Pamięć wszystkich słów. Opowieści z meekhańskiego pogranicza
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #4
- Год: 2015
- Язык: польский
- Год: satan
- ISBN: 9788364384257
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Pamięć wszystkich słów. Opowieści z meekhańskiego pogranicza». Краткое содержание книги:
Czuła go, znała i kochała. W tej chwili był dla niej najbliższą istotą pod słońcem, cały świat znikł, rozpłynął się w szczęku stali i zostali tylko oni. Dwoje ludzi, którzy mieli zamiar się zabić.
Po raz pierwszy spojrzała mu w oczy i zobaczyła w nich zdumienie i radość. Czuł to samo co ona, dary, jakie niesie bitewny trans, i jemu zostały udzielone. Uśmiechał się.
Targnął nią żal, jakby na dnie kielicha znalazła gorzki osad. Gdyby urodził się wśród Issaram, z pewnością nosiłby miecz w białej pochwie.
Przyspieszyła, znów zmuszając go do cofnięcia, i nagle zachwiała się lekko, jakby potknęła się o coś na schodach.
A potem przepuściła bokiem jego sztych, prowadząc go wzdłuż własnej klingi, a drugą wyciągnęła i trafiła Trzcinę pod pachę. Głęboko, aż do serca.
Zastygli, on w wypadzie, ona w paradzie i kontrze jednocześnie, i widziała, jak w jego oczach gaśnie radość. Jakby ktoś zdmuchnął kaganek.
Upadł u jej stóp, a cały plac, ściany domów i dachy westchnęły jednym głosem.
I zapadła cisza.
Poczuła zew, tętniące przyciąganie, jakby łagodny wiatr dmuchał jej w plecy, a z każdym jego oddechem sani rozpalał się w niej coraz bardziej.
Ruszyła w stronę Oka.
Szereg zbrojnych zagradzających przejście zafalował, zakłębił się. Uniosła lewą dłoń i zobaczyła mężczyzn głównie w żółtych strojach, którzy odpychają resztę na boki, by zrobić jej przejście. Uśmiechnęła się. Słowiki i ich wierność tradycjom. Zapomnieli już, kim powinni być, spętani kajdanami pustych rytuałów, ale przynajmniej teraz zachowali się, jak powinni.
Minęła ich – świadoma, że nagle wszyscy zastygli, a cisza rozlewa się, jakby cały świat wstrzymał oddech – i spojrzała na swojego wroga.
Odległy o jakieś trzydzieści kroków Obrar z Kambehii patrzy na nią spokojnie, szablę ma w pochwie, ręce założone na piersi. Kilku jego osobistych gwardzistów staje jej na drodze, ale krótkie warknięcie osadza ich w miejscu. Ustępują. Książę też chce mieć swoje przedstawienie, a śmierć pustynnej wojowniczki w Oku może być lepszym akcentem, wstępem do rządów niż jej ciało padające na schody Świątyni. Patrzą na siebie po raz pierwszy z tak bliska, książę i dzikuska spoza pustyni.
Obrar jest przystojny, wysoki i szeroki w ramionach, włosy przystrzygł krótko, a ciemne oczy uśmiechają się szyderczo. Szkarłatny strój ma upstrzony plamkami krwi, kilka kropel znaczy gładko ogoloną twarz. Deana nie chowa talherów do pochew, porusza nimi delikatnie, po kilku ruchach dostosowując się do rytmu, którym wabi ją Oko. Książę też czuje ten rytm, jest w końcu potomkiem awenderi, patrzy na kołyszące się klingi i nagle wie, że zew Agara płonie w jej żyłach, że splótł się z jej wewnętrznym płomieniem, a na jego twarzy, spokojnej i dumnej, wyrasta zdziwienie.
Otwiera usta, wskazując na Deanę, ale ona rusza nagle, dwóch strażników zagradza jej drogę, wpada między nich, pancerne dłonie łapią powietrze, a ona niesiona pędem przekracza granicę Oka.
Ogień. Ogień jest wszędzie. Otacza ją, oddycha nim, żółty jedwab kurczy się i znika, palą się jej włosy, skóra, mięśnie i kości. Płoną płuca.
Tak to jest, rozumie nagle, tak to jest, gdy wchodzi się w serce boga. I rozumie też, jak wiele Agar zaryzykował, wysyłając cząstkę siebie w świat śmiertelników. To miejsce jest fragmentem jego królestwa, bramą i, w pewnym sensie, sercem.
Rozpada się na pył.
Rozdział 23
Myśl. Myśl, bo cię tu zabiją jak zwierzę!
Nóż drapie szyję, krew ścieka, a jej zapach zdaje się przyciągać uwagę miecza. Okowy zaciskają się Altsinowi na nadgarstkach, łańcuch zdaje się kurczyć, jakby byt zakuty w formę wielkiego ostrza chciał go przycisnąć do piersi.
Oum!
Nie ma odpowiedzi.
Seehijski bożek oszukał go, pewnie po to, by złodziej, wierząc w jego wsparcie, zdecydował się na to szaleństwo.
Obiecana pomoc była tylko pułapką pozwalającą mu się pozbyć niechcianego gościa z wyspy. Nie miał dość odwagi albo sił na walkę z nim, więc wymyślił bajeczkę o sposobie na „wyleczenie”, by złodziej sam popłynął do PonkeeLaa i tam popełnił samobójstwo. To nasiono… nie było nasieniem, a pomoc Aonel ograniczała się do wystawienia go hrabiemu.
Głupiec kończy tam, gdzie zaczął. Koło się zamknęło. Pora umierać.
Ale nie w ten sposób.
Altsin cofnął się o kilka cali i oparł plecami o lodowatą klingę. Tak jak sądził, kobieta z nożem musiała stać za nią, obejmując ostrze. Lewą ręką wciąż trzymała go za włosy, w prawej ściskała broń. Między jej rękoma tkwiło ostrze Dengothaaga. Nie mogło być inaczej.
– Co zrobiłaś? – jej syk zabrzmiał groźbą i tłumioną furią. – Co zrobiłaś na Południu, Kanayoness?
– Ja? Nic. Nie użyłam swoich talentów, nie wpłynęłam na ludzki umysł, nie narzuciłam nikomu swojej woli. Wszystko dzieje się zgodnie z waszą umową, przez ludzi wymyślone i rękoma ludźmi dokonane. A jego nie muszę mieć żywego.
Młodsza nagle znalazła się przed złodziejem. Poczuł zapach perfum i lekkie muśnięcie na twarzy.
– Przepraszam – jej głos był poważny, bez zwykłego cienia kpiny. – Miałeś prawo być na mnie wściekły, sądzić, że cię zdradziłam. Naprawdę cię szukałam przez te lata, ale on – uderzyła go otwartą dłonią, a ten policzek był przeznaczony tylko dla Altsina – był uparty, głupi i sprytny. Uciekał, krył się, bronił. Ja też musiałam uciekać. Dużo się wydarzyło. Opowiem ci kiedyś. Teraz musisz to zrobić. Opuść to ciało, na górze czeka inne, starsze i pewnie bardziej zużyte, lecz zabezpieczone tatuażami.
Nóż ukłuł mocniej i złodziej poczuł, że krew nie tyle sączy się, ile wypływa gorącym strumykiem.
– Słucham? – w głosie Ogewry słychać było strach. – To ty to uczyniłaś?
– Chyba nie sądziłaś, że twój hrabia sam wpadł na pomysł z tatuażami? Potrzebował wskazówek i inspiracji. I możesz mi wierzyć, nie użyłam czarów, by go przekonać, skarbie. Wystarczyło zagrać na ambicji, poczuciu misji i manii wielkości. Wizję siebie samego jako pierwszego od trzech i pół tysiąca lat awenderi stąpającego po ziemi miał w głowie od lat. Sam też uznał, że po Objęciu zdoła kontrolować Bitewną Pięść. Głupiec. Czy buty, które wkładasz, mówią ci, gdzie masz chodzić? – Dziewczyna znów poklepała Altsina po policzku. – Z początku chciałam tego tu schwytać, obezwładnić i siłą wytatuować bariery na skórze. Naprawdę byłam zdesperowana. Ale teraz nie ma na to czasu.
– Zabiję go!
– Och, proszę. Piękne naczynie do przesiadki już czeka. Zrób to.
Teraz.
Nóż drgnął i przesunął się wyżej, aż pod ucho, a Altsin poczuł na szyi także wąską dłoń. Przycisnął więc brodę do piersi, więżąc ją na mgnienie oka, i szarpnął się w bok.
Dengothaag miał klingę ostrzejszą niż brzytwa, ostrzejszą niż cokolwiek, co zdołałyby stworzyć dłonie śmiertelników. Ale teraz ważniejsze było, że klinga ta znajdowała się między ramionami służki Eyfry.
Głownia rozcięła jej prawe ramię aż do kości, poczuł to, a w następnej chwili szarpnął się w drugą stronę.
Krzyk wybuchł w komnacie i zdawało się, że nagle wypełnił ją olej. Trudno było oddychać, ciemność nabrała namacalnego ciężaru, przez miecz przebiegło szalone drżenie.
Altsin kopnął wściekle przed siebie, trafił, dziewczyna nazywana Kanayoness jęknęła. Możesz być nie wiadomo czym, nawet boskim bytem, ale solidny kopniak potrafi pozbawić cię oddechu, suko! Buty? Ja ci dam buty!!!
Ziemia stęknęła, a potem ze wszystkich stron zwaliła się na nich Moc.