Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Pamięć wszystkich słów. Opowieści z meekhańskiego pogranicza
Pamięć wszystkich słów. Opowieści z meekhańskiego pogranicza - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Pamięć wszystkich słów. Opowieści z meekhańskiego pogranicza

Электронная книга - «Pamięć wszystkich słów. Opowieści z meekhańskiego pogranicza». Краткое содержание книги:

Pamięć wszystkich słów. Opowieści z meekhańskiego pogranicza
1 ... 130 131 132 133 134 135 136 137 138 ... 151
Перейти на страницу:

Czy to ten gniew kazał jej…

Pamiętał.

W świątyni, gdy wszyscy patrzyli na hrabiego, który udzielał błogosławieństwa rannemu bojownikowi za wiarę, stracił ją z oczu. Weszli tam jako… matka i syn, wdowa po oficerze, wyznawcy Pana Bitew, szukająca schronienia przed motłochem plądrującym Klamnię. Dzielnica ta była areną zaciętych starć, bo mieszkało tam sporo reagwyrystów, którzy w końcu zostali wyparci i szukali ochrony w Świątyni Miecza.

Hrabia przyjmował wszystkich. Mężczyzn uzbrajano i kierowano na ulice, kobiety miały się zająć gotowaniem, opieką nad rannymi, dostarczaniem żywności, wody i broni w rejon walk. Z wolna kult Pana Bitew odzyskiwał inicjatywę, miał bowiem jedną głowę, przez którą był kierowany i dowodzony, podczas gdy większość ataków matriarchistów nosiła charakter spontanicznego wybuchu, zażartego i dzikiego, ale nieskoordynowanego. Bywało, że na jednej ulicy trwały krwawe starcia, a kilkaset kroków dalej grupy mężczyzn ze znakami Baelta’Mathran siedziały i odpoczywały, nie znając sytuacji. Poza tym hierarchowie Wielkiej Matki nie poparli zamieszek z całym swoim autorytetem, być może bojąc się reakcji innych Świątyń.

Świątynia Miecza miała mniej ludzi, lecz tworzyli oni armię – hrabia zorganizował wszystkich w sprawnie dowodzone oddziały, mające własnych dziesiętników, poruczników i kapitanów oraz gońców przenoszących wieści i rozkazy, a nawet służby pomocnicze. Szybkość, z jaką to zrobił, zdradzała, że szykował się do tych walk od miesięcy, a nawet jeśli wybuchły nieco za wcześnie, niewiele to zmieniało. Do tego Durwony na przedramionach wyznawców płonęły świętym ogniem, dając im siłę, pewność i niezłomność. To jeszcze nie było pełne Objęcie, jak w czasach Wojen Bogów, gdy napędzane, a raczej opętywane w ten sposób pułki walczyły do ostatniego człowieka, ale niewiele mu brakowało, by to osiągnąć.

Jemu?

Bytowi, który tkwił w mieczu. Konglomeratowi setek udręczonych duchów, pożeranych przez lata, by ich cierpienie zostało przekute w Moc. Te duchy były odpadkami, niechcianymi resztkami, lecz ponieważ zostawały pochłonięte przez Miecz, który w końcu sam zawierał maleńki fragment boskiej duszy, łączyły się z nim i w końcu powstał twór… potęga, której większość wspomnień stanowiły te o mękach, torturach i niesprawiedliwości.

Prawie chciałoby się, by ten potwór uzyskał pełną świadomość i spłacił swoim kapłanom wszelkie długi. Z odsetkami.

Ale gdyby świat działał tak, by sprawiedliwość była jego stałym i niewzruszonym elementem, stałby się najlepszym miejscem do życia w całym ogromie Wszechrzeczy. A wszystko wskazywało, że na to trzeba było jeszcze poczekać.

Tymczasem sprawiedliwość wymagała dobrego żelaza w jednym, a pochodni w drugim ręku.

Rozdział 21

Obudził ją krzyk. Krótki, urwany, straszny. Nie do pomylenia z żadnym innym.

Ktoś właśnie umarł.

Deana zerwała się, zamknięte okiennice wpuszczały do środka dość światła, by nie potrzebowała świecy. A to znaczyło, że na zewnątrz było jasno, zbyt jasno jak na świt. Co się stało? Siedem uderzeń gongów zawsze ją budziło, nie mogła przespać tego sygnału, położyła się późno, ale…

Późne odwiedziny Laweneresa. Jego dziwna prośba. Wino, które przyniósł, gęste, słodkie i mocne, o smaku mogącym zamaskować każdy dodatek. Spojrzała na swój puchar i plamę czerwieni na obrusie. Łatwo ją oszukał. Jak dziecko.

Ubrała się w kilkadziesiąt uderzeń serca, ta’chaffda, pas, talhery w pochwach owiniętych łokciami białego jedwabiu. Cały czas nasłuchiwała rozpaczliwie odgłosów z miasta, z oddalonego o ćwierć mili placu przed Świątynią Ognia. Jakim znakiem ogłasza się upadek władcy?

I kto właśnie umarł?

Odgłos kroków za drzwiami, rozpaczliwe szarpnięcie za klamkę, jęk.

Otworzyła, wpuszczając drobną postać w jedwabiach i koronkach, z twarzą zasłoniętą gęstym woalem. Dziewczyna zrobiła krok i nagle rzuciła się w przód, prosto przed siebie, jak pociągnięta niewidzialnym sznurem, nie, jak trafiona w plecy.

Długie na kilka stóp drzewce wyrosło między jej łopatkami, a uciekinierka zwaliła się twarzą na dywan, drapiąc bezcenną wełnę palcami zmienionymi w starcze, sępie pazury.

Deana bez chwili wahania skoczyła w stronę napastników.

Dwóch ludzi, jeden jeszcze pochylony po rzucie, drugi obok, starannie wycierający zakrwawioną szablę o atłasową zasłonę. Dzieliło ją od nich dziesięć kroków. Ten pierwszy zdążył wyprostować się i sięgnąć do pasa, gdy rozrąbała mu szyję, głęboko, aż klinga uderzyła o kręgi, Waeryn t’Bolutaer miał prawo być dumny ze swojej pracy. Zeszła z linii sztychu drugiego zabójcy i cięła, lewa, prawa, lewa, prawa, lewa – przedramię, tętnica ramieniowa, twarz, wewnętrzna część uda i kark.

Skończyła tak szybko, że obaj upadli niemal jednocześnie na ziemię.

Sani. Płomień wybuchł w niej, zanim uświadomiła sobie potrzebę sięgnięcia po niego. A mężczyźni – kastraci mający pilnować dziewcząt Varali, jak rozpoznała po chwili – nawet nie zdążyli jęknąć. A teraz dwa ciała leżały tu, na posadzce, a trzecie w jej komnacie.

Co się tu dzieje? Dlaczego strażnicy mordują Święte Dziewice? Gdzie są Słowiki, które też miały ich pilnować? Przez mgnienie oka żałowała, że zabiła tych dwóch tak szybko i chłodne okrucieństwo tego żalu zatrzęsło jej duszą. Naprawdę kroiłaby ich na kawałki, by dostać odpowiedzi na swoje pytania, a przecież teraz musiała się jak najszybciej znaleźć na placu przed świątynią.

Gdzie inni? Laweneres? Suchi? Owiya?

Znalazła ją w sali, której ściany nadal zdobiły tysiące kwiatów. Minęła po drodze kilkanaście komnat i korytarzy, kilka ciał, śpiących już snem tych, którzy stanęli przed obliczem Matki. Kobiety, dziewczęta, jeden z wykastrowanych strażników. Wyglądało na to, że nie tylko ona starła się z tymi, którzy mieli strzec tej części pałacu.

Przełożona Domu Kobiet leżała na posadzce twarzą w dół i wyglądała, jakby zapadła w nagły sen, podkładając dłonie pod głowę. Nie widać było rany, lecz sądząc po ilości krwi, musiała być szeroka i głęboka. Deana przyklękła i obróciła ją ostrożnie. Owiyę zabił czysty cios, ostrze weszło tuż nad mostkiem, lekko z góry, jakby ktoś zaszedł kobietę od tyłu, zadarł jej głowę i pchnął. Głęboko, aż do serca. Szybka, litościwa śmierć.

Zamknęła jej oczy, wciąż wypełnione niemym zdumieniem, i odmówiła tcharrę – modlitwę za duszę dobrego człowieka. Te kilka zdań była winna kobiecie, która przyjęła ją pod swój dach.

Dwie komnaty dalej znalazła Słowika i dziewczynę. On leżał pod ścianą, kończąc lepki, czerwony ślad ciągnący się przez pół posadzki. Obiema rękami trzymał brzuch, z którego wylewały się wnętrzności. Ona tkwiła skulona obok, z piersią przeszytą ciężką szablą i dłońmi zaciśniętymi na szerokim, rzeźniczym tasaku, jakby ostatkiem sił zadała cios, który zabił jej mordercę. Wojownik nie miał pancerza, tylko lekką tunikę swojego Rodu w kolorze ciut jaśniejszym niż ta Deany. A na jego twarzy… Podeszła bliżej.

Twarz mężczyzny nie wyrażała niczego, a już na pewno nie cierpienie, jakie musiał odczuwać ktoś, kto przeczołgał się kilka kroków, próbując wepchnąć jelita na właściwe miejsce. I to cięcie… trzeba sporo siły, by zadać tak szeroką ranę.

Był już martwy, gdy ktoś rozpruł mu brzuch.

Trucizna? Czary? Po co?

I zaraz znalazła odpowiedź. Żeby zostawić ślad, że to Słowiki wymordowały Święte Dziewice. Dzięki temu głowa ich af’gemida jeszcze dziś wieczorem ozdobi miejską bramę. I głowy ich wszystkich wyższych dowódców też. W ten sposób ostatni Ród Wojny, którego wierności nowy władca Konoweryn nie mógł być całkowicie pewien, przestanie istnieć.

1 ... 130 131 132 133 134 135 136 137 138 ... 151
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)