Pamięć wszystkich słów. Opowieści z meekhańskiego pogranicza
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #4
- Год: 2015
- Язык: польский
- Год: satan
- ISBN: 9788364384257
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Pamięć wszystkich słów. Opowieści z meekhańskiego pogranicza». Краткое содержание книги:
Nic z tego, chłopcze.
Wszyscy patrzą, jak kobieta dotyka rany księcia i wsuwa palec pod zasłonę na twarzy. Kitchi od Uśmiechu parska.
– Głupia! Ona naprawdę myśli, że to pozwoli jej wejść do Oka? Że w ten sposób będzie miała w sobie krew Agara? – zwraca się wprost do gospodarza z lekką niepewnością w głosie. – Chyba nie zamierzasz oszukać nas taką tanią sztuczką?
Płomienie skaczą gniewnie pod sam sufit i pstrokata, denerwująca Kitchi milknie.
Świadomość kruchości własnego istnienia maluje jej twarz na biało, bo nagle dla wszystkich jest jasne, że w tej chwili Pani Losu skupiła swoją uwagę w innym miejscu i zostawiła służkę samą.
Kobieta w czerwonej sukni odzywa się niskim, ciepłym głosem:
– Najpierw musi przejść tych trzech na górze. Jeśli jej się uda, w nagrodę pozwolimy jej spłonąć w Oku.
Towarzysz Kobiety trzyma obie dłonie za plecami, więc najwidoczniej mówi ona własnym głosem. Ciekawe.
Sługa miałby wątpliwości, czy dziewczyna zdoła przejść przez tych trzech, gdyby nie wyraz twarzy wojownika z pustyni.
Rysują się na niej duma i pogardliwa pewność siebie.
I wtedy już wie, że zabawa dopiero się rozpoczęła.
*
Deana wstała, otrzepała ta’chaffdę, poprawiła ekchaar. Sani łagodnie pulsował w jej żyłach, napełniał dłonie i stopy mrowieniem. Bitewny trans był tuż obok. Właściwie czuła się, jakby nigdy jej nie opuścił. Przypomniała sobie zavii – modlitwę o odwagę.
Pani, idę ścieżką ślepca, moje kroki są niepewne, a serce drżące, lecz zło nie będzie miało do mnie dostępu, bo Twe dłonie niosą mnie przez ciemność.
Ruszyła po schodach.
I każdy krok strząsa ze mnie strach, każdy oddech napełnia żyły ogniem, aż nieprzyjaciele Twoi pierzchną i obrócą się w pył. Bo Ty jesteś ze mną.
Stanęła trzy stopnie przed najmłodszym z zagradzających jej drogę Trzcin. On był najważniejszy. Sposób, w jaki patrzył, jak opierał dłoń na rękojeści długiego, wąskiego miecza, zwracałby na niego uwagę, nawet jeśli stanąłby z tyłu. Jego dwaj towarzysze byli tłem.
– Nie możesz przejść – mruknął, mrużąc ciemne oczy.
– Mylisz się – zaprzeczyła łagodnie, wyciągając lewą dłoń i podwijając rękaw. Wstęga czerwieni zatrzepotała na wietrze. – Idę po vasagar.
Nawet nie drgnął.
– Naprawdę? A po co chłeptałaś jego krew? Sądzisz, że Oko cię nie pochłonie, prawda?
Nie zamierzała wdawać się z nim w dyskusję, więc tylko położyła dłonie na rękojeściach szabel.
– Odstąp. Nikt nie ma prawa mi tego zabronić. Nawet Dziecię Ognia, którym twój nowy pan jeszcze nie jest.
Wzruszył ramionami i na ten gest jego dwóch starszych towarzyszy ruszyło w dół. Zaszli ją z boków.
Uśmiechnęła się. Teraz wszyscy na placu i w świątyni patrzyli na nich, issarską wojowniczkę i trzech zabójców Rodu Trzciny. Nikt nie zwracał uwagi na gorączkową krzątaninę wokół Laweneresa. Położyła dłonie na rękojeściach szabel i zrobiła krok do przodu.
– Kim jesteś?
– Ka’eliru. Szafirowy Miecz Domu Trzcin. Pierwszy wśród jego szermierzy. Miałem dziewięć lat, gdy zostałem Wyniesiony, i od tamtej chwili każdy dzień poświęciłem na ćwiczenia. – Młodzieniec wyjął miecz z pochwy i wskazał na swoich kompanów. – To moi nauczyciele, którzy twierdzą, że od stu lat nie było nikogo, kto tak szybko i dokładnie opanowałby szermierkę. Zabijałem już Issarów.
– Wierzę. Kazali ci mnie zatrzymać?
– Powiedzieli, że raczej nie przyjdziesz. Ale cieszę się, że jesteś.
– Nowy książę zabija starego, a jego – przekrzywiła głowę w namyśle – ulubiony nowy szermierz pokonuje dziką lwicę? Marzy ci się zostanie częścią takiej historii?
Nawet nie drgnął, ale w jego oczach ujrzała odpowiedź.
Więc wyciągnęła broń.
Gdy zrobiła pierwszy krok, prawie niedostrzegalnie skinął mieczem.
Wywinęła się spod płaskiego sztychu wojownika z lewej strony, wyszła mu naprzeciw i głowicą wyciąganego talhera walnęła w szczękę. Głowa mężczyzny odskoczyła, Deana dokończyła ruch szabli, płynnie podrzynając mu gardło. Zakręciła się i pchnęła padającego prosto pod nogi drugiego Trzciny, zbiła lekko, prawie lekceważąco, prowadzone od dołu cięcie i płytkim ciosem z przedramienia rozrąbała twarz przeciwnika.
A nie weszła jeszcze w bitewny trans.
Albo weszła, tylko tego nie zauważyła.
Spojrzała na pierwszego szermierza Trzcin, który ujął mocniej miecz i, o dziwo, uśmiechnął się.
– Mistrzyni?
– Niektórzy tak twierdzą.
Skoczył na nią z góry, zasypując gradem ciosów. Tak. Prawdziwa walka, szczęk stali, uderzenia, które czuje się w dłoniach, przedramionach, całym ciele. I to uderzenia prawdziwego zabójcy, szybkie jak myśl, podstępne, zaskakujące. Ciosy w pół ruchu zamieniające się w pchnięcia, sztychy wychodzące z niemożliwych pozycji, taniec ciała, mamiący oczy i oszukujący co do intencji.
Parowała jego ataki jeden po drugim. Miał dłuższą broń, lepszą pozycję, większy zasięg ramion i, na Imię Matki, wykorzystywał to bez wahania. Już po kilku pierwszych ciosach musiał się zorientować, z kim ma do czynienia, więc teraz parł naprzód, nie dając jej czasu na kontrę, naciskał z całą biegłością mistrza miecza, od małego chłopca przyuczanego do walki.
Ten pojedynek, pomyślała, toczony na schodach świątyni, gdy jeden książę Konoweryn konał, a drugi szykował się do objęcia władzy, ta walka przejdzie do legendy. Będą opiewać w pieśniach tę chwilę, gdy ognista biegłość Dalekiego Południa zderzyła się z zimną furią Północy. I nawet gdybyśmy walczyli przez pół dnia, nikt by się stąd nie ruszył, bo człowiek ma szczęście, jeśli raz w życiu ujrzy na własne oczy takie widowisko.
Trans khaan’s pojawił się nagle, jako odpowiedź na serię straszliwych ciosów, i znów to poczuła, jak w czasie walki z Omalaną, uniesienie, radość, ocierające się niemal o ekstazę szczęście. Walka. Walka! Dziki taniec ze śmiercią, po którym życie smakuje sto razy lepiej, krew krąży szybciej, a każdy oddech jest jak haust najlepszego wina.
Parada, kontra, parada, kontra, parada, kontra, kontra, kontra! Szybciej, szybkiej, szybciej, góra, dół, lewa, prawa i jeszcze raz, i jeszcze szybciej, i krok do przodu, bo przeciwnik się cofa, i jeszcze jeden krok, szybszy, nie pozwolić mu uciec poza zasięg talherów, parada, kontra, unik, bo ten cios jest taki dziecinnie prosty, rozpaczliwy wręcz, parada, kontra, szybciej, szybciej. Szybciej!
Czuła go, czuła Ka’eliru Szmaragdowy Miecz każdym włóknem ciała. Chłopak, niewolnik wybrany spośród wielu, od razu zwrócił uwagę nauczycieli szermierki, bo był szybki i zwinny. Ćwiczył dwa, trzy razy więcej i ciężej niż inni, by w końcu osiągnąć pozycję pierwszego wśród szermierzy Trzcin. Wiele pojedynków i walk stoczonych dla przyjemności af’gemida Rodu, sława i chwała. Zadowolenie.
Po sposobie, w jaki spróbował ją zaskakiwać, wiedziała, że mówił prawdę, skrzyżował już, i to nie raz, ostrze z wojownikami Issaram. Zapewne jakimiś młodzikami, którzy zawędrowali na Dalekie Południe z karawaną i dali się sprowokować do walki. Kilka sztychów, dwa ciosy, które musiał podpatrzeć w czasie tych pojedynków. Pewne szermiercze sztuczki zdradzają twoje pochodzenie niczym akcent albo ulubiona potrawa.
Ale to, co odziewa twoją broń w biel, zmienia cię w tancerza śmierci, a z kimś takim nawet pierwszy szermierz Trzcin nigdy nie miał do czynienia.