Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне

Электронная книга - «Rozmowa w „Katedrze”». Краткое содержание книги:

Rozmowa w Katedrze to niezwykła historia ludzi żyjących w Peru, w latach 50., w czasie dyktatury wojskowej, której przywódcą był generał Manuel Apolinario Odría.Akcja książki rozgrywa się na kilku płaszczyznach ujawniających kulisy i mechanizmy władzy dyktatora jak i jej wpływ na życie zwykłych ludzi. W popularnym barze o znaczącej nazwie Katedraa spotykają się Santiago Zavala, który wyrwał się spod władzy lojalnego wobec rządu ojca, Ambrosio człowiek ze społecznych nizin, znajomy Cayo Bemudeza bliskiego współpracownika prezydenta. Rozmowa, uznawana jest za najważniejsze dzieło Vargasa Llosy. Sam Autor mówi o niej w ten sposób: żadna inna powieść nie przysporzyła mi tak wiele trudu. Dlatego gdybym musiał kiedyś uratować coś z pożaru, wyniósłbym właśnie tę książkę.
1 ... 136 137 138 139 140 141 142 143 144 ... 163
Перейти на страницу:

Przez pierwsze dni po tej sprzeczce czuł się jakoś niepewnie, był spokojny i smutny. Miłość, Zavalita? Wobec tego nigdy nie kochałeś Aidy, myśli. A może miłość to właśnie ten robak, który cię dręczył tyle lat temu? Myśli: wobec tego nigdy nie kochałeś Anny, Zavalita. Znowu chodził po lokalach z Carlito-sem i Milionem, i Solórzano, i Norwinem; pewnego wieczoru opowiedział im w żartach o flircie z Anną i zbujał, że śpią ze sobą. I niedługo potem idąc do redakcji wysiadł na przystanku koło Pałacu Sprawiedliwości i poszedł do kliniki. Bez zastanowienia, myśli, ot, jakby przypadkiem. Przeprosili się w bramie przy wejściu, naokoło nich ciągle wchodzili i wychodzili jacyś ludzie, nawet nie podali sobie rąk, rozmawiali ukradkiem, patrzyli sobie w oczy. Byłem niedobry, Anita, to ja się źle zachowałam, Santiago, nawet nie wiesz, jak mi było ciężko, Anita, a ja płakałam przez wszystkie te noce, Santiago. Spotkali się znowu pod wieczór, w chińskiej kafejce pełnej pijaków, z podłogą zasypaną trocinami, i przegadali całe godziny trzymając się za ręce, nad dwoma nietkniętymi filiżankami kawy z mlekiem. Ale powinieneś był jej to powiedzieć wcześniej, Santiago, skąd ona mogła wiedzieć, że się pokłóciłeś z rodziną, a on opowiadał jej od początku, uniwersytet, Frakcja, „Kronika”, sztucznie serdeczne stosunki z rodzicami i rodzeństwem. Ale nie o Aidzie, Zavalita, nie o Ambrosiu, nie o Muzie. Dlaczego opowiedziałeś jej swoje życie? Odtąd widywali się prawie codziennie i w tydzień czy w miesiąc później położyli się do łóżka, pewnego wieczora, w domu schadzek w osiedlu Las Margaritas. Jej ciało, tak szczuplutkie, że można było policzyć wszystkie kosteczki, jej przestraszone oczy, jej zawstydzenie, a twoje zmieszanie, kiedy odkryłeś jej dziewictwo. Nigdy już cię tutaj nie przyprowadzę, Anita, kocham cię, Anita. Od tej pory kochali się w pensjonacie w Barranco, raz w tygodniu, kiedy doña Lucía wychodziła z wizytą. I wtedy, we środy, ta miłość pełna niepokoju, nerwowa, zatruta obawą, wyrzuty, jakie za każdym razem robiła sobie Anna, i jej płacz, kiedy porządkowała łóżko, Zavalita.

Don Fermín znowu chodził do biura rano i po południu i Santiago w niedzielę jadał obiady w domu. Pani Zoila zgodziła się, żeby Popeye i Teté ogłosili swoje zaręczyny i Santiago obiecał przyjść na przyjęcie. Była sobota, miał wolny dzień, Anna miała dyżur. Kazał odprasować najbardziej reprezentacyjny garnitur, sam sobie oczyścił buty, włożył czystą koszulę i o pół do dziewiątej zajechał taksówką na Miraflores. Gwar głosów i dźwięki muzyki przedostawały się ponad murem ogrodu aż na ulicę, z sąsiednich domów patrzyły stojące na balkonach służące. Po obu stronach jezdni stały samochody, niektóre nawet na chodniku, a ty szedłeś pod samym murem, oddalając się od bramy, nagle niezdecydowany, nie mogąc się zdobyć na naciśnięcie dzwonka ani też na to, żeby odejść. Poprzez kratę przy garażu rzucił skośne spojrzenie w głąb ogrodu: stolik z białym obrusem, szef służby, który czuwał nad wszystkim, naokoło fontanny rozmawiające pary. Ale większość gości była w salonie i jadalni, widział za firankami ich postacie. Z wnętrza dobiegały głosy i muzyka. Poznał twarz jakiejś ciotki, profil jakiegoś kuzyna i jeszcze inne twarze, które wydały mu się zjawami nie z tego świata. Nagle pojawił się stryj Clodomiro, wymknął się do ogrodu i usiadł na bujanym fotelu, zupełnie sam. I siedział tak, z dłońmi na kolanach, popatrując na dziewczęta w pantoflach na szpilkach, na chłopców w krawatach, na całą tę młodzież otaczającą stół z białym obrusem. Przechodzili koło niego, a on starał się do nich uśmiechać. Co tam robiłeś, stryju Clodomiro, dlaczego przyszedłeś w to miejsce, gdzie cię nikt nie zna, gdzie ci, co cię znają, nie kochają cię? Żeby mimo tych fumów, jakie musiałeś od nich znosić, stworzyć pozory, że jednak należysz do rodziny, że masz rodzinę? myśli. Myśli: więc mimo wszystko zależy ci na rodzinie, kochasz rodzinę, która cię nie kocha? A może samotność jest jeszcze gorsza niż poniżenie, stryju? Już postanowił, że tam nie wejdzie, ale nie ruszał się z miejsca. Przed bramą zatrzymał się samochód, wysiadły z niego dwie dziewczyny i poprawiając sobie fryzury czekały, aż siedzący za kierownicą chłopak zaparkuje i przyjdzie do nich. Znałeś go, myśli: Tony, ten sam czub włosów podrygujący nad czołem, ten sam papuzi chichot. Cała trójka ze śmiechem weszła do domu i wtedy absurdalne wrażenie, że to z ciebie się śmieli, Zavalita. I wtedy nagłe, dzikie pragnienie, żeby zobaczyć Annę. Z winiarni na rogu zadzwonił do Teté tłumacząc się, że nie może wyjść z „Kroniki”: wpadnę jutro, uściskaj mojego szwagra, Teté. Ach, mądralo, jaki z ciebie ponurak, jak mogłeś zrobić taki numer. Zadzwonił do Anny, poszedł do niej i porozmawiali chwilę w bramie „La Maison de Santé”.

W kilka dni potem ona zadzwoniła do „Kroniki”, głos jej drżał: mam niedobrą wiadomość, Santiago. Czekał na nią w chińskiej kafejce, przybiegła zdyszana, w płaszczu narzuconym na pielęgniarski mundurek, z wydłużoną twarzą: wyjeżdżają do Ica, kochanie. Jej ojciec został tam dyrektorem szkoły, a ona będzie pewnie pracowała w szpitalu robotniczym. Byłeś zdania, że to nic strasznego, Zavalita, i pocieszałeś ją: będziesz do niej jeździł co tydzień, a ona też będzie mogła przyjeżdżać, Ica jest tak blisko.

Pierwszego dnia swojej pracy w firmie przewozowej „Morales” Ambrosio, przed wyjazdem do Tingo María, zabrał Amalię i Amalitę Hortensję na przejażdżkę po wyboistych ulicach Pucallpa; trzęśli się wszyscy troje w połatanej i pogiętej niebieskiej furgonetce, której błotniki i zderzaki przywiązane były powrozami, żeby przypadkiem nie zostały w jakiejś dziurze na drodze.

– Jak ją porównałem z tymi wozami, co je kiedyś prowadziłem, to aż się chciało płakać – mówi Ambrosio. – Ale mimo to mogę powiedzieć, paniczu, że byłem szczęśliwy przez te wszystkie miesiące, kiedy jeździłem „Górską Błyskawicą”.

„Górską Błyskawicę” wyposażono w dwie drewniane ławki, na których można było upchnąć dwunastu pasażerów. Leniwe życie z pierwszych tygodni zmieniło się teraz w dni wypełnione ciągłymi rozjazdami na trasie: Amalia szykowała mu jedzenie, umieszczała w schowku w samochodzie i o ósmej rano Ambrosio wyruszał do Tingo Maria, w podkoszulku, w czapce z daszkiem, w wystrzępionych spodniach i gumowych butach. Odkąd zaczął tak podróżować, Amalia, po tylu latach, przypomniała sobie o obowiązkach religijnych, nakłoniona z lekka przez donę Lupe, która podarowała jej obrazki na ścianę i w niedzielę ciągnęła ją ze sobą do kościoła. Jeśli nie było powodzi i grat się nie psuł, Ambrosio docierał do Tingo María o szóstej po południu; spał na materacu za kontuarem w lokalu firmy i następnego dnia o ósmej wracał do Pucallpa. Ale rzadko kiedy udawało mu się trzymać takiego rozkładu godzin, na drodze zawsze coś się zdarzało i często przejazd w jedną stronę trwał cały dzień. Silnik był zmęczony, Amalio, musiał się zatrzymywać, żeby nabrać sił. Przychodził do domu uwalany błotem od stóp do głowy i śmiertelnie znużony. Walił się na łóżko i podczas gdy ona przygotowywała mu kolację, on, z ramieniem pod głową, z papierosem w ustach, spokojny i wyczerpany, opowiadał jej o tym, jak sobie radził przy awariach, i o pasażerach, których wiózł, i jak się wyliczy przed don Hilariem. I o tym, co go najbardziej bawi, Amalio, o zakładach z Pantaleónem. Dzięki tym zakładom przejazdy stawały się mniej nużące, chociaż pasażerowie siusiali ze strachu. Pantaleón prowadził „Supermena Szos”, starego grata należącego do firmy przewozowej „Pucallpa”, konkurentki Moralesa. Wyjeżdżali o tej samej godzinie i urządzali wyścigi, nie tylko żeby wygrać tę piątkę, o którą się zakładali, ale głównie po to, aby mieć pierwszeństwo w zbieraniu po drodze pasażerów spośród ludzi wędrujących od jednej osady do drugiej, od jednej fermy do drugiej.

1 ... 136 137 138 139 140 141 142 143 144 ... 163
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)