Rozmowa w „Katedrze”
- Автор: Варгас Льоса Марио
- Язык: польский
- Жанр: Современная русская и зарубежная проза
Электронная книга - «Rozmowa w „Katedrze”». Краткое содержание книги:
– Jak się czujesz, Zavalita? – powiedział Periquito.
– Jak pijany – powiedział Santiago. – Głowa mnie boli.
– Miałeś szczęście – powiedział Periquito. – Piasek zamortyzował upadek. Gdyby nasz wóz dał jeszcze jednego koziołka, to by cię zmiażdżył.
– To jedna z niewielu ważnych rzeczy, jakie mi się przydarzyły, Ambrosio – mówi Santiago. – A poza tym wtedy poznałem dziewczynę, która teraz jest moją żoną.
Było mu zimno, nic go nie bolało, ale ciągle był ogłuszony. Słyszał rozmowy i szepty, warkot silnika i innych samochodów, a kiedy otworzył oczy, kładli go na noszach. Widział ulicę, ciemniejące niebo, na frontonie budynku, do którego wchodzili, przeczytał „La Maison de Sante”. Zanieśli go do pokoju na piętrze, Periquito i Darío pomogli go rozebrać. Kiedy leżał przykryty po szyję prześcieradłami i kocami, pomyślał będę teraz spał przez tysiąc godzin. Na pół śpiąc odpowiadał na pytania jakiegoś mężczyzny w okularach i białym fartuchu.
– Periquito, powiedz Arispemu, żeby tego nie podawał w gazecie – z trudem poznał własny głos. – Żeby mój ojciec się nie dowiedział.
– Romantyczna znajomość – mówi Ambrosio. – Zakochał się pan, kiedy pana pielęgnowała?
– Raczej dlatego, że po kryjomu dawała mi popalić – mówi Santiago.
– Udało ci się, Quetita – powiedziała Malvina. – Wypłynęłaś.
– Przysłali po ciebie samochód – mrugnął do niej Robertito. – Jak po królową, Quetita.
– Naprawdę, wygrałaś jak na loterii – powiedziała Malvina.
– I ja też, my wszystkie – powiedziała Ivonne żegnając ją przebiegłym uśmieszkiem. – To złota żyła, mówię ci, Quetita.
Przedtem, kiedy Queta się szykowała, Ivonne przyszła do niej, aby jej pomóc się uczesać i osobiście dopilnować, czy wszystko jest jak trzeba; pożyczyła jej nawet swój naszyjnik, bo pasował do jej bransoletki. Wygrałam? myślała Queta i dziwiła się, że wcale jej to nie podnieca ani nie cieszy, ani nawet nie jest zaciekawiona. Wyszła i w drzwiach aż się wzdrygnęła: te same oczy co wczoraj, zuchwałe i przestraszone. Ale Murzyn tylko przez kilka sekund patrzył jej w twarz; spuścił głowę, wymamrotał dobry wieczór, usłużnie otworzył przed nią drzwiczki samochodu, który był czarny, duży i ponury jak karawan. Wsiadła nie odpowiadając na jego przywitanie i na przednim siedzeniu zobaczyła drugiego faceta. Też wysoki, też rozrośnięty, też w granatowym ubraniu.
– Jakby było zimno, to mogę zamknąć okno – mruknął czarnuch, już siedząc za kierownicą, i przez chwilę zobaczyła białka jego ślepiów.
Samochód ruszył w stronę placu Drugiego Maja, skręcił w ulicę Alfonso Ugarte ku Bolognesi, wśliznął się w aleję Brasil i kiedy przejeżdżali pod sygnałami świetlnymi, Queta za każdym razem spostrzegała te pożądliwe robaczki śledzące ją z lusterka nad kierownicą. Drugi facet zapalił papierosa, spytawszy wpierw, czy aby jej nie przeszkadza, i już się nie oglądał ani nie próbował patrzeć na nią w lusterku. Niedaleko Malecón skręcili w jakąś przecznicę i znaleźli się w dzielnicy Magdalena Nueva, a potem jechali wzdłuż linii tramwajowej aż do San Miguel, i jak tylko Queta rzuciła okiem w lusterko, to je widziała: płonęły i umykały w bok.
– Co jest, małpę widzisz czy jak? – powiedziała myśląc teraz go zagnę, kretyna jednego. – Co się tak na mnie gapisz?
Głowy siedzących na przedzie pochyliły się i wróciły na swoje miejsce, i zaraz głos czarnucha, nie do zniesienia zawstydzony, to do niego? że co proszę? czy ona do niego mówiła? i Queta pomyślała ale masz pietra przed tym Śmierdzielem, przed tym twoim Cayo Gównocidotego. Auto kręciło się po ciemnych, cichych uliczkach San Miguel i wreszcie stanęło. Zobaczyła ogród, piętrowy domek, okno zasłonięte firankami, przez które przebijało światło. Czarnuch już wyskoczył, żeby otworzyć drzwiczki. Stał trzymając popielatą dłoń na klamce, przestraszony, ze spuszczoną głową, próbował coś powiedzieć. To tutaj? mruknęła Queta. W słabym świetle wszystkie domki wyglądały jednakowo, osłonięte równym rzędem drzew ocieniających chodnik. Zza rogu patrzyli na samochód dwaj policjanci, i ten facet z przedniego siedzenia dał im znak, jakby mówił dobra jest, to my. Dom nie był duży, to na pewno nie jego dom, pomyślała Queta: on tu tylko załatwia swoje różne świńskie sprawy.
– Ja nie chciałem obrazić – mamrotał czarnuch, głos miał pokorny i nieszczery. – Ja się nie przyglądałem. Ale jeżeli pani tak myśli, to najmocniej przepraszam.
– Nie bój się, nic nie powiem twojemu Cayo – zaśmiała się Queta. – Po prostu nie lubię, jak ktoś jest bezczelny.
Przeszła przez pachnący ogród pełen wilgotnych kwiatów i kiedy naciskała dzwonek, usłyszała po drugiej stronie drzwi głosy, muzykę. Zamrugała powiekami, oślepiona światłem. Poznała drobną, szczupłą postać mężczyzny, jego zniszczoną twarz, niechętne skrzywienie ust i pozbawione życia oczy: proszę wejść, witamy. Dziękuję za, powiedziała i zamilkła: tam była kobieta, stała przy barze zastawionym butelkami i patrzyła na nią z zaciekawionym uśmieszkiem. Queta znieruchomiała z rękami opuszczonymi bezwładnie, nagle zbita z tropu.
– To jest właśnie słynna Queta – Cayo Gównocidotego otworzył jej drzwi, usiadł i teraz obserwowali ją oboje, on i tamta babka. – Prosimy, Queta. To jest Hortensja, pani domu.
– A ja myślałam, że wszystkie są stare, brzydkie i ordynarne chamki – pisnęła tamta, a Queta, oszołomiona, zdołała pomyśleć jest zupełnie pijana. – Albo mnie nabrałeś, Cayo.
Znowu się roześmiała, sztucznie i bez wdzięku, a mężczyzna z bezwolnym półuśmiechem wskazał jej foteclass="underline" niech usiądzie, zmęczy się, jak tak będzie stała. Zrobiła kilka kroków jak po lodzie, w strachu, że się zachwieje, upadnie i jeszcze bardziej się pogrąży, i sztywno przysiadła na brzeżku fotela. Znowu dotarły do niej dźwięki muzyki, o których już zapomniała; albo może na chwilę wyłączyli adapter; to było znane tango, a adapter stał tam, w mahoniowej obudowie. Zobaczyła, że kobieta podnosi się chwiejnie, a jej niezręczne, niepewne palce sięgają do butelki i kieliszków w rogu baru. Przyglądała się jej obcisłej sukni z opalizującego jedwabiu, widziała białe plecy i ramiona, czarne jak węgiel włosy, połyskującą dłoń, profil tej kobiety, i ciągle tak samo zbita z tropu myślała jaka podobna, jakie one podobne do siebie. Tamta zbliżała się do niej z dwoma szklankami w ręku, poruszała się tak, jakby nie miała kości, i Queta odwróciła wzrok.