Pamięć wszystkich słów. Opowieści z meekhańskiego pogranicza
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #4
- Год: 2015
- Язык: польский
- Год: satan
- ISBN: 9788364384257
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Pamięć wszystkich słów. Opowieści z meekhańskiego pogranicza». Краткое содержание книги:
Kobieta jęknęła.
Na zewnątrz grupka młodzików ustawiła się w półokrąg i zaczęła wyśpiewywać jakąś piosenkę pełną głupich przechwałek i plugawych wyzwisk.
Altsin spojrzał na kobietę.
– Będzie dobrze. W jego wieku wszystko szybko się goi. Zanim się obejrzycie, będzie biegał i skakał jak zawsze. – Już w chwili, gdy wypowiadał te słowa, wydawały mu się one puste i fałszywe.
– On nie biegał i nie skakał. – Mężczyzna otarł krew z twarzy i delikatnie obmacał głowę chłopca. – Do ksiąg go ciągnęło, do rachunków. Umiał już mnożyć i dzielić do tysiąca, a pisał i czytał w meekhu i po mittarsku i nawet północne runy umiał złożyć do kupy. Mądry dzieciak z niego…
Miłosiernie ugryzł się w język, nie dodając „był”.
Jego palce dotknęły szczytu czaszki chłopca i jakby zapadły się lekko w głąb. Chłopiec zadrżał i nagły tik zaczął szarpać jego prawą nogą.
– Wybaczcie – głos mężczyzny ochrypł nagle, jego ręka wyciągnęła się w bok i delikatnie dotknęła ramienia kobiety. Spojrzał na niego. – Nie podziękowałem wam za pomoc, bracie.
Habit. Złodziej przypomniał sobie, że wtedy wciąż miał na sobie habit.
– To nic takiego – odpowiedział, patrząc, jak kobieta kamienieje pod dotykiem ojca, jak z jej twarzy odpływa krew, a oczy stają się martwe i puste. – I nie jestem bratem, tylko oczekującym. Najlichszym z robaków u stóp Pani. Żałuję, że nie przyszedłem wcześniej.
Pamiętał, że ostatnie słowa, banał nad banałami, powiedział absolutnie szczerze. Żałował, że to nie on spotkał się z tymi sukinsynami pierwszy. I ten żal splatał się dziwnie z gniewem tlącym się pod warstwą lodu. Z JEGO gniewem.
Piosenka na zewnątrz zakończyła się głupawym rechotem. Chłopcy się rozkręcali, a wokół wejścia do świątyni zaczął się gromadzić tłumek.
– Wtedy to pewnie ty byś leżał z rozbitą głową – odezwał się najmłodszy z kupców, chłopak na oko ledwo piętnasto, szesnastoletni. – Oni nie przepuściliby samotnemu mnichowi. Oni…
Odwrócił głowę, mrugając, a ostatni z mężczyzn, ten, który do tej pory nie wyrzekł ani słowa, tylko stał, dysząc ciężko i podpierając się na kiju, opadł nagle na kolana i w całkowitej ciszy rozpłakał się ciężkimi łzami.
Altsin kątem oka zobaczył, że noga pobitego chłopca znieruchomiała, za to jego twarz ogarnęły skurcze i stało się jasne, że dusza wyrostka szykuje się w drogę do Domu Snu. Zresztą nie tylko on to zauważył, kobieta załkała cicho i osunęła się, zemdlona, a mężczyźni zamienili się w posągi wyrzeźbione z gliny. Nie potrafili uwierzyć w to, co się działo. Spojrzał na nich i nagle wiedział, że wybrali się po prostu na popołudniową wycieczkę odpocząć po dniu ciężkiej pracy, może odwiedzić przyjaciół, zjeść coś i napić się wina na mieście. Jeszcze kwadrans temu śmiali się i żartowali, pewni swojej przyszłości.
A teraz wrócą do domu z martwym dzieckiem w ramionach.
Na zewnątrz kolejna zwrotka opisywała kobietę wystawiającą zad knurowi i rodzącą półświńskie bękarty. Kończący ją rechot brzmiał jak wiadro kału wylane wprost na duszę.
Coś pyknęło mu w uszach, jakby nagle wynurzył się z głębokiego nurkowania. Włoski stanęły mu dęba na całym ciele, na krawędzi widzenia pojawiła się czerwona mgiełka.
Czuł go. Durwon. Znak wojownika. WOJOWNIKA. Durwon nie był złamanym mieczem, był całym mieczem, a przedstawiano go jako połowę klingi, bo druga połowa tkwiła w sercu wszystkich naszych lęków, zabijając strach. Taka była pierwotna, najczystsza symbolika tego znaku. Miecz zabijający strach, dający odwagę i nadzieję.
Durwon był prastarym symbolem. Rysowano go na framugach drzwi i okien, by odpędzić zło, w czasach, gdy drzwi i okna wciąż stanowiły nowomodną fanaberię; malowano go na tarczach i tatuowano na ciele, by przynosił szczęście w bitwie, na długo zanim pierwotne rysunki przekształciły się w glify, a te w zalążki run i liter. Zanim nadeszli Niechciani i zanim z kawałka duszy boga wykuto Dengothaag, który tak naprawdę miał być tylko furtką do królestwa Reagwyra, a kształt nadano mu dla upamiętnienia znacznie starszego symbolu.
A teraz oni z Durwonu uczynili bandycki znak, pod którym morduje się dzieci, tak jak wcześniej Miecz Reagwyra zamienili w narzędzie kaźni i źródło kuglarcznych sztuczek.
Złodziej poczuł każdy z tatuaży przed świątynią, identycznych w najmniejszym szczególe, bo przecież tak właśnie działa podobna magia, najpierwotniejsza ze wszystkich magia symboli i znaków, i sięgnął po nie. One należały do niego.
Pochylił się i podniósł chłopca. Życie uciekało z niego z każdym oddechem. Starszy mężczyzna złapał Altsina za rękę, ale zerknął w cień pod kapturem i puścił ją z twarzą zastygłą w grymasie nieokreślonej grozy. Złodziej wyszedł przed drzwi, kołysząc chłopca na rękach.
Wulgarna piosenka ucichła w pół słowa, a tuzin hardych spojrzeń wbił się w niego z siłą ciśniętych oszczepów. Tłumek stojący za młodzikami zaszemrał i umilkł w oczekiwaniu na śmierć. Tłum zawsze ślini się na takie okazje.
– On odchodzi do Domu Snu. – Złodziej położył chłopca na schodach. – A jego krew spadnie na wasze głowy.
– Na czyją? Moją? – Z grupki akolitów Reagwyra wysunął się chudy wyrostek o szczurzym pyszczku. – Ale ja go nie walnąłem, mnichu. I nie wiem, kto to zrobił. Może sam się uderzył? Kto wie, w końcu miał w ręce kamień. Widziałem, że miał. Prawda, chłopcy?
Chłopcy zaśmiali się zgodnie, wymachując pałkami i łańcuchami. Okrucieństwo i poczucie bezkarności sprawiało, że ich twarze wyglądały niemal identycznie.
Altsin potrzebował Mocy. Mógł sięgnąć po tę, która tkwiła w nim, i zapłacić za to sińcami, opuchlizną i krwią w ustach. Ale nie po to tu wyszedł.
– Twój znak, synu. – Cholera, ale to dziwnie zabrzmiało. Jakby miał już czterdziestkę na karku. – Ten na przedramieniu.
– Durwon? – Wyrostek podwinął rękaw i z głośnym cmoknięciem pocałował Złamany Miecz. – Symbol wybrańców, mnichu, znak prawdziwego boga wojownika, miecz, a nie dwie błagalnie złożone łapki, dupolizie. Chcesz usłyszeć, jaką daje nam siłę? No, chłopcy, zaśpiewajmy naszej niezgrabie piosenkę na ostatnią drogę. Niech nie idzie do Domu Snu w ciszy.
Machnął ręką i zastygł, bo Altsin nie Altsin właśnie sięgnął po Moc przez Durwony.
Moc jest wszędzie, przenika cały świat, dzika i chaotyczna, bądź naznaczona aspektami, dającymi się oswoić i wykorzystać. A jeśli ci, którzy jej używają, przecenią własne możliwości, płacą za to zdrowiem lub życiem, bo nadmierna Moc przechodząca przez ciało działa jak powolna trucizna, niszczy żyły, osłabia organy wewnętrzne, pokrywa skórę wrzodami i wypryskami. To jeden z sekretów czarowników, powszechnie znany i z powodu tej powszechnej wiedzy zgodnie ignorowany: każdy z nich, używając swojego ciała jako narzędzia do kształtowania Mocy, musi pamiętać o osobistych ograniczeniach. Trzeba lat ćwiczeń i nauki, by poznać granicę własnych możliwości.
Ale jeśli używa się cudzego ciała, można zignorować tę cenę. Zwłaszcza że znak, który mieli na skórze, był JEGO znakiem i stał się wrotami, przez które mógł pokierować pobieraną Mocą tak, by mu służyła.