Pamięć wszystkich słów. Opowieści z meekhańskiego pogranicza
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #4
- Год: 2015
- Язык: польский
- Год: satan
- ISBN: 9788364384257
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Pamięć wszystkich słów. Opowieści z meekhańskiego pogranicza». Краткое содержание книги:
Nowe awanse, nowa lojalność, stare metody.
Polityka.
Uderzył ją dźwięk, zdający się dochodzić zewsząd, niski, groźny, niemal niesłyszalny, a jednocześnie wszechpotężny, wprawiający kości w dygot i sięgający żołądka, jakby ukryty w głębi ziemi olbrzymi lew wydał ostrzegawcze warknięcie. A potem usta wypełnił jej popiół. Gorzki i suchy, o metalicznym posmaku, i miała wrażenie, że już nigdy nie pozbędzie się tego smaku.
Zaczęło się.
*
Altsina obudził zapach. Zapach spalenizny i krwi parującej w gorącym powietrzu.
Stracił przytomność. To jasne. A teraz…
Aonel zakrywa mu dłonią usta i zmusza do przełknięcia czegoś, co jest wielkie, gorzkie i ma nieprzyjemny, drzewny posmak.
– Musisz dać radę – syczy gniewnie, a w jej gniewie jest i strach, i desperacja. – I nie waż się znów zwymiotować.
Słowo „znów” niesie ze sobą wspomnienie, o którym wolałby zapomnieć, ale nim zmusi ono jego żołądek do kolejnego rozpaczliwego skurczu, kobieta przykłada mu do ust butelkę wina. Złodziej pije. Łapczywie i długo. Żeby… zagłuszyć strach. Nie ma już wyjścia. Musi zrobić to, co trzeba.
– To ostatnie z trzech nasion, jakie mu pozostały. Ostatnie z czasów, gdy Oum pływał po morzach. Miał ich tylko sześć. Jedno zasiał i patrzył, jak ginie w ziemi, niezdolne wypuścić pędu. Jedno podarował swojej ukochanej. Jedno zużył tysiąc lat temu, gdy nadeszły dni strachu – słowa wiedźmy sączą mu się do uszu jadowitymi kroplami. – Zostały mu tylko trzy. Gdybyś był mniejszym głupcem, doceniłbyś wartość tego daru.
– Doceniam. – Złodziej przechyla butelkę i osusza ją do dna. – Doceniam jak jasna cholera. Zrobiłaś to?
Aonel patrzy na niego dziwnie. Ze smutkiem.
– Tak. Rano.
– Przyszła odpowiedź?
– Gdyby nie to, nie dałabym ci nasiona. Teraz Oum będzie z tobą. Da ci siłę i wesprze w walce.
– Oby.
Nasiono. Nie żołądź, jak można by się spodziewać po przodku anuhijskiego dębu, lecz wielkie jak kurze jajo, kanciaste i porowate nasiono.
Miał je w żołądku.
Połknął, bo taka była umowa. Bo istniała szansa, że po schwytaniu wyznawcy Reagwyra rozbiorą go do naga, by sprawdzić, czy nie ma przy sobie albo na sobie jakichś niebezpiecznych znaków, symboli. A tak podarunek bożka Seehijczyków był bezpieczny. Oum miał go wspierać w walce z tym szalonym sukinsynem, a walka miała się odbyć…
Tutaj. Pod mieczem. W miejscu, gdzie wszystko się zaczęło.
Początkowo przygotował pełno planów, jak zakradnie się na dół, do trzewi Świątyni Miecza. Niektóre z nich były głupie, inne szalone, ale wszystkie wydawały się w mniejszym lub większym stopniu wykonalne.
Dopóki w PonkeeLaa nie wybuchły walki religijne.
Których on był przyczyną.
Stop. Nie on był ich przyczyną – przyczyną była rodząca się świadomość tego sukinsyna za jego plecami i… Altsin miał przeczucie graniczące z pewnością, że coś jeszcze. Jakaś wola pchała miasto w objęcia bratobójczej walki. A on, Altsin Awendeh, stał się co najwyżej płomykiem, który zbyt wcześnie rozpalił przygotowany stos. Ale gdy miasto zapłonęło, szansa na dostanie się do podziemi Świątyni zmalała do zera. Miecza zaczęto strzec dzień i noc.
A czasu miał coraz mniej. Tam, przed świątynią Dress, byli jednością, on i ten drugi. Złodziej nie wiedział, gdzie zaczyna się Bitewna Pięść, a gdzie kończy Altsin Awendeh. To nie było Objęcie, ale Przemieszanie.
Atmosfera panująca w mieście, napięcie, tysiące symboli kultu noszonych przez wyznawców Reagwyra, podziałały na ten kawałek jego duszy, zwany niegdyś Bitewną Pięścią, jak znak do piętnowania przyłożony do skóry. Obudził się, rozejrzał, nie spodobało mu się to, co zobaczył, interweniował. I za cholerę go nie obchodziło, że to może zakończyć się źle.
Najwyraźniej ten półboski wypierdek też miał już dość czekania.
Altsin przypomniał sobie wreszcie ucieczkę z miejsca, gdzie uzdrowił chłopca, wędrówkę po ulicach z głową wypełnioną swoimi – nie swoimi skojarzeniami i myślami. Z Mocą, którą wyczuwał w każdym miejscu i która kusiła, och, jak bardzo kusiła. Z poczuciem absolutnej, obezwładniającej potęgi, znajdującej się na wyciągnięcie ręki.
Potrzebował połowy dnia, by stłumić to uczucie. A gdy wrócił do wynajętego pokoju, Aonel zrobiła mu karczemną awanturę, a miasto zaczynało się palić.
– Uśmiechasz się? Czy to znaczy, że wszystko idzie po twojej myśli?
Altsin szarpnął się w bok, spodziewając się ciosu; kolano zapłonęło, ale utrzymało ciężar ciała. Jęknął.
– Gdybym wiedziała, że tak łatwo sprawić ci przyjemność, już dawno dorwałabym cię i stłukła.
Rozpoznanie przyszło błyskawicznie w serii obrazów i wspomnień.
– Pamiętam twój głos – odezwał się szeptem. – Dziewczyna z molo. Jawynder chciał cię utopić.
– Tak naprawdę ten ćwierćbożek bał się spróbować mnie utopić. Ale napinał muskuły i robił groźne miny, bo w tym jest dobry. Zapytaj go kiedyś o wędrówkę przez pustynię i ostatnią butelkę z zielonego szkła. Zobaczysz prawdziwe oblicze tchórza. Znowu się uśmiechasz? Dlaczego?
– Bo wygląda na to, że wszyscy wchodzą tu jak do własnego i wychodzą jak z własnego domu. Ty, hrabia, ta kobieta przebrana za wieśniaczkę. Każdy, kto zachce.
Usłyszał ciche kroki.
– Ja, to ja. Znajdowanie drogi do różnych miejsc jest częścią mojej natury. Hrabia jest tu gospodarzem. A wieśniaczka… Nijakie włosy, blada twarz, której nie można zapamiętać?
– Tak.
– Jedna z trzech sióstr, sług Eyfry.
Pani Losu? Kolejny boski byt, który miał zamiar wtrącać się w jego życie?
– To fragment większej opowieści. Gry, w której zniszczenie całego tego miasta tylko lekko przechyli szalę zwycięstwa na jedną lub drugą stronę. Przynajmniej tak myślą niektórzy z Nieśmiertelnych. W sumie powinnam ją wspierać, odwrócenie uwagi od pewnej północnej wyżyny też byłoby mi na rękę, ale tu chodzi o ciebie, Altsinie Awendeh, co zmienia postać rzeczy.
– O mnie?
Nie sądził, że uda mu się wykrzesać z siebie jeszcze tyle ironicznego niedowierzania.
– Och, nie żartuj. Ja też nie sądziłam, że ON trafi na ciebie. Wtedy, gdy skaleczyłeś się i wytarłeś krew w rękojeść. Na kilka chwil Dengothaag powrócił do roli, dla jakiej go stworzono, stał się bożą furtką, przez którą reszta duszy Reagwyra mogła się dostać do świata śmiertelników. A potem? Pamiętasz? Miesiące, lata uciekania, ukrywania się, zmieniania zajęć… Szukałam cię przez połowę kontynentu.
– Trzeba było napisać list.
Zdawała się tego ostatniego nie słyszeć.
– W końcu, zdesperowana, zawarłam umowę z Panią Losu. Ja dotrzymałam swojej części, a ona najwyraźniej próbuje oszukiwać.
– Czyżby? – odezwał się kolejny głos w pomieszczeniu.
Altsin poczuł, jak na wargi wypełza mu paskudny, ironiczny uśmiech. Miał rację, niektórzy wchodzili tu łatwiej niż marynarz pobrzękujący pełną sakiewką trafiał do burdelu.
– Moja pani miała umożliwić ci spotkanie z nim, tak, by nikt wam nie przeszkadzał. I oto jest. Stoi tam. Trochę poobijany, ale żywy, a gdybym go nie pilnowała, pewien głupiec zatłukłby go już na śmierć. I zapewniam cię, że nikt nie będzie wam przeszkadzał, oczywiście w granicach rozsądku. Nikt nie kopał w stolik. Kości same tak wypadły.