknął kto go tam wie. Bo Ludo vico, chociaż to jego siostrzeniec, zawsze był głupi i zawsze miał pecha, już taki się urodził.

– A jaki z niego był ogier, paniczu – mówi Ambrosio. – W Pucallpa miał trzy domy, a w każdym żonę i gromadę dzieciaków.

– No dobrze, gadaj pan, o co chodzi-burknął wreszcie don Hilario. – Po coś pan się zapchał aż do Pucallpa?

– Szukam pracy, Ludovico właśnie o tym pisał w swoim liście – powiedział na to Ambrosio.

Don Hilario zaśmiał się skrzekliwie jak papuga i cały się przy tym trząsł.

– Wariat – powiedział, wściekle dłubiąc w zębie. – To jest najgorsza dziura na świecie, gdzie pan tu znajdziesz robotę. Nie widziałeś tych facetów, co się kręcą po ulicach z łapami w kieszeniach? Tutaj się tak pęta osiemdziesiąt procent łudzi, tu nie ma pracy. Chyba że pan pójdziesz z kilofem na jaką farmę albo do budowy dróg. Ale to nic przyjemnego, a płaca głodowa. Tu nie ma żadnej przyszłości. Wracaj pan do Limy, i to zaraz.

Ambrosio miał ochotę posłać go do wszystkich diabłów,

Amalio, ale się powstrzymał, uśmiechnął się grzecznie i właśnie wtedy go zagiął: czy można pana zaprosić na małe piwko, don? Taki upał, czy nie lepiej się trochę odświeżyć i pogadać przy piwie, don? Tym zaproszeniem kompletnie go zaskoczył, Amalio, facet zdał sobie sprawę, że Ambrosio to nie taki obdartus, jak on myślał. Poszli na ulicę Comercio, usiedli przy stoliku w „Złotym Kogucie”, zamówili dwa piwa z lodu.

– Nie przyszedłem pana prosić o pracę, don – powiedział Ambrosio, kiedy już spróbowali piwa. – Tylko zaproponować interes.

1 ... 131 132 133 134 135 136 137 138 139 ... 163
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)