Rozmowa w „Katedrze”
- Автор: Варгас Льоса Марио
- Язык: польский
- Жанр: Современная русская и зарубежная проза
Электронная книга - «Rozmowa w „Katedrze”». Краткое содержание книги:
– Cayo mi mówił to śliczna dziewczyna, ale myślałam, że buja – stała nad nią chwiejąc się, przyglądając się jej roześmianymi, szklistymi oczyma rozpieszczonej kotki, a kiedy się pochyliła, żeby jej podać szklankę, Queta poczuła ostry, wyzywający zapach perfum. Ale to prawda, słynna Queta to śliczna dziewczyna.
– Wypijmy, słynna Queto – rzucił beznamiętnie, rozkazującym tonem Cayo Gównocidotego. – Łyknij sobie, to może się rozkręcisz.
Machinalnie podniosła szklankę do ust, zamknęła oczy i wypiła. Gorący wąż, łaskotanie pod powiekami, i pomyślała czysta whisky. Ale pociągnęła następny długi łyk i wzięła papierosa z pudełka, które jej podsunął mężczyzna. Zapalił go jej i Queta spostrzegła, że kobieta siedzi teraz tuż obok i patrzy na nią z poufałym uśmiechem. Zdobyła się na wysiłek i też się uśmiechnęła.
– Pani jest bardzo podobna do – ośmieliła się powiedzieć i zaczął ją palić fałsz tych słów, lepkie uczucie, że się ośmiesza. – Do jednej artystki.
– Do artystki? – zachęcała ją z uśmiechem kobieta, zerkając to na Cayo Gównocidotego, to znowu na nią. – O kim ty mówisz?
– No właśnie – powiedziała Queta; znowu pociągnęła z kieliszka i nabrała oddechu. – Muza, ta co śpiewała w „Embassy”. Widziałam ją wiele razy i…
Umilkła, bo kobieta zanosiła się od śmiechu. Oczy jej błyszczały, szklące się, zachwycone.
– To okropna piosenkarka ta Muza – rzekł rozkazującym tonem Cayo i skinął głową. – No nie?
– Dla mnie nie – powiedziała Queta. – Ślicznie śpiewa, zwłaszcza bolera.
– A widzisz? Ha, ha, ha! – przerwała tamta wskazując na Quete i robiąc minę do tego śmierdziela. – Widzisz? A nie mówiłam, że ja dla ciebie tracę czas? A nie mówiłam, że dla ciebie poświęcam moją karierę?
Niemożliwe, pomyślała Queta, i znowu poczuła się śmieszna. Twarz jej płonęła, miała ochotę wybiec z pokoju albo stłuc coś. Jednym haustem dopiła whisky, poczuła płomień w gardle i przedsmak wrzenia w żołądku. I zaraz miłe ciepło w żyłach, które po trochu przywróciło jej panowanie nad sobą.
– Wiedziałam, że to pani, poznałam panią – powiedziała siląc się na uśmiech. – Tylko że.
– Tylko że już nie masz nic do picia – powiedziała przyjaźnie kobieta. Podniosła się płynnym ruchem, wolno kołysząc się na boki, i popatrzyła na nią szczęśliwa, zachwycona, wdzięczna. – Uwielbiam cię za to, coś powiedziała. Daj szklankę. No widzisz, Cayo, no widzisz?
Podczas gdy tamta zataczając się szła w stronę baru, Queta spojrzała na Cayo Gównocidotego. Pił z ponurą miną, rozglądał się po jadalni, wydawał się zatopiony w myślach, sekretnych i poważnych, bardzo dalekich, i pomyślała to nie ma sensu, pomyślała nienawidzę cię. Kiedy tamta podała jej whisky, nachyliła się i szepnęła: może mi pani pokazać, gdzie jest? Tak, oczywiście, chodź, ona pokaże gdzie. Nie patrzył na nie. Queta ruszyła po schodach za panią domu, która kurczowo trzymała się poręczy i wchodziła niepewnie, próbując nogą każdego stopnia, i pomyślała teraz zacznie mi wymyślać, teraz, jak zostaniemy same, wyrzuci mnie stąd. I pomyślała: będzie chciała dać ci forsę, żebyś sobie poszła. Muza otworzyła jakieś drzwi, już bez uśmiechu wskazała jej ręką i Queta pospiesznie mruknęła dziękuję. Ale to nie była łazienka, tylko sypialnia, sypialnia z jakiegoś filmu albo z sennych marzeń: lustra, miękki dywan, lustra, parawan, na łóżku czarna narzuta z wyhaftowanym żółtym zwierzakiem, który pluł iskrami, i znowu lustra.
– Tam, w głębi – odezwał się za nią, bez cienia niechęci, nasiąknięty alkoholem głos kobiety. – Tamte drzwi.
Weszła do łazienki, zamknęła się, odetchnęła zaniepokojona. Co to znaczy, co to za zabawa, co oni sobie myślą? Spojrzała do lustra nad umywalką; na jej mocno umalowanej twarzy widać było jeszcze niepewność, zmieszanie, strach. Dla niepoznaki puściła wodę z kranu, przysiadła na brzegu wanny. Więc Muza z nim, więc on ją tu ściągnął po to żeby, więc Muza wiedziała, że? Zdawało jej się, że ktoś ją śledzi przez dziurkę od klucza, i podeszła do drzwi, przyklękła i spojrzała przez maleńki otwór: kawałek dywanu, ciemność. Muszę już iść, panie Śmierdzielu, panie Cayo Gównocidotego, muszę iść, pani Muzo. Była wściekła, zmieszana, upokorzona, chciało jej się śmiać. Jeszcze przez chwilę nie otwierała drzwi, dreptała na palcach po białych płytkach w niebieskawym świetle fluoryzującej rury i starała się uporządkować włosy, ale tylko jeszcze bardziej się potargała. Pociągnęła za łańcuszek, nabrała oddechu i wyszła. Tamta leżała w poprzek na łóżku i Queta w pewnej chwili poczuła, że bawi ją widok tej nieruchomej postaci o białej skórze kontrastującej z czarną błyszczącą narzutą. Ale kobieta już podniosła wzrok. Patrzyła na nią leniwie, mierzyła ją spojrzeniem powoli, miękko, bez uśmiechu i bez złości. Spojrzeniem zaciekawionym i zarazem płynącym z głębokiego namysłu, który krył się za pijacką ruchliwością źrenic.
– Co ja tu właściwie robię, niech mi pani powie – powiedziała w nagłym odruchu i zdecydowanym krokiem podeszła do łóżka.
– Patrzcie ją, jeszcze się złości, tylko tego brakuje – Muza wyzbyła się powagi, a jej rozbiegane oczy patrzyły na nią z rozbawieniem.
– Nie złoszczę się, tylko nic nie rozumiem – z różnych stron, z boków, z tyłu, z góry atakowały ją, odbijały ją wszystkie te lustra. – Proszę mi powiedzieć, po co mnie tu sprowadzono.
– Przestań udawać głupią i mów mi po imieniu – szepnęła kobieta; przesunęła się kawałek dalej, kurcząc się i wyciągając, jak dżdżownica, i Queta spostrzegła, że już jest bez pantofli, w jakimś momencie mignęły poprzez pończochy lakierowane paznokcie stóp. – Wiesz, jak się nazywam, jestem Hortensja. No usiądź tutaj, przestań się wygłupiać.
Mówiła bez nienawiści i bez życzliwości, pijackim głosem, dalekim i spokojnym, i ciągle na nią patrzyła, teraz już badawczo. Jakby mnie taksowała, pomyślała Queta z zawrotem głowy, jak gdyby chciała, żeby. Zawahała się, a potem usiadła na brzegu łóżka, całe ciało miała napięte. Hortensja oparła głowę na dłoni, leżała swobodna i rozluźniona.
– Doskonale wiesz po co – powiedziała bez gniewu, bez goryczy, z nutką kpiącej zmysłowości w leniwym brzmieniu głosu, i w jej oczach pojawił się ni stąd, ni zowąd jakiś nowy wyraz, który starała się ukryć, a Queta pomyślała: co takiego? Oczy miała wielkie, zielone, a rzęsy, chyba naturalne, kładły się cieniem na jej powiekach, jej usta były pełne i wilgotne, szyja gładka i prężna, o ledwo widocznych błękitnych żyłkach. Queta nie wiedziała, co o tym myśleć, co powiedzieć: co takiego? Hortensja przechyliła się do tyłu, śmiała się, jakby nie mogła się powstrzymać, zakryła twarz ramieniem, przeciągnęła się z pewnego rodzaju pożądliwością i nagle wysunąwszy rękę złapała dłoń Quety: ty aż za dobrze wiesz, po co. Jak każdy z moich klientów, pomyślała ze zdziwieniem i nawet nie drgnęła, jakby i ona też, pomyślała spoglądając na białe palce o krwawoczerwonych paznokciach dotykające jej matowego ramienia, i teraz Hortensja wpatrywała się w nią z całą mocą, wyzywająco, już nie udawała.