Pamięć wszystkich słów. Opowieści z meekhańskiego pogranicza
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #4
- Год: 2015
- Язык: польский
- Год: satan
- ISBN: 9788364384257
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Pamięć wszystkich słów. Opowieści z meekhańskiego pogranicza». Краткое содержание книги:
Dengothaag zawibrował, jak uderzony młotem.
Cichy śmiech zabrzmiał Altsinowi w głowie.
No, chłopcze, nieźle, nieźle. Tak jak się po tobie spodziewałem, nawet jeśli jesteś związany, potrafisz bogów doprowadzić do szaleństwa.
To ty, Oum? Co się dzieje?
Nie rozumiesz?
Eyfra, Pani Losu, jedna z najpotężniejszych bogiń, jakie zna świat, przez te kilka chwil skoncentrowała całą swoją uwagę w tym miejscu, na swojej służce, która stała się jej oczyma, uszami i ciałem. To nie było Objęcie, jak w przypadku awenderi, bo nie dusza bogini dzieliła ciało ze śmiertelniczką, lecz jej umysł. Jednak umysł też może czuć ból, szok i wściekłość.
Być może po raz pierwszy od tysiącleci Eyfra czuła ostrze tnące ciało, krew tryskającą z przeciętych tętnic i, przede wszystkim, czarną klingę pijącą z niej życie.
Ciało służki stało się kanałem, przez który ostrze próbowało pożreć byt po drugiej stronie. A wściekła bogini odpowiedziała kontratakiem.
Oum!
Tak, masz rację. Okłamałem cię. Ale nie miej pretensji do Aonel, nie wiedziała, że to, co ci podaje, to nie moje nasiono. Nie ma już tych nasion. To była moja krew. A w jej środku coś, czego na pewno dobrowolnie byś nie połknął.
Obraz małego, okrągłego wisiorka z kości tańczy wewnątrz umysłu chłopaka. Owal pęka na kilka kawałków, które otacza krzepnący drzewny sok.
Po co? Odpowiedz mi. Po co?!
By zobaczył. I zdecydował.
Kto? I co takiego ma zobaczyć?
Fragmenty kości wynurzają się z tego niekształtnego pseudonasiona, wirują w powietrzu i składają się w całość. A potem rosną, zamieniają się w otwór, furtkę, drzwi. Wrota.
Wrota, które chlustają, rzygają na niego opowieścią.
Altsin był… kimś innym. Pamiętał rozległe stepy, które wiosną odziewały się w płaszcz zielonych traw, sięgających na wysokość wzrostu dorosłego mężczyzny.
Biegał wśród tych traw, zastawiając sidła na zające, kuropatwy i dropie. Gdy był nieco większy, uczył się strzelać z łuku podarowanego mu przez ojca i tropić stepowe lisy, których futro późną jesienią i zimą było gładkie i jedwabiste jak… jak pierwszy dotyk dzielony z dziewczyną. Nie pamiętał, jak miała na imię, ale była piękna, wtedy najpiękniejsza na świecie. Wiedział, że pochodzi z sąsiedniego szczepu, spotkali się na dorocznym święcie, wymknęli w noc… Potem ujrzał ją jeszcze tylko raz.
Niebo daleko na zachodzie tętniło grzmotami, marszczyło oblicze burzowych chmur. Gdy zbliżały się do ich obozu, zwijali go w pośpiechu i uciekali. Miał trzynaście lat, gdy pojawili się jeźdźcy. Wśród nich jego ojciec. Stary, stary mężczyzna z oczami pustymi jak osuszone do dna studnie. Poznał go po znamieniu na lewej dłoni, sam takie nosił. Matka wyszła przed jurtę z dzbanem sfermentowanego kobylego mleka, by powitać go zgodnie ze zwyczajem. Spojrzał na nią, jakby nie rozpoznawał. Zabrali ich, wszystkich chłopców, którzy sięgali głowami do tyczki trzymanej na wysokości czterech stóp i ośmiu cali, wiek się nie liczył. Naznaczyli mu skórę tatuażem Kamii, błyskawica Pana Burz paliła przez wiele dni…
Pierwsza bitwa.
Atakowali falami, cwał, strzała za strzałą w niebo, w kierunku stojących nieruchomo szeregów zdrajców, i odwrót. Zginął Anuhe, jego najlepszy przyjaciel, padli Tamhi, Egaa i Munwe. Bał się jak nigdy w życiu, bał się zawrócić konia i zaatakować jeszcze raz, ale wtedy Kamii zapłonęła i Wola Pana Burz spadła na niego jak grom, a strach nie miał już znaczenia.
Skończyły im się strzały, więc w ostatnim ataku runęli na linię pikinierów niczym ciężka jazda, nadziewając piersi koni i swoje ciała na stalowe groty. Wybili krwawą wyrwę, otworzyli przejście dla bardziej wartościowych oddziałów.
Podobno wygrali.
Nie widział zwycięstwa, bo wcześniej spadł z konia, a kopnięcie w głowę wgniotło mu kawałek czaszki do środka.
Z jego oddziału przeżyło trzech chłopców. Z rodzinnego obozu tylko on.
Ojciec przyszedł tylko raz, by zobaczyć go po bitwie. Nie rozpoznał wtedy rodzica, w głowie miał szary szum, a oczy i ręce jakoś nie chciały się dogadywać.
Nigdy już go nie zobaczył.
Potem miał kłopoty z chodzeniem i mówieniem. Nie był głupi, o nie, po prostu słowa opuszczały go, gdy ich potrzebował. I nigdy już nie strzelał tak dobrze z łuku, jak kiedyś.
Przydzielono go do hiriwi. Niepełnych. To były oddziały pomocnicze, składające się z kalek i tych, którym w głowach pomieszały czary. Szli do ważniejszych bitew tylko wtedy, gdy trzeba było własnymi ciałami zasypać okop albo przygiąć nimi do ziemi najeżone piki. Odebrali mu imię, hiriwi nie nosili imion, tylko numery. Był Stopiętnastym z Ósmego Oddziału. Tyle mógł zapamiętać.
Doszły do nich wieści o szczepach, które zbuntowały się przeciw Panu Burz i nie chcą oddawać swoich chłopców na wojnę. Ósmy poszedł tłumić bunty z innymi oddziałami. Najeżdżali na obozy, palili jurty, zabijali każdego, kto stawiał opór. Zrezygnowali z tatuowania – mieli teraz żelaza, którymi wypalano znak na skórze. Chwila bólu i Kamii płonie, dosłownie płonie na ciele, a Wola Gallega liże twój umysł.
Nie wszyscy buntownicy dali się wziąć żywcem.
Spotkał ją po bitwie w jednym z obozów, po której jego oddział stopniał do trzydziestu ludzi. Dziewczyna o dotyku delikatnym jak zimowe futro lisa. Wyglądała, jakby spała.
Bardzo chciał zapłakać, ale nie mógł. Po tym kopnięciu w głowę już nigdy nie płakał, a oczy bez przerwy piekły go i zawsze były czerwone.
Poza tym spieszyli się, bo Galleg potrzebował ich gdzie indziej.
Płynął statkiem, a od nieustannego kołysania bez przerwy wymiotował. Na wyspie, do której dotarli, zabijali kobiety i dzieci. Nie wypalali im znaków na skórze, tylko zabijali. Ale w końcu miejscowi zebrali się i stawili im opór, więc musieli walczyć w lasach, na bagnach i wzgórzach, a nie umieli tego robić. Z Ósmego został sam.
Czołgał się po leśnej ściółce, strzała w brzuchu zahaczała o wystające korzenie drzew. Zbliżali się, słyszał ich głosy.
Bardzo chciał przypomnieć sobie, jak nazwała go matka.
Bardzo chciał jeszcze raz poczuć dotyk miękki jak zimowe futro lisa.
Bardzo…
Potok obrazów trwał dwa, trzy uderzenia serca. Altsin nie poznał tej historii, tylko przypomniał ją sobie, stała się jego częścią, tak samo jak wspomnienia portowych zaułków i pierwszych rzezanych mieszków.
Oum!!! Coś ty mi zrobił!?
Spokojnie. To przejdzie, minie. Będziesz to pamiętał, ale będziesz też wiedział, skąd masz te wspomnienia.
– Ale po co!? – Altsin wywrzeszczał to pytanie, nie spodziewając się, że ktoś je usłyszy. Dengothaag wciąż wibrował za jego plecami, mierząc się z całą potęgą rozwścieczonej bogini. Dźwięk był taki, jakby tysiąc kowali waliło jednocześnie w tysiąc podków. Kanayoness wciąż leżała pod ścianą. Najwyraźniej wyszedł mu solidny kopniak.
Gdy przybyłem na wyspę, gdy się na niej rozbiłem, poznałem historię Imwiliego oraz jego walki. I uznałem tych, którzy przypłynęli, by mordować kobiety i dzieci, za bestie, potwory bez serca, godne jedynie pogardy i nienawiści. A potem znaleziono stosy, na których Imwili kazał palić ciała najeźdźców, a ja, kierowany ciekawością, sięgnąłem do tych szczątków, by poznać swoich przyszłych wrogów. Bo w tym czasie spodziewałem się inwazji na wyspę, przynajmniej do momentu, gdy przyszła ona i przekazała mi wyrok. I wiesz, co odkryłem? Ludzi. Zagubionych, okaleczonych, nieszczęśliwych tak, że nie ma słów, by to opisać. Nie mieli nic, tylko wojnę, nie znali niczego, tylko wojnę, i wierzyli, że nic więcej nie ma…