Pamięć wszystkich słów. Opowieści z meekhańskiego pogranicza
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #4
- Год: 2015
- Язык: польский
- Год: satan
- ISBN: 9788364384257
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Pamięć wszystkich słów. Opowieści z meekhańskiego pogranicza». Краткое содержание книги:
– Jesteś pewna, Ogewro? Nikt? A jak on się tu znalazł? Tu, w miejscu, gdzie wszystko dla niego się zaczęło.
Złodziej nie widział rozmawiających, ale łatwo było sobie wyobrazić, jak starsza z kobiet wzrusza ramionami.
– A kto opowiadał hrabiemu bajeczki o wybrańcu i kazał go szukać po całym mieście? Nie ufałaś mi? Jak mówiłam, gdybym go nie powstrzymała, zatłukłby twojego chłoptasia na śmierć. A jeśli chodzi o to, jak się tu znalazł… No cóż, jego towarzyszka go zdradziła. Poinformowała hrabiego, kim naprawdę jest, a ten dureń rzucił się na niego jak głodny pies na kość. Chyba wiesz po co? Nie jestem pewna, czy wywołanie tu prawdziwego awenderi naszego półbożka nie byłoby lekką przesadą. Z drugiej jednak strony, o ileż bardziej przyciągnąłby on uwagę wszystkich? Sam Galleg oderwałby wzrok od swoich ziem, by rzucić się jeszcze raz do gardła znienawidzonemu wrogowi.
– Więc wiesz, kim on jest?
– Bitewna Pięść Reagwyra. Rzeźnik, morderca, szaleniec. Moja Pani głosowała za tym, by go unicestwić. Nie udało się, trudno.
Altsin usłyszał, jak młodsza dziewczyna przesuwa się w lewo. Jej kroki były niemal niesłyszalne.
– Wiem. A zdrajczyni? Jakiej nagrody oczekuje.
– To seehijska wiedźma, która w zamian chciała zawrzeć umowę na dostawy złota i broni na swoją wyspę. Pieniądze i siła. Stara pokusa.
Dziewczyna zaśmiała się nagle, dźwięcznie i radośnie, i rzuciła jedno słowo, które brzmiało jak „szaleństwo”.
W głowie Altsina otworzyły się drzwi do kolejnych wspomnień.
Aonel…
Patrzy na niego z oczyma wypełnionymi niedowierzaniem. Właśnie powiedział jej, co ma zrobić. Mówi, co napisać w wiadomości do hrabiego, by ten jej uwierzył. To informacje, które może posiadać tylko ktoś, kto otarł się o prawdziwego awenderi Pana Bitew. Altsin mówi jej, co zrobią.
– Szaleństwo – szepcze Seehijka. – Szaleństwo.
Oczywiście. Ale on musi dostać się do miecza, bo następnym razem, gdy ten sukinsyn wypłynie na wierzch, już się nie zanurzy. PonkeeLaa stało się polem bitwy, a to przyciąga go jak krew rekina.
Nie ma wyjścia.
Więc idą do Świątyni, gdzie Aonel całuje Altsina głośno, publicznie w oba policzki, a potem w usta, potem zaś znika w tłumie; hrabia akurat rusza do rannego dzieciaka. Spojrzenia złodzieja i wiedźmy krzyżują się ostatni raz, stara się wzrokiem podtrzymać jej determinację. Dodać odwagi. On. Jej. A Bendoret Terleach, mimo iż pochyla się z pozorną uwagą nad zakrwawionym akolitą, strzela oczyma w jego stronę i daje znak.
Altsin słyszy szybkie kroki za plecami, ale nie odwraca się.
Świst i ciemność.
Za mocno go uderzyli. Po prostu. Za mocno przywalili mu w głowę, bo dopiero teraz przypomniał sobie to wszystko.
Napiął mięśnie, szarpnął okowy. Oum, sukinsynu, miałeś mi pomóc!
Cisza.
– No i co teraz, niechciane dziecko? – głos służki Pani Losu dobiegł go zza pleców, wąska dłoń szarpnęła za włosy, a ostrze dotknęło szyi. Uświadomił sobie, że kobieta nie mówiła do niego. – Zadrwiłaś ze mnie tym rzutem kości. Węszysz, gdzie cię nie proszą, mieszasz w cudzych garach. A przecież są tacy, którzy za tobą tęsknią, och, bardzo tęsknią. Co zrobisz teraz, gdy ten, z którym chciałaś się spotkać, stoi przed tobą, a ty nie możesz go uwolnić?
– Mieszam w cudzych garach? Ja… hm… Zanim poderżniesz mu gardło, może mi odpowiesz, kiedy ostatnio zajrzałaś do naszej miłej, słodkiej i radosnej Kitchi? Kitchi, która miała dopilnować, by w południowych księstwach zapanował chaos i śmierć? Wyznaczyłaś ją, bo Agar od Ognia jest tak honorowy i słowny, że przecież za nic nie złamie danych obietnic – głos dziewczyny osunął się w jadowity szept. – I kto ci powiedział, że nie mogę go uwolnić?
Nóż zadrżał, a jego ostrze poznaczyło skórę złodzieja piekącą pręgą. Zapach krwi był niemal namacalny.
Oum… Ouuuum!!!
Rozdział 22
Słońce wbiło Deanie rozpalone sztylety w oczy mimo ekchaaru na twarzy. Choć do południa zostało jeszcze mnóstwo czasu, rozpalony krąg zdążył już się wznieść nad Świątynię Ognia, jakby to, co miało się tam wydarzyć, wymagało dodatkowej oprawy.
Wielki plac wypełniał tłum jeszcze gęstszy chyba niż ten, który widziała w trakcie wjazdu do miasta. Jedwabne ściany uniesiono, otwierając budynek dla wszystkich spojrzeń, i tylko szeregi wojowników w żółci, zieleni i brązie odgradzały jego wnętrze od ludzi. Deana prawie się uśmiechnęła. Słowiki stały między Bawołami i Trzcinami zupełnie nieświadome, że ich los był już przesądzony, a ten pokaz wierności odwiecznym ideałom na nic się nie zda. Głupcy. Obrar miał swoje przedstawienie. Sto kamiennych słupów, marmurowa kopuła i Oko płonące pod nią tworzyły swoisty amfiteatr, w którym rozgrywał się kolejny dramat w tysiącletniej historii tych południowych krain.
Jedna dynastia odchodzi, inna powstaje.
A wszystko to, zgodnie z najlepszą tradycją zmian u władzy, w świście ostrzy i fontannach krwi.
Deana widziała tę walkę. Szerokie ciosy ciężkiej szabli, wolne i pogardliwe, żadnych sztychów, które szybko i litościwie zakończyłyby „pojedynek”. Obrar chciał, by całe miasto widziało, jak masakruje ich księcia, by nikt nie miał wątpliwości, czyją krew pije Oko i kto właśnie obejmuje władzę. A Laweneres ruszał się powoli, niezgrabnie, poza kilkoma niezbornymi ciosami nie próbował się nawet bronić. Przeciwnik wykrwawiał go serią płytkich ran, było w tym coś ze składania ofiary mściwemu bóstwu.
Każdemu ciosowi towarzyszył jęk wyrywany z tysięcy gardeł. Krzyczał plac, krzyczały obwieszone ludźmi mury budynków i krzyczały dachy uginające się pod ciężarem gapiów. Grupka sześciu słoni z Mamą Bo na czele, zgromadzonych u podnóża schodów, potrząsała głowami i parskała niespokojnie w rytm tych krzyków. Ale nikt nie mógł nic zrobić, bo ubrani w ognistą czerwień gwardziści Obrara stali z obnażonymi szablami wokół świątyni, a towarzyszący im brąz ciężkozbrojnych Bawołów, żółć Słowików i zieleń Trzcin przypominały, że Rody Wojny akceptują to, co się dzieje.
Zbrojni byli wszędzie. Kilkuset pilnowało świątyni, reszta – kilka tysięcy – podzieliła plac na małe części, odgrodzone od siebie tarczami i włóczniami.
Deana czuła moc bijącą od Oka, wypełniającą jej usta smakiem popiołu, a nos odorem pogorzeliska. Czuła, jak ta moc pulsuje w rytm krzyków wypełniających plac i nie sposób było stwierdzić, czy to krzyki szarpią aspekt Pana Ognia, czy to on nimi kieruje. Po chwili odkryła, i wypełniło ją szczere zdumienie, że sani, który płonął gdzieś pod jej przeponą, również rozpala się i przygasa w rytm tych krzyków. Jakby ktoś dmuchał na jej wewnętrzny płomień.
Weszła na ścieżkę wykrojoną spośród tłumu przez dwie ściany pawęży. Bawoły stały karnie, tarcza przy tarczy, długie włócznie bodły niebo z niewzruszoną stanowczością, a wysokie hełmy wyrastały nad głowy mieszkańców. Stały przodem do ludzi, plecami do drogi, którą musiał jechać Laweneres, i zupełnie ją ignorowały. Lecz nawet gdyby szła nago, nikt by na nią nie patrzył, bo w świątyni lekceważący cios grzbietem szabli właśnie wytrącił broń z ręki Laweneresa, a szerokie, rzeźnicze wręcz cięcie przez pierś ozdobiło wnętrze Oka sznurem krwawych kropel.
W następnej chwili potężny kopniak wypchnął Ślepego Księcia poza krąg. Kilku zamaskowanych gwardzistów w czerwieni doskoczyło do niego, ale zatrzymał ich władczy gest nowego pana Konoweryn. Przez chwilę Obrar stał i patrzył na leżącego rywala. Potem machnął dłonią i dwaj żołnierze złapali Laweneresa pod ramiona i wynieśli ze świątyni.