Rozmowa w „Katedrze”
- Автор: Варгас Льоса Марио
- Язык: польский
- Жанр: Современная русская и зарубежная проза
Электронная книга - «Rozmowa w „Katedrze”». Краткое содержание книги:
– Nie mam, tatusiu – powiedział Santiago. – Słowo.
– Ale powinieneś mieć, na co czekasz – powiedział don Fermín. – Chyba nie chcesz zostać starym kawalerem, jak ten biedak Clodomiro.
– Teté wyszła za mąż w kilka miesięcy po naszym ślubie mówi Santiago. – Chispas ożenił się w rok później.
Wiedziałam, że przyjdzie, pomyślała Queta. Ale nie chciało jej się wierzyć, że jednak się ośmielił. Było już po północy, tłok w lokalu, Malvina zalała się, Robertito ociekał potem. W półmroku zatrutym obłokami dymu i rytmem cza-cza-cza pary tańczących podrygiwały w miejscu. Do uszu Quety docierał od czasu do czasu, z różnych kątów baru, z saloniku albo z pokojów wymuszony piskliwy śmiech Malviny. A on stał ciągle w drzwiach, ogromny i przestraszony, w rzucającym się w oczy brązowym prążkowanym garniturze i w czerwonym krawacie, i wodził za nią wzrokiem. Przyszedł do ciebie, pomyślała Queta z rozbawieniem.
– Pani nie każe wpuszczać czarnych – powiedziała Marta stając tuż przy nim. – Wyrzucić go, Robertito.
– To goryl Bermúdeza – powiedział Robertito. – Niech tam. Niech pani sama mu powie.
– Może sobie być, kim chce, wyrzuć go – powiedziała Marta. – To nam psuje opinię. Wyrzuć go.
Chłopak z ledwo sypiącym się wąsem, w fantazyjnej kamizelce, który przetańczył z nią trzy razy pod rząd nie powiedziawszy ani słowa, podszedł teraz do niej i wymamrotał niecierpliwie: idziemy? Tak, daj mi na pokój i biegnij na górę, do dwunastki, ona tylko weźmie klucz. Przepchnęła się pośród tańczących, stanęła przed czarnuchem i zobaczyła jego oczy: płonące, przestraszone. Czego chce? Kto go tu przysłał? Odwrócił wzrok, potem znów na nią spojrzał i z trudem dosłyszała jego dobry wieczór.
– Pani Hortensja – szepnął zawstydzony, patrząc gdzieś w bok – Czeka na telefon. – Byłam zajęta – wcale cię nie przysłała, nawet nie umiał kłamać, sam przyszedłeś do mnie. – Powiedz jej, że jutro zadzwonię.
Odwróciła się, weszła na górę i prosząc Ivonne o klucz od dwunastki myślała teraz sobie pójdzie, ale jeszcze wróci. Będzie czekał na nią na ulicy, a któregoś dnia pójdzie za nią i wreszcie się odważy i z drżeniem podejdzie do niej. W pół godziny później zeszła na dół i zobaczyła, że Murzyn siedzi przy barze, plecami do kręcących się par. Pił i przyglądał się zarysom obfitych piersi, które Robertito wymalował kolorową kredą na ścianach; jego białe oczy migotały w półmroku, błyszczące i onieśmielone, a paznokcie ręki trzymającej szklankę z piwem wyglądały jak nafosforyzowane. Odważył się, pomyślała Queta. Nie była zaskoczona, mało ją to obchodziło. Ale Martę owszem, Martę, która mijając ją w tańcu syknęła widziałaś? wpuszczają Murzynów. Pożegnała przy drzwiach chłopaczynę w szałowej kamizelce, wróciła do baru, a Robertito właśnie podawał czarnemu następne piwo. Wielu mężczyzn nie miało partnerek, stali po kątach i rozglądali się, a głosu Malviny już nie było słychać. Przeszła przez parkiet, czyjaś ręka uszczypnęła ją w biodro, a ona tylko się uśmiechnęła, nawet nie przystając, ale zanim dotarła do barowej lady, wyrosła przed nią nabrzmiała twarz o starczych oczach i krzaczastych brwiach: zatańczymy.
– Ta panienka jest ze mną, don – odezwał się zduszony głos Murzyna; stał pod lampą i jej osłonięta zielonym abażurem żarówka rzucała blask na jego ramię.
– Ja pierwszy podszedłem – powiedział tamten z wahaniem, spoglądając na tę wysoką nieruchomą figurę. – Ale niech tam, nie będziemy się bić.
– Nie jestem z nim, tylko z tobą – powiedziała Queta biorąc mężczyznę za rękę. – Chodźmy tańczyć.
Pociągnęła go na parkiet, śmiejąc się w duchu, myśląc ile było tych piw, że się odważył? myśląc ja cię nauczę, jeszcze zobaczysz, zobaczysz. Tańczyła i czuła, że jej partner się potyka, że nie umie złapać rytmu, i widziała, jak starcze oczy mimo woli śledzą Murzyna, który, ciągle na stojąco, obrzucał leniwym spojrzeniem malunki na ścianach i mężczyzn w kątach sali. Chyba się nie boi tego biernego czarnucha, co? no to zatańczmy jeszcze. Puść mnie, już późno, on musi iść. Queta się roześmiała, puściła faceta, usiadła na stołku przy barze, a za chwilę Murzyn już był przy niej. Nie patrząc na niego domyślała się wyrazu jego zmieszanej twarzy i grubych warg, które coś do niej mówiły.
– To teraz moja kolej, dobrze? – powiedział. – Mogę z panią zatańczyć?
Z całą powagą spojrzała mu w oczy i natychmiast spuścił głowę.
– A co będzie, jak powiem panu Cayo Śmierdzielowi? – powiedziała Queta.
– Nie ma go – wybełkotał nie podnosząc głowy, nie ruszając się z miejsca. – Wyjechał na południe.
– A jeżeli mu powiem, jak wróci? Że przychodziłeś i mnie zaczepiałeś? – nalegała Queta nie tracąc cierpliwości.
– Nie wiem – powiedział Murzyn miękko. – Może i nic. Albo mnie wyrzuci. A może mnie każe wsadzić do ciupy albo jeszcze coś gorszego.
Na moment podniósł wzrok, jakby błagając chcesz to napluj mi w gębę, ale nic mu nie mów, pomyślała Queta, i zaraz spuścił oczy. No więc jak, więc to łgarstwo, że ta wariatka przysłała go do niej?
– Nie, to prawda – powiedział Murzyn; zawahał się i dodał, ciągłe patrząc w ziemię: – Tylko nie kazała, żebym zostawał.
Queta wybuchnęła śmiechem, a on podniósł wzrok: rozpłomienione, białe, pełne nadziei, przestraszone. Podszedł Robertito i krzywiąc wargi spojrzał na nią pytająco; gestem dała mu do zrozumienia, że wszystko w porządku.
– Jak masz ze mną rozmawiać, to musisz coś zamówić – rzekła i rzuciła polecenie: – Dla mnie wermut.
– Proszę podać panience wermut – powtórzył czarny. – Dla mnie to samo co przedtem.
Queta podchwyciła ironiczny uśmieszek oddalającego się Robertita i spostrzegła, że Marta, w głębi, na parkiecie, oburzona patrzy na nią ponad ramieniem swego partnera, a z kątów śledzą ją podniecone oczy samotnych mężczyzn. Robertito przyniósł piwo i kieliszek cienkiej herbatki, po czym wycofał się mrugając do niej, jakby chciał powiedzieć bardzo ci współczuję albo to nie moja wina. Ja rozumiem – mruknął Murzyn. – Pani nie ma dla mnie ani odrobiny sympatii.
– To nie dlatego, że jesteś czarny, gwiżdżę na takie rzeczy – powiedziała Queta. – Tylko że służysz u tego parszywego Cayo.
– U nikogo nie służę – powiedział Murzyn spokojnie. – Jestem jego kierowcą.
– Gorylem – powiedziała Queta. – A ten drugi, co z tobą jeździ, to glina? I ty też jesteś z policji, co?
– Hinostroza tak, on jest z policji – powiedział Murzyn. – A ja jestem tylko szofer.
– Jak chcesz, to idź do Cayo Śmierdziela i mu wygadaj, co na niego mówiłam – uśmiechnęła się Queta.
– Nie wiem, czy mu się to spodoba – powiedział powoli i z humorem, ale też z szacunkiem. – Don Cayo jest bardzo dumny. Nic mu nie powiem, pani też nie powie, że byłem, i załatwione.
Queta zaśmiała się: rozpłomienione, białe, pożądliwe, ożywione, ale jeszcze niepewne i tchórzliwe. Jak się nazywa? Ambrosio Pardo, i wie, że ona ma na imię Queta.
– Czy to prawda, że Cayo i nasza stara Ivonne są teraz wspólnikami? – powiedziała Queta. – Że twój pan jest teraz właścicielem tego wszystkiego?
– Co ja tam wiem – mruknął; i dodał z łagodnym naciskiem: – To nie mój pan, tylko szef.
Queta łyknęła zimnej herbaty, skrzywiła się, szybkim ruchem wylała resztę na podłogę, złapała szklankę z piwem i wypiła pod zdumionym spojrzeniem Ambrosia.
– Coś ci powiem – powiedziała. – Mam gdzieś twojego pana. Wcale się go nie boję. Mam gdzieś sram na niego.
– Lepiej nie mieć takiej sraczki – ośmielił się szepnąć. – Lepiej nie mówmy o don Cayo, to niebezpieczne.