Pamięć wszystkich słów. Opowieści z meekhańskiego pogranicza
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #4
- Год: 2015
- Язык: польский
- Год: satan
- ISBN: 9788364384257
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Pamięć wszystkich słów. Opowieści z meekhańskiego pogranicza». Краткое содержание книги:
To nie było łagodne zaczerpnięcie, żadnego powolnego poszerzania kanału dla magii, obserwowania reakcji źródła. Przypominało rozwalenie tamy i patrzenie, jak niszczycielska fala mknie przed siebie, zmiatając wszystko po drodze. Złodziej sięgnął wprost do siły życiowej chłopaków, zmusił ich do otwarcia się na Moc, do przekucia jej w potrzebny mu sposób i podania do ręki.
Zawyli, gdy Durwony na ich przedramionach zapłonęły żywym ogniem. Dosłownie. Tatuaże poczerniały i zaczęły dymić, a skóra wokół nich najpierw zaczerwieniła się, a potem zaskwierczała, gdy przechodząca przez znak Reagwyra Moc wypalała sobie drogę przez nerwy, żyły, kości i mięśnie. I nagle na bruku nie było już gromadki świętych wojowników gotowych zabijać w imię Pana Bitew. Zamiast nich, w iście magiczny sposób, pojawiła się banda wrzeszczących, płaczących i skomlących wyrostków, wijących się z bólu, który odbierał im zmysły.
Altsin usunął ich krzyki ze świadomości, koncentrując się na chłopcu leżącym na schodach. Moc płynęła równo, i to o wiele większym strumieniem, niż potrzebował, ale nie interesowało go to. Wynajdował w niej aspekty odpowiedzialne za leczenie, przyspieszające gojenie ran i cofające obrażenia, a resztę odrzucał. Płomienie pełzały po kamieniach, z noży, sprzączek pasków i innych metalowych elementów znajdujących się w pobliżu sypnęły się iskry, a wiatr wił się w uliczce na podobieństwo oszalałego węża.
Złodziej poświęcił ułamek uwagi, by nieco przyhamować puszczoną samopas magię, jego celem nie było skrzywdzenie wszystkich ludzi w okolicy.
Tuzin młodzików zupełnie mu wystarczał.
Dotknął głowy chłopca, lecząc, zamknął pękniętą tętnicę, usunął krwiak naciskający na mózg, zmusił kości do zajęcia właściwego miejsca i zrośnięcia się. Mózg na szczęście nie doznał większych uszkodzeń, a w tak młodym wieku wszystko w końcu powinno wrócić do normy. Zastanowił się nad blizną na głowie i w końcu ją zostawił. Blizny to historia popełnionych błędów i lepiej, by przypominały nam o chwilach, gdy je zdobyliśmy.
Na przykład gdy zaczepialiśmy bandę wyrostków szukających okazji, aby kogoś pobić.
Chłopak westchnął nagle głośno i uśmiechnął się…
Ten uśmiech był ostatnim obrazem, jaki Altsinowi podsunęła pamięć. Jak wydostał się z tej uliczki, jak uniknął tłumu i w jaki sposób, do licha, trafił w końcu tutaj, w podziemia Świątyni Miecza, nadal nie wiedział.
Pamiętał za to uśmiech Aonel.
Aonel, z którą przyszedł do Świątyni Reagwyra…
Ubrana była w drogą suknię, pasującą do jego jedwabnej koszuli, spodni z błękitnego sukna i haftowanego złotem wamsu. Przebrali się, by…
Nie pamiętał.
Aonel oddaliła się wtedy od niego, znikła mu z oczu, a on wiedział, że to zapowiedź…
Zdrady.
Potrząsnął głową. Po co przyszli do świątyni pełnej ludzi? Bo…
Bo w mieście zaczęły się zamieszki.
Matriarchiści i wyznawcy Pana Bitew walczyli ze sobą na ulicach już nie pałkami i kastetami, ale nożami, toporami i mieczami. I magią…
D’Artweena.
Wspomnienie pojawiło się wyraźne, jakby dopiero przed chwilą był świadkiem tej sceny.
Oblężenie.
Dzielnica magów niekłaniających się zbyt nisko Wielkiemu Kodeksowi znalazła się w oblężeniu. Choć już w czasach, gdy Altsin był dzieckiem, Rada Miasta utrzymywała całą armię szpicli i konfidentów, patrzących na ręce mieszkającym tu czarownikom i czarownicom. Gildie magów, zrzeszające adeptów używających aspektów zgodnych z Wielkim Kodeksem, świątynie i religijni fanatycy domagali się podobnych „środków zapobiegawczych”, argumentując, że „ta banda z D’Artweeny” igra z siłami i mocami, które są śmiertelnym zagrożeniem dla ciał, umysłów i dusz reszty mieszkańców PonkeeLaa. A największym zagrożeniem były, jak powtarzała rozbawiona ulica, dla sakiewek wielmożnych magów i świątobliwych kapłanów. Bo rzeczywiście można tu się było natknąć na czary często bluźniercze, zakazane lub ocierające się o herezję, lecz skuteczne i po przystępnych cenach. Złodziej pamiętał kilku tamtejszych czarowników, o których pojawiły się plotki, że babrzą się zbyt głęboko w zakazanych sztukach i którzy znikli w tajemniczych okolicznościach. Podobno Liga też miała z tymi zniknięciami coś wspólnego, ale o takie rzeczy lepiej było nie pytać.
Lecz teraz D’Artweena została ogrodzona murem szczelniejszym niż kamienny. Nadal przy wszystkich wejściach do dzielnicy stali szpiedzy, ale nie byli to już szpiedzy Rady. Informacje Rai okazały się prawdziwe, hrabia Terleach i Świątynia Miecza rekrutowali wyznawców spośród miejskiej biedoty – z mężczyzn pilnujących dzielnicy dwóch nosiło łachmany pokryte szkutniczą smołą, trzeci był kuternogą podpierającym się na kulach, a ostatni ubierał się w pstrokatą mieszaninę barw charakterystyczną dla wędrownego linoskoczka czy żonglera. Ale wszyscy należeli do kultu Pana Bitew, rzecz nie do pomyślenia jeszcze rok wcześniej.
Altsin widział wyraźnie wizerunki Złamanego Miecza na prowokacyjnie odsłoniętych przedramionach. Czerwony tusz wręcz zlewał się ze świeżą opuchlizną, ale mężczyźni obnosili Durwon z dumą wojowników prezentujących honorowe blizny, akolitów odkrywających głębię nowej wiary. I byli gotowi za nią walczyć, ale w przeciwieństwie do świątynnej straży nie zostali uzbrojeni w pałki, włócznie czy miecze.
Ich orężem był strach.
Na oczach złodzieja młody mężczyzna drepczący w stronę wejścia do D’Artweeny, gdy tylko ta czwórka znalazła się w zasięgu jego wzroku, zatrzymał się nagle i stanął niepewnie. Sądząc po ubraniu, był studentem, który zrobił sobie przerwę w nauce, ale teraz bardziej przypominał skonfundowanego lisa, niepewnie węszącego w stronę kawałka padliny leżącego na środku leśnej ścieżki. Zrobił kilka kroków do przodu, zatrzymał się, znów ruszył, ale gdy linoskoczek, uśmiechając się wrednie, wyciągnął zza kolorowej koszuli złożoną kartkę i rysik, student zawrócił i pomknął nagle przed siebie, by po chwili zniknąć za rogiem.
Strach. Broń zmieniająca ołowiany pręcik i kawałek papieru w miecz i tarczę samego Reagwyra.
Czarownicy z D’Artweeny, przyciśnięci przez ostatnie miesiące do muru, przyłączyli się do walk z reagwyrystami. Do walk, które wybuchły… wczoraj… albo przedwczoraj… wybuchły, bo…
Uświadomienie sobie prawdy jest jak błysk wyrywający z niepamięci twarz Aonel, starąmłodą twarz z oczyma gorejącymi wściekłością.
Walki wybuchły, bo Konder, wnuk GamnesatyrMonweha, kupca bławatnego, został bez powodu napadnięty przez bandę wyrostków służących Świątyni Miecza. A potem cudownie ocalił go mnich, będący wcieleniem gniewu i niezadowolenia Matki. Mnich jednym gestem, na oczach setki świadków, powalił dwa tuziny napastników, a na znak, że opieka Pani nie obejmuje już sług Pana Bitew, wypalił z ich skóry symbol Reagwyra. Po czym uzdrowił chłopca, by pokazać, z kim jest łaska Najwyższej.
To wydarzyło się rano, a w południe pod domem chłopca tyrMonweha zebrał się już tysięczny tłum.
Po południu z dzielnic, gdzie większość stanowili matriarchiści, przepędzono wszystkich wyznawców Reagwyra.
Wieczorem zapłonęły pierwsze domy i wzniesiono pierwsze barykady.
Stara twarz Aonel, w której płoną młode oczy… Jej dławiony gniewem krzyk.
– Ty nie byłeś iskrą na kupce siana, lecz lampą oliwną rozbitą na środku stodoły!